Aleksander Miszalski zdradza: Co działo się za kulisami kampanii i urzędu? [WYWIAD]
Pierwsza część długiego wywiadu z prezydentem Krakowa Aleksandrem Miszalskim. We wtorek o godz. 8:00 opublikujemy drugą część.
Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Kiedy po raz pierwszy pojawiła się u Pana myśl o kandydowaniu na urząd prezydenta Krakowa?
Aleksander Miszalski, prezydent Krakowa: To chyba było ok. dwa lata przed wyborami. Wstępna myśl, ale jeszcze nie ostateczna decyzja.
A czy podzielił się Pan wtedy tą informacją z kimś? Jak to było z najbliższymi współpracownikami?
Oczywiście, że tak. Rozmawialiśmy o tym, co się będzie działo za dwa lata i kto mógłby być naszym kandydatem. To nie była moja indywidualna decyzja.
Dwa lata to był czas kampanii do parlamentu.
Dokładnie tak się złożyło.
I stąd ta bardzo duża kampania w Krakowie?
Nie wiem, czy była największa, ale na pewno była spora — wszyscy chcieliśmy wygrać i odzyskać Polskę, demokrację.
A może jednak dlatego, że musiał Pan wtedy ostro walczyć, bo jedynkę dostał Bartłomiej Sienkiewicz, a Pan miał dalsze miejsce?
Tak, oczywiście, miałem na jedynce Bartka Sienkiewicza, więc moja kampania musiała być intensywna. Plan był taki, że jeśli wygramy wybory, to moja kandydatura na prezydenta Krakowa stanie się realna. Wstępnie miałem zielone światło, ale ostateczna decyzja miała zapaść dopiero po wynikach wyborów – w polityce nie decyduje się zbyt wcześnie.
Dwa lata później – po wygraniu wyborów do Sejmu – myśl o kandydowaniu stała się już realna?
Dwa lata przed wyborami pojawiła się pierwsza myśl, która potem dojrzewała. W tak zwanym międzyczasie, odbywały się też konsultacje w Warszawie. Kierunkowo mieliśmy zielone światło, a ostateczna decyzja zapadła dopiero po wyborach parlamentarnych. Ale my od dawna mówiliśmy, że będziemy mieć własnego kandydata. Już dwa lata wcześniej komunikowaliśmy, że wystawimy taką osobę, odmawiając jednocześnie wotum zaufania prezydentowi, by było to logiczne i spójne.
Pojawiały się wtedy plotki, że Pan sam ogłosił swoją kandydaturę – bez zgody centrali partyjnej.
To oczywiście nieprawda, bo miałem zgodę premiera Donalda Tuska, że kierunkowo jest to dobry projekt.
Premier poparł Pana kandydaturę osobiście?
Gdy pojawił się ten pomysł, oczywiście rozmawiałem o nim z premierem Tuskiem. Dostałem od niego zielone światło, co później było wielokrotnie potwierdzane, także przed konferencją.
A nie uważa Pan, że byłoby łatwiej, gdyby wcześniej, dwa lata przed wyborami, otrzymał Pan pierwsze miejsce na liście parlamentarniej, a dopiero później kandydował na prezydenta?
To wynikało z parytetów. Na pierwszym miejscu był Bartłomiej Sienkiewicz – postać ogólnopolska, znana szerzej ode mnie, bliska Donaldowi Tuskowi. Najważniejsze było zwycięstwo w wyborach parlamentarnych, a Sienkiewicz był lepszą lokomotywą wyborczą.
Przed wyborami samorządowymi były nawet sugestie medialne, że nie ma Pan szans wejść do drugiej tury, dlatego początkowo nie miał Pan wsparcia Donalda Tuska.
Donald Tusk od początku dawał mi zielone światło. Kandydaturę ogłosiłem w październiku 2023 roku po Radzie Powiatu, w obecności Bartłomieja Sienkiewicza i innych posłów. Początkowo sondaże nie były najlepsze, ale ostatecznie sytuacja się poprawiła.
