21 lat pracy biegłego i 2 mln złotych. Śledztwo dotyczące referendum umorzone
W 2016 roku stowarzyszenie Logiczna Alternatywa, kierowane przez Łukasza Gibałę, zapowiedziało referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Jacka Majchrowskiego. Do jego zorganizowania potrzebne było minimum 60 tys. podpisów.
Akcja przebiegła sprawnie – w lipcu do Państwowej Komisji Wyborczej trafiło 86 tys. podpisów. Ujawniliśmy wtedy, że osoby zbierające podpisy były wynagradzane przez podmiot wspierający inicjatywę – młodzi ludzie otrzymywali 12 zł za godzinę pracy pod warunkiem zebrania pięciu podpisów, a przy lepszych wynikach mogli liczyć na stawkę 15 lub nawet 18 zł. Łukasz Gibała podkreślał, że taka praktyka była zgodna z prawem i stanowiskiem PKW. Nie przewidział jednak innej rzeczy.
8 sierpnia PKW zakończyła weryfikację podpisów, a dwa dni później ogłoszono, że referendum się nie odbędzie. Aż 38,9 tys. podpisów uznano za nieprawidłowe – ponad 21 tys. osób nie miało prawa głosować w Krakowie, w 10,8 tys. przypadków problemem był błędny lub nieczytelny PESEL, a niemal 6 tys. podpisów powielono. Ostatecznie zabrakło 9,7 tys. głosów do wymaganej liczby.
Sprawa miała dalszy ciąg – w październiku złożono zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu przestępstwa. Skala nieprawidłowości, w tym liczba powtórzeń i błędnych danych, była na tyle duża, że – jak wskazywała dyrektor krakowskiej delegatury KBW Zdzisława Romańska – nie można było jej zignorować.
Nie wszyscy się wywinęli
W śledztwie dotyczącym fałszowania podpisów zarzuty postawiono łącznie pięciu osobom. W pierwszym etapie, prowadzonym od 2017 roku, prokuratura oskarżyła dwie osoby, wobec których sąd warunkowo umorzył postępowanie na rok próby.
Następnie, po uchyleniu decyzji o umorzeniu i wznowieniu sprawy, zarzuty usłyszały kolejne trzy osoby. W ich przypadku sąd również zastosował warunkowe umorzenie na roczny okres próby. Dodatkowo zobowiązano je do wpłaty po 1000 zł na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej.
Gdy nastroje buzowały
W pierwszej połowie zeszłego roku osoby pracujące na rzecz referendum otrzymały wezwania na policję. Oprócz odpowiedzi na kilka pytań mieli oni zapełniać kartki A4 swoimi podpisami, aby można było porównać ich charakter pisma z tym widniejącym pod zakwestionowanymi danymi.
Jednak śledczy zmarnowali czas zarówno kilkuset wezwanych osób, jak i policji. Później, w uzasadnieniu umorzenia śledztwa, prokuratura tłumaczyła, że świadkowie, których dane zostały użyte, mogli nie pamiętać, czy podpisywali się na listach. Ponadto ich charakter pisma mógł ulec zmianie. Śledczy wskazywali, że wiele podpisów należało też do osób starszych, które w toku postępowania potwierdziły ich autentyczność.
Jak pisaliśmy wcześniej, jedynie kilkadziesiąt przesłuchanych osób podważyło wiarygodność swojego podpisu, a tylko kilka z nich stwierdziło, że czuje się tym faktem pokrzywdzonych. To – jak zaznacza prokuratura – niewiele w porównaniu z pierwotną liczbą 39 tys. zakwestionowanych podpisów.
Był to jeden z trzech powodów umorzenia postępowania. Kolejne to czas pracy biegłego, który został oszacowany na 21 lat oraz koszt śledztwa – 2 mln złotych. Na decyzję śledczych zażalenie wniósł komisarz wyborczy, ale nie zostało ono rozpatrzone pozytywnie.
Warto zaznaczyć, że sprawę tę chciał wyjaśnić radny Łukasz Gibała. – Referendum jest zbyt istotnym narzędziem demokracji, by wszelkie próby jego zaburzania określać jako mało szkodliwe społecznie i pozostawiać niewyjaśnione. Wolałbym, aby każdy element tego postępowania był bez zbędnej zwłoki przeprowadzony do końca, a każda rzecz z nim związana była wyjaśniona i jasna dla wszystkich – skomentował polityk w listopadzie zeszłego roku.