Aleksander Miszalski: Kumulacja podwyżek to był błąd
Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Nie żałuje Pan, że został prezydentem Krakowa?
Aleksander Miszalski, prezydent Krakowa: Nie, absolutnie nie żałuję. Marzyłem o tym.
Można odnieść wrażenie, że to praca zupełnie inna niż poselska – masa obowiązków, inny schemat działania, a do tego nagle wszyscy patrzą Panu na ręce. Pojawiła się kwestia referendum. Czy po ludzku nie miał Pan takiej myśli: „Szkoda, że w to wszedłem”?
Ani przez moment. Proszę pamiętać, że zaczynałem jako radny i ten etap swojej kariery wspominam najlepiej. Doskonale wiedziałem na co się pisze. Oczywiście, człowiek jest tu pod nieustannym obstrzałem, na świeczniku. Z punktu widzenia prywatnego ma to swoje minusy, ale patrząc na to, co się robi, jakie decyzje się podejmuje i jak realnie można zadbać o Kraków – to sprawczość jest nieporównywalna z niczym innym. Możliwość wyznaczania kierunków rozwoju miasta zawsze była moim marzeniem. Cieszę się, że mi się to udało.
Uważam, że te dwa lata – gdyby nie referendum, które jednak destabilizuje pracę – to okres, w którym można się świetnie wdrożyć w urząd, poznać mechanizmy, dobrać odpowiednich ludzi na kluczowe funkcje. W pierwszym roku przygotowuje się projekty, w drugim zaczynamy widzieć efekty. Choć to jeszcze ułamek tego, co zaplanowaliśmy na całą kadencję, to pewne rzeczy już się dzieją. Wystarczy wyjrzeć przez okno magistratu – trwają prace, które są moimi autorskimi projektami, rozpoczętymi już za mojej kadencji. Takich przykładów jest już więcej niż kilka.
Referendum destabilizuje pracę urzędu?
Urząd nie jest sparaliżowany. Oczywiście referendum w pewnym stopniu destabilizuje pracę, ale też paradoksalnie wywołuje ogromną mobilizację i większą uważność. To takie przyśpieszone „sprawdzam” od mieszkańców. Wygrywając wybory, mogłem przypuszczać, że taki moment próby nadejdzie. Niektóre środowiska zapowiadały bowiem chęć zwołania referendum już dzień po wyborach. Spodziewałem się tego. To trudny czas, ale też bardzo cenna nauczka.
Nauczka, żeby nie kumulować wszystkich podwyżek w jednym momencie? Czy prezydenci innych miast dzwonią do Pana z pytaniem, jak Pan to zrobił, że wszystko spadło na mieszkańców naraz?
To rzeczywiście był moment kumulacji wielu trudnych zmian i to mój błąd. Ale spójrzmy na to z innej strony. Po pierwsze, pod koniec ubiegłej kadencji prezydent Majchrowski nie podejmował już niepopularnych decyzji, zwłaszcza że startował wiceprezydent Andrzej Kulig. Po drugie, stan finansów Krakowa po pandemii, wybuchu wojny w Ukrainie i wydrenowaniu samorządów przez rządy PiS był bardzo zły.
Od początku słyszałem od opozycji, jak bardzo Kraków jest zadłużony. A kiedy podejmuję jakikolwiek ruch finansowy, by tę sytuację ratować, słyszę, że każda podwyżka jest zła. Nie ma dobrych rozwiązań. Jeśli chcemy osiągnąć stabilizację finansową musimy albo szukać oszczędności albo korygować opłaty. System śmieciowy był niewydolny, generował ponad 100 milionów złotych deficytu. Transport? Wpływy z biletów pokrywają mniej niż 40% kosztów. A mieszkańcy oczekują częstszych kursów i lepszego taboru. Przez 5 lat koszty komunikacji miejskiej w Krakowie wzrosły o 80%, podczas gdy nasza podwyżka biletów okresowych to zaledwie 10%. Zawsze trzeba tę dziurę budżetową z czegoś załatać.