Podczas kampanii była obawa, że ktoś może Pana przeskoczyć i zakończą się marzenia o drugiej turze?
Zawsze istnieje takie ryzyko, szczególnie gdy sondaże są na granicy.
Jak Pan wówczas odbierał głosy współpracowników ówczesnego wiceprezydenta Andrzeja Kuliga, którzy twierdzili, że to on na pewno wejdzie do drugiej tury z Łukaszem Gibałą? To były realne oceny?
Każdy sztab kreuje swoją polityczną rzeczywistość, ale trzeba uważać, żeby później – po ogłoszeniu wyników wyborczych – nie tłumaczyć się ze zbyt optymistycznych prognoz. My wiedzieliśmy, że druga tura jest raczej pewna, choć przewaga nad kandydatem PiS-u nie była duża, wynosiła kilka procent. Wtedy mieliśmy też kilka punktów straty do Łukasza Gibały.
W trakcie kampanii miał Pan prywatne spotkanie z Łukaszem Gibałą?
Podczas kampanii takiego spotkania nie było, ale wcześniej często rozmawiałem z Łukaszem Gibałą. Mówiliśmy wtedy, że któryś z nas pewnie wygra i stworzymy wspólną koalicję, bo mamy podobne poglądy.
Naprawdę były takie rozmowy, że...
Oczywiście.
Programowo Pan i Łukasz Gibała jesteście dość blisko – patrząc na to, co mówiliście w kampanii, momentami trudno było rozróżnić, kto mówi.
To prawda. Mam wrażenie, że programowo Koalicja Obywatelska jest bliska Krakowowi dla Mieszkańców i ruchom miejskim, a ja osobiście szczególnie zawsze byłem radnym, który właśnie...
Był progresywny.
Byłem raczej radnym progresywnym niż zachowawczym. Programowo jesteśmy bardzo blisko KDM-u. Mam ich program i będziemy pokazywać postępy w realizacji, bo wiele punktów się pokrywa. Nasz program był może bardziej policzony i realistyczny. KDM mówił o budowie 10 tysięcy mieszkań, potem 5, ale realnie możliwe jest około tysiąca – ze względu na dostępność gruntów i długi proces inwestycyjny.
Jeszcze wrócimy do programów, ale chciałem się zatrzymać na etapie kampanii. To była pierwsza tak ostra kampania w Krakowie. Pojawiły się zarzuty wobec Łukasza Gibały o powiązania z branżą deweloperską, że jego brat i ojciec realizują inwestycje. Gibała temu zaprzeczał, ale każdy mógł to sam sprawdzić. Pojawiły się też ataki na Pana, że jest Pan „baronem hostelowym” i ma hostel w budynku dawnej siedziby Gestapo. Czy spodziewał się Pan takich wątków w okresie kampanijnym? Bo wyglądało, że na przykład kwestia hostelu trochę Was zaskoczyła, jakbyście nie mieli tego wcześniej przepracowanego.
Zacznijmy od początku – faktycznie kampania mocno się zaostrzyła. Ale trzeba przypomnieć, że to Łukasz Gibała od lat atakuje Platformę Obywatelską, mimo że sam kiedyś był jej szefem. Co więcej, w 2010 roku sam rekomendował ludzi, których dziś krytykuje, jak Janusz Sepioł, Stanisław Kracik, Andrzej Hawranek czy Grzegorz Stawowy. Dziś przedstawia ich jako niekompetentnych tylko dlatego, że są z PO. Ataki ze strony jego środowiska: Krowoderskiej, Mateusza Jaśki, Grzegorza Krzywaka, Tomasza Borejzy – były ciągłe. Platforma oczywiście czasem popełniała błędy, ale to nie my zaczęliśmy ten konflikt. Gibała zaostrzył przekaz, gdy zobaczył, że zyskujemy poparcie. Odpowiadaliśmy, ale ataki na Gibałę pochodziły też z innych środowisk: przedsiębiorców, ludzi związanych z Majchrowskim, Kuligiem – nie wiem, kto za czym stał. Platforma dopiero później stała się realnym konkurentem.