W tym kontekście jestem dumny, że zeszliśmy z deficytu operacyjnego na poziomie prawie 800 mln zł w 2023 roku do 330 mln w 2024, 120 mln w 2025, a w 2026 roku mamy już nadwyżkę.
Mówimy o nadwyżce operacyjnej?
Tak, nadwyżka operacyjna oznacza, że dochody bieżące są wyższe niż wydatki bieżące. To fundament. Mamy rekordowy budżet inwestycyjny, więc globalnie wciąż się zadłużamy, ale robimy to wyłącznie na inwestycje, a nie na bieżące wydatki. Nie przejadamy kredytów, a we wcześniejszych latach latach, zanim objąłem urząd tak właśnie było. Nie da się spłacić wieloletnich długów w niecałe dwa lata, ale robimy ogromny krok w stronę uzdrowienia finansów.
Patrząc z dzisiejszej perspektywy – czy błędem nie było wstrzymywanie się z podwyżkami na samym początku kadencji? Wtedy mieszkańcy byli na nie mentalnie przygotowani, a opozycja nie miałaby paliwa, by tak szybko ruszyć z machiną referendalną.
Może można było to zrobić rok wcześniej. Ważniejsze jednak było to nie kiedy, ale żeby to zrobić sukcesywnie, a nie w jednym czasie. Zrobiliśmy wielką kumulację i dlatego potem potrzebna była wielka korekta. Na początku mieliśmy tyle ciężkich tematów, że wolałem najpierw przeprowadzić rzetelne analizy. Chciałem rozliczyć pierwszy rok, zobaczyć, jak wychodzą koszty komunikacji. Poza tym teraz uruchomimy linię tramwajową do Mistrzejowic, przywróciliśmy linię 16, spełniamy wiele oczekiwań pasażerów. Wydawało się logiczne, że skoro dostarczamy nową jakość usługi, musimy pokazać, że to kosztuje.
Jestem jednak politykiem, który słucha mieszkańców. Jeśli głosów krytycznych jest dużo, potrafię powiedzieć: „OK, robię pół kroku wstecz”.
Mówi Pan o „pół kroku wstecz”, ale czy to nie jest tak, że wycofuje się Pan w panice? Korekta biletów, Strefa Czystego Transportu, parkowanie w niedzielę... Czy nie będzie Pan teraz rezygnował z każdej trudnej decyzji?
To korekty, a nie wycofanie się. Jeśli chodzi o parkowanie w niedziele – to w ramach korekty realizujemy postulat naszego radnego Grzegorza Wojciecha Stawowego. Przeanalizowaliśmy to technicznie. Tracimy milion złotych, czyli 20% spodziewanych dochodów z niedziel, ale o 80% zwiększamy rotację aut, co jest korzystne dla mieszkańców. To nie wycofanie, a korekta.
W kwestii biletów – zostawiliśmy zmiany w biletach jednorazowych, bo płacą je głównie turyści. Skorygowaliśmy cenę biletów okresowych, bo to na nich najbardziej zależy krakowianom korzystającym z komunikacji miejskiej na co dzień. Znaleźliśmy oszczędności przetargowe, więc mogliśmy sobie na to pozwolić.
A Strefa Czystego Transportu?
Obszar i normy zostają, bo tu chodzi o zdrowie. Przyznaję jednak – przy wdrażaniu SCT popełniliśmy błędy. Projekt był ogromny, pierwszy taki w Polsce. Na etapie konsultacji zainteresowanie było małe, przychodziły głównie osoby radykalnie przeciwne wszystkiemu. Dopiero gdy strefa ruszyła, zaczęliśmy dostawać konkretne sygnały o problemach z rejestracją czy dojazdem do targowisk. Dlatego wprowadzamy liberalizację, m.in. dla motocykli czy w kwestii dziedziczenia aut. To naturalne, że po kilku miesiącach funkcjonowania tak dużego systemu potrzebna jest korekta. Zapowiadaliśmy to od początku.
I za te błędy „poleciał” ze stanowiska dyrektor Łukasz Franek?
Jeśli dokonuje się istotnej korekty w trzech obszarach, które wyszły spod ręki jednego dyrektora, potrzebne jest nowe otwarcie personalne. Chcę być jasny: biorę pełną odpowiedzialność polityczną za te decyzje. Nie wchodzę w każdy paragraf uchwały, ale jako prezydent firmuję to twarzą. Cenię wiedzę Łukasza Franka, ale w pewnych momentach potrzebna jest zmiana energii.
A może po prostu złożył Pan jego głowę w ofierze radnym Koalicji Obywatelskiej z tej „frakcji samochodowej”, którzy za dyrektorem Frankiem nie przepadali?
Relacje radnych z dyrektorami bywają różne – z jednymi się dogadują, z innymi nie. To naturalne w polityce. Przez wiele miesięcy różni radni krytykowali pana dyrektora i zawsze go broniłem. Jednak dyskusja wokół referendum to był dla mnie sygnał, żeby raz jeszcze przyjrzeć się wdrożeniu tych trzech dużych projektów. Przy SCT pojawiły się błędy niespójne z naszymi założeniami, jak choćby kwestia Park&Ride.
Mówi Pan o zmianach, ale w wielu wydziałach – architektury, przedsiębiorczości, gospodarki komunalnej – dyrektorzy nie są zwalniani, tylko przesuwani. Czy w tym urzędzie w ogóle da się kogoś zwolnić? Czy mamy po prostu do czynienia z rozrostem administracji?
Rozrost, jeśli występuje, wynika z nowych zadań. Włączyliśmy część jednostek do urzędu, powstało Biuro Architekta Miasta, Wydział Dialogu Obywatelskiego. Budujemy metro, musimy mieć ludzi do planu ogólnego, do aplikacji mKraków. To są konkretne potrzeby.
Co do dyrektorów – jeśli ktoś nie ma predyspozycji liderskich, nie oznacza to, że nie jest świetnym specjalistą. Warto zachować ich wiedzę merytoryczną dla miasta, ale na mniej eksponowanym stanowisku. Są też tacy, z którymi się pożegnaliśmy definitywnie, bo przekroczyli „nieprzekraczalne granice”, ale nie mam potrzeby nagłaśniania tych nazwisk. Wymieniliśmy około 70% dyrektorów wydziałów i jednostek. To ogromna zmiana energii na szczytach struktur.
A wiceprezydenci? Sprawdzają się? Maria Klaman ma jakieś realne sukcesy?
Wszyscy wiceprezydenci pracują bardzo ciężko. Niektórzy prowadzą procesy długofalowe, których efektów nie widać z dnia na dzień.
Mam wrażenie, że niektórzy jednak „nie dowożą”. Stanisław Mazur: masterplan dla Rybitw – niedowieziony, plan ogólny – niedowieziony, strategia – niedowieziona. To kluczowe sprawy, które ciągną się miesiącami.
To są procesy o gigantycznej skali skomplikowania. Co tydzień spotykamy się i rozwiązujemy kolejne dylematy dotyczące planu ogólnego. To musi być dokument zoptymalizowany, a nie uchwalony pod wpływem populizmu czy krzyku. Czas referendalny nie sprzyja takiej debacie, bo każdy próbuje ugrać coś dla siebie.
W sprawie Nowej Huty analizujemy obszar po obszarze, działka po działce. Strategia jest wstępnie gotowa, ale musimy ją zgrać z planem ogólnym. To nie jest „niedowożenie”, to uważność i troska o jakość. Metro, standardy urbanistyczne, reforma polityki mieszkaniowej, program mieszkań za remont, powołanie Społecznej Agencji Najmu – to są realne działania wiceprezydentów. W każdym obszarze nadrabiamy wieloletnie zaległości.
Kiedy wiceprezydent Kracik odejdzie z urzędu? Sam mówi, że zna swój PESEL i nie umawiał się na całą kadencję.