Co do zarzutów wobec mnie, Gibała mówi o „alkoholowym Krakowie”, podczas gdy to jego rodzina prowadzi hurtownię alkoholi i działa w branży deweloperskiej. I tego nie da się ukryć.
Jeśli chodzi o kwestie deweloperskie, radni już pokazali, w ilu spółkach związanych z budownictwem działa rodzina Gibałów i jakie inwestycje realizują. A co do pytania, czy spodziewałem się ataku związanego z hostelem – nie, to mnie zaskoczyło. Przez 50 lat w tym budynku był akademik ASP, a hostel działa na tym samym piętrze, nad muzeum Gestapo. To spokojne miejsce: małe pokoje z łazienkami, bez imprez. Co ciekawe, Wojciech Mucha nie miał problemu z klubem Wolność FM, który sam opisywał w swojej książce, ale z hostelem już tak. Trudno to zrozumieć.
Nie ma w tym hostelu „pijanych Angoli”?
Przynajmniej nigdy o tym nie słyszałem. To miejsce nie jest imprezownią – to po prostu noclegi, wcześniej funkcjonował tam akademik przez 50 lat. Uczelnia się wycofała, bo nie było już studentów, i wtedy zarządczyni, pani z Ukrainy, zwróciła się do mojej firmy o współpracę. Nie spodziewałem się jednak, że ta sprawa wywoła aż takie poruszenie.
W kampanii pojawiły się plakaty wymierzone w Łukasza Gibałę, dotyczące pożyczki ponad 200 mln zł od jego ojca. Później okazało się, że za akcją stał deweloper z Poznania. Platforma nie miała z tym nic wspólnego?
Nie znam tego biznesmena, nie wiem, kto za tym stał, ani na czyich nośnikach te plakaty się pojawiły.
Pojawiły się na nośnikach firmy AMS, która dzierżawi miejsce od miasta.
Ani ja osobiście, ani – z tego co wiem – nikt z Platformy nie miał pojęcia o tej sytuacji. To działania niezależnych osób. Nie wiem, z kim ten biznesmen był powiązany, bo nawet go nie znam. Widziałem tę akcję, ale nie mieliśmy z nią nic wspólnego.
A co z powiązaniami z Komitetem Obrony Demokracji? Bo z tego co wiemy, część jego działaczy była zaangażowana w nocną akcję niszczenia materiałów wyborczych. Mateusz Jaśko opublikował przecież nagranie, na którym widać, jak w nocy zrywają plakaty.
Z tego, co kojarzę, nie zrywali plakatów, tylko je dolepiali. Jeden z działaczy KOD-u przykleił na słupie z oskarżeniami wobec mnie pasek z napisem „sfinansowano ze środków Gibały” czy coś podobnego. To był raczej happening niż niszczenie materiałów. Nie chcę tego oceniać. Osobiście nie pochwalam zaklejania materiałów wyborczych.
Na słupach reklamowych pojawiły się hasła sugerujące, że finansuje Pana deweloper. Powodem było to, że firma Strabag była wcześniej partnerem jednego z kongresów.
Strabag nie jest typowym deweloperem budującym mieszkaniówkę, choć pewnie realizuje także takie inwestycje. To przede wszystkim firma infrastrukturalna, specjalizująca się w drogach i mostach.
W Krakowie szykują się do zabudowy terenu pod dawnej Plazie.
Rzeczywiście, pojawiły się hasła, że finansuje mnie Strabag. To nieprawda. Firma była jednym z wielu partnerów kongresu organizowanego przez stowarzyszenie, z którym współpracowałem jako członek rady programowej. Strabag, jak kilkadziesiąt innych firm, wsparł wydarzenie poświęcone przyszłości Krakowa. Moja rola ograniczyła się do krótkiego wystąpienia otwierającego – to nie miało nic wspólnego z finansowaniem mojej kampanii. A plakaty sugerujące inaczej były po prostu manipulacją.
Nie można zapomonieć też plakatach, z których wynikało, że wziął Pan w trakcie epidemii 11 mln złotych.
Te 11 milionów złotych to były środki z Polskiego Funduszu Rozwoju przeznaczone na pensje dla pracowników w czasie pandemii COVID-19. Ani ja, ani moi wspólnicy nie otrzymaliśmy z tego ani złotówki. Pieniądze trafiły bezpośrednio na wynagrodzenia, zgodnie z rządowymi rozporządzeniami. Miasto i państwo wprowadziły ograniczenia, które de facto zamknęły branżę turystyczną, więc wsparcie było konieczne, by firmy mogły utrzymać pracowników. Mimo to wiele z nich nie przetrwało – w Krakowie upadła połowa hostelowych i turystycznych biznesów. Ci, którzy przetrwali, musieli ciąć koszty i ratować miejsca pracy.
Czy w trakcie kampanii, zwłaszcza przed pierwszą turą, miał Pan momenty zwątpienia? Pojawiały się myśli, że może jednak warto się wycofać, zrezygnować?
Nie, nie miałem momentu, w którym chciałem się wycofać. Wiedziałem, że to trudny projekt i nigdy nie byłem pewny wygranej. Sondaże długo nie były korzystne, ale od początku zakładałem walkę do końca.
W pierwszej turze widać było, że Platforma nie angażuje się w pełni w kampanię. Miał Pan wokół siebie wąską, zaangażowaną grupę osób – dosłownie da się ich policzyć na palcach dwóch rąk. Ale po pierwszej turze, gdy wynik okazał się bardzo dobry, nagle wielu w Pana uwierzyło?
Przez te dwa lata, odkąd zaczęliśmy pierwsze rozmowy, coraz więcej osób stopniowo wierzyło, że to się może udać. Ale faktycznie, ostatni tydzień kampanii i wyniki pierwszej tury były momentem, gdy najwięcej osób naprawdę w to uwierzyło. Nie mogę narzekać na Platformę ani jej członków, wiele osób pomagało od początku. Po pierwszej turze zaangażowanie jeszcze wzrosło, ale wcześniej też każdy był skupiony na kampanii do sejmiku czy rady miasta. Ci, którzy się włączyli, dali z siebie dużo i jestem im za to wdzięczny. Takich wyborów nie wygrywa się w pojedynkę.
Po pierwszej turze pojawiła się wokół Pana nowa grupa osób, które uznały: „ma szansę wygrać, warto się zbliżyć”?
Nie, nie zauważyłem takiego procesu, bo skupiałem się na tych, którzy byli naprawdę zaangażowani, a nie na tych, którzy ewentualnie chcieliby się podpiąć pod sukces. Ale to może lepiej dla tej drugiej grupy, bo nie toleruje klakierów.
Wygrywasz wybory i masz prawie miesiąc do zaprzysiężenia. Co wtedy robisz? Jak wygląda ten czas?
Pojechaliśmy z żoną nad Bałtyk. Spotkałem się wówczas z prezydentką Gdańska Aleksandrą Dulkiewicz. Był to krótki odpoczynek, ale też czas na pierwsze przygotowania do objęcia urzędu.
Przychodził Pan do urzędu jeszcze przed zaprzysiężeniem?
Nie przychodziłem do pracy, ale byłem ze dwa razy, żeby ustalić przebieg zaprzysiężenia – głównie kwestie formalne i organizacyjne. Urząd nie był jeszcze wtedy dla mnie otwarty.
Jakie emocje towarzyszą w chwili składania ślubowania przed radą miasta? To bardziej stres czy wzruszenie?
To były ogromne emocje. Dla kogoś, kto od lat marzył, by mieć realny wpływ na Kraków, ten moment był naprawdę poruszający. Nagle to marzenie staje się rzeczywistością – to duże i bardzo osobiste przeżycie.