Ja ogłaszam decyzje personalne wtedy, gdy je podejmuj. Nie dzielę się każdą myślą. Na ten moment pracujemy w niezmienionym składzie.
Przejdźmy do metra. Wierzy Pan naprawdę, że za 4 lata wbita zostanie pierwsza łopata?
Wierzę. Budujemy metro. Na serio. Wiem jak ciężko w to uwierzyć, bo Kraków czeka na to wiele lat. Bardzo ciężko nad tym pracujemy.
Oczywiście to nie jest proste. Po analizie dokumentów „pre-metra” musieliśmy we wrześniu wykonać studium kierunku rozwoju. Okazało się, że relacja wschód-zachód się nie broni. Musimy przekroczyć Wisłę, połączyć Kliny, Ruczaj i Opatkowice z Nową Hutą. Zaczynamy od nowa, ale na solidnych fundamentach.
Zakończyliśmy wstępne konsultacje rynkowe z gigantami takimi jak Siemens, Budimex czy Alstom. Już niedługo ogłosimy przetarg na wstępną dokumentację projektową – studium wykonalności, koncepcje, badania geologiczne, decyzję środowiskową. To jest fundament, bez którego nie da się ogłosić przetargu „zaprojektuj i buduj”. To musi potrwać. Sumarycznie mówiliśmy o 10 latach i mimo zmiany trasy to jest realny termin,.
Do takiego projektu potrzebni są specjaliści, którzy już metro budowali, np. z Warszawy czy z Europy. Czy jest Pan gotów płacić im rynkowe stawki – 50, 60 czy 100 tysięcy złotych miesięcznie? Inaczej ten proces się wywróci.
Korzystamy z doradztwa zewnętrznego, konsultujemy się z ludźmi z metra warszawskiego, z ekspertami z Holandii i Danii. Na etapie budowy na pewno będziemy potrzebowali ściągnąć takich ludzi na stałe. Na razie radzimy sobie, korzystając z wiedzy zewnętrznej, by nie wydawać publicznych pieniędzy nadmiarowo.
Obecnie analizujemy też formę prawną – czy metro powinna budować nowa spółka, czy któraś z istniejących. Musimy to wiedzieć, zanim zatrudnimy kadrę zarządzającą.
A może Spółka Trasa Łagiewnicka? Oni są teraz trochę „bezrobotni”.
Nie wykluczam żadnego rozwiązania. Czekam na wyniki analizy plusów i minusów każdej opcji.
Co z pieniędzmi? Czy nie można „przymusić” rządu, by przelał miastu chociaż pół miliarda na start?
Nie da się tak. PR-owo brzmiałoby to świetnie, ale na prace przygotowawcze mamy środki w naszym budżecie. Wolę teraz nie prosić o miliony, by potem dostać miliardy na właściwą budowę. Rozmawiałem w sobotę z premierem Tuskiem. Powiedział to, co zawsze: „Róbcie swoje, my pomożemy”.
Mamy zapewnienia od wicepremiera Kosiniaka-Kamysza, że w nowej perspektywie unijnej będzie 10 miliardów euro na programy metra. Projekt krakowski jest wpisany do strategii rozwoju państwa do 2031 roku. To nie jest już tylko nasza lokalna mrzonka. Ale żeby dostać konkretny przelew, musimy mieć gotowe projekty i harmonogramy. Nad tym właśnie pracujemy w morderczym tempie.
Na koniec temat referendum. Podobno w badaniach wyszło Wam 250 problemów, które „wiszą” na Pana prezydenturze. Naprawdę jest tak źle?
To nie są żadne badania, tylko nasza wewnętrzna inwentaryzacja i to nie są problemy wytworzone przez te dwa lata, tylko rzeczy, które krakowian denerwują od wielu lat. Stąd inicjatywa „Da się”, by pokazać, że po latach czekania pewne decyzja i projekty można w końcu zrealizować. Zebraliśmy wszystkie zgłoszenia od mieszkańców i radnych. Np. linia tramwajowa do Mistrzejowic – to ja nie podpisywałem kontraktu, nie projektowałem linii i nie podpisywałem umowy. A to teraz mój gigantyczny problem.