Po złożeniu ślubowania miał Pan spotkanie z Jackiem Majchrowskim?
Tak, odbyło się kurtuazyjne spotkanie – taka tradycja, że ustępujący prezydent przyjmuje nowego przed zaprzysiężeniem. Przyszedłem z żoną, prezydent Majchrowski był z małżonką, wypiliśmy kawę. Spotkaliśmy się chyba tuż przed zaprzysiężeniem. Wcześniej odbyliśmy robocze, dwugodzinne spotkanie, podczas którego prezydent Majchrowski przekazał mi dokumenty i podsumowania – informacje o trwających projektach, stanie urzędu czy budżecie.
Prezydent Majchrowski poprosił Pana o coś konkretnego? Na przykład o kontynuację jakiegoś projektu, podjęcie określonej decyzji czy pozostawienie poszczególnych osób w urzędzie?
Nie, nie poprosił o nic wprost. Oczywiście podczas rozmowy dzielił się swoimi ocenami – kto jego zdaniem lepiej się sprawdza, a kto mniej – ale nie formułował żadnych konkretnych próśb.
Czyli jednak pojawiły się jakieś personalne sugestie z jego strony?
To była raczej ogólna ocena – kto sobie radzi, kto mniej, które projekty uważa za ważne. Ale żadnych bezpośrednich próśb ani sugestii wprost nie było.
Wziął Pan pod uwagę sugestie prezydenta Majchrowskiego dotyczące konkretnych osób?
Podejmuję w pełni niezależne decyzje, choć oczywiście wysłuchałem opinii prezydenta Majchrowskiego. Często jednak jego oceny rozmijały się z moim późniejszym odbiorem sytuacji. Przeglądając notatki ze spotkania, zauważyłem, że w wielu przypadkach miałem inne zdanie, co do oceny ludzi.
Przypuszczam, że prezydent Majchrowski mógł Panu zasugerować, by zostawić ówczesnego dyrektora Zarządu Infrastruktury Sportowej. Tymczasem jedną z pierwszych decyzji, jaką Pan podjął, było jego odwołanie. Czy to miał być też wewnętrzny sygnał dla urzędu, że osoby, które były wcześniej nietykalne, nie będą już automatycznie chronione?
Nie zasugerował, aby zostawić Krzysztofa Kowala.
Słyszałem, że po złożeniu ślubowania i objęciu przez Pana urzędu doszło do dość nietypowej sytuacji – prezydent Majchrowski nie umiał wrócić do domu, bo nie miał już do dyspozycji służbowej limuzyny. Czy to prawda?
Też o tym słyszałem. Ale wtedy tyle się działo, że dziś już nie pamiętam szczegółów.
To przypomnę, że wyraził Pan zgodę, aby urzędowy kierowca odwiózł Jacka Majchrowskiego do domu w Łagiewnikach.
Nie pamiętam dokładnie, czy wyraziłem zgodę, ale wiem, że prezydent Majchrowski został odwieziony. Być może ktoś mnie o to zapytał i się zgodziłem, ale nie mam pewności. Wiem tylko, że faktycznie skorzystał z transportu, co było zupełnie naturalne w tej sytuacji.
A czy po objęciu urzędu miał Pan jakieś zakulisowe spotkania z prezydentem Jackiem Majchrowskim? Bo te oficjalne, wiadomo, odbywały się publicznie…
Jacka Majchrowskiego widziałem później dwa razy. Raz, gdy odbierał od straży miejskiej medal – wtedy, zgodnie z tradycją, spotkaliśmy się przy kawie czy herbacie. Drugi raz na corocznej wigilii organizacji przedsiębiorców. Może jeszcze gdzieś się spotkaliśmy, ale to były raczej pojedyncze, nieformalne sytuacje.
Ale rozumiem, że to były raczej kurtuazyjne spotkania, bez głębszych rozmów czy podsumowań? Bo w pewnym momencie, szczególnie w wywiadzie dla Radia Kraków, prezydent Majchrowski zaczął sobie z Pana trochę szydzić. Miał Pan takie wrażenie?
Nie miałem czasu, aby słuchać wywiadów z byłym prezydentem.
Jacek Majchrowski stwierdził wtedy, że po kilku miesiącach nie widzi żadnych zmian, i dodał: „może to i dobrze”.
Myślę, że dziś już te zmiany widzi – i to aż nadto.
I chyba nie jest z nich do końca zadowolony, bo wielu jego ludzi musiało pożegnać się z urzędem.
Nie rozmawiałem z nim na ten temat, więc nie wiem, co dokładnie dziś myśli, ale jestem przekonany, że zmiany są – choć idą ewolucyjnie, nie rewolucyjnie. Pierwsze trzy, cztery miesiące to był czas rzetelnego audytu, który nadal trwa. Teraz wchodzimy w bardziej szczegółowy etap z pomocą wydziału kontroli, który co tydzień przekazuje mi raporty. Na ich podstawie podejmujemy decyzje – zarówno personalne, jak i merytoryczne. To proces, który wciąż trwa. Wymieniłem już ponad połowę dyrektorów wydziałów w urzędzie.
Z czego bierze się to wrażenie, że trzyma Pan „starą gwardię”?
Nie mam potrzeby publicznie ogłaszać, że kogoś zwolniłem. To nie chodzi o piętnowanie czy oskarżanie. Część osób się sprawdza, część nie – niektórzy są przenoszeni do innych zadań, gdzie lepiej się odnajdują, inni odchodzą. Staram się rozstawać z ludźmi spokojnie, z szacunkiem do ich dotychczasowej pracy, nawet jeśli nie odnaleźli się w nowym modelu funkcjonowania urzędu.
Nie chcę skupiać się na tym, kogo wymieniłem, tylko na tym, co nowi ludzie wnoszą. Jeśli odnoszą sukcesy, to ich pokazuję. To dla mnie ważniejsze niż informowanie o zmianach kadrowych. Faktycznie, wymieniłem ponad 50 procent dyrektorów, a proces zmian zbliża się do końca, choć w kilku miejscach możliwe są jeszcze korekty.
Teraz będą korekty w spółkach?
Teraz, po roku, przyszedł czas, by przyjrzeć się miejskim spółkom i wprowadzić tam zmiany – m.in. w takich miejscach jak Nowa Huta Przyszłości. Zmiany zachodzą m.in. w Krakowskim Holdingu Komunalnym, Trasie Łagiewnickiej, Agencji Rozwoju Miasta Krakowa. W przypadku tej ostatniej spółki, zarząd będzie rozszerzony, ponieważ przejęli centrum kongresowe. To cztery spółki, gdzie zaszły istotne zmiany. Proces będzie kontynuowany stopniowo, bez deklaracji, że zmieni się wszystko i wszędzie. Zmiany trzeba wprowadzać rozsądnie – dając nowym osobom czas na działanie, a innym szansę na nowe zadania lub odejście, jeśli to konieczne.
Inne spółki miejskie również będą miały tak wyraźnie polityczny zarząd jak Krakowski Holding Komunalny, w któych są m.in. Bogusław Kośmider z Platformy Obywatelskiej i niedawno powołany Rafał Kudas z Lewicy?
Rafał Kudas z tego, co wiem, ma bardzo dobre CV menedżerskie. Był wicestarostą, więc zna samorząd i jego mechanizmy. Czy jest członkiem partii? Tego po prostu nie wiem.
Był związany z Sojuszem Lewicy Demokratycznej.
Pewnie był związany z SLD, ale to nie ma większego znaczenia. W tej konkretnej spółce faktycznie może być więcej osób z zapleczem politycznym niż przeciętnie, ale kluczowe są kompetencje. Bogusław Kośmider, choć członek PO, ma solidne CV – był przewodniczącym