Skoro mowa o problemach, które Pan „odziedziczył”. Mówi Pan: „to nie ja projektowałem, nie ja podpisywałem”. Ale to dalej nadzór nad budową linii tramwajowej ma dyrektor Zbigniew Rapciak. Czy rzeczywiście jest sens trzymać dyrektora Rapciaka na stanowisku? Wiem, że sobie z tym zadaniem nie radzi, wystarczy spojrzeć na panujący tam chaos w organizacji ruchu.
Na tej budowie rzeczywiście występują problemy, których nie zamierzam ukrywać. Za kilka dni będę tam osobiście, by odcinek po odcinku przeanalizować sytuację i wyprostować wszystkie palące kwestie. Musimy jednak pamiętać, że to gigantyczne przedsięwzięcie, a ja nie miałem wpływu na treść umów ani pierwotne projekty, które dziś generują te trudności.
Wracając do wcześniejszego wątku o 250 problemach.
Muszę jako prezydent mobilizować urzędników do działań. Interweniuję w sprawach drobnych, jak nieszczęsne okrąglaki reklamowe na chodnikach i dużych, jak organizacja ruchu na budowach. Tych mikroproblemów na osiedlach są pewnie tysiące. Chcę, by taka inwentaryzacja była stałym elementem pracy urzędu – musimy o nich wiedzieć, zanim „wybuchną”.
Jeśli rozwiążecie te problemy, to nikt nie pójdzie na referendum?
Zawsze będą tacy, którzy mnie nie polubią, nawet gdybym zrobił z Krakowa najlepsze miasto w Europie. To natura polityki. Prawica zawsze będzie chciała mnie odwołać, fani mojego kontrkandydata również.
Skąd w tym wszystkim Jan Hoffman? Był przecież związany z Platformą.
O to trzeba spytać Jana Hoffmana. Zmienił front, dogadał się z radnymi PiS, potem krążył wokół środowiska Jacka Majchrowskiego. Dziś jest twarzą referendum, ale za nim stoją konkretne interesy polityczne. Moim zadaniem nie jest jednak dyskusja z panem Hoffmanem, tylko słuchanie tych mieszkańców, którzy nie z pobudek politycznych, ale z autentycznego niezadowolenia, podpisali się pod wnioskiem. Przyjmuję to z pokorą i naprawiam błędy.
A co jeśli się uda? Co jeśli Kraków odwoła prezydenta?
Uważam, że rozliczanie z pełnego programu po dwóch latach jest niesprawiedliwe. To czas na naukę urzędu, który zatrudnia 15 tysięcy ludzi i ma 10 miliardów budżetu.
Jeśli referendum by przeszło, mamy komisarza, wybory w środku wakacji i ogromną destabilizację. Wszystkie kluczowe procesy – metro, pakt osiedlowy, projekty „da się” – zostaną narażone na ryzyko. Jeśli nowa ekipa wejdzie z hasłem „wyrzucić wszystkich kolesi”, to wyrzuci twarze tych procesów, ludzi z ogromną wiedzą. Nowy prezydent musiałby w trzy lata zaprojektować wszystko od nowa. Nie zazdroszczę nikomu, kto znalazłby się w takiej sytuacji przy niskiej, wakacyjnej frekwencji.
A nie chciałby Pan, tak eksperymentalnie, zobaczyć Łukasza Gibały realizującego swoje postulaty? Zwolnienie urzędników, likwidacja cateringu, blokada pozwoleń na budowę... Ciekawe doświadczenie, nie sądzi Pan?
To pytanie poniżej pasa (śmiech). Nie chciałbym widzieć eksperymentu na żywym organizmie. Chcę dalej pracować dla naszego miasta i wierzę, że Krakowianie mi to umożliwią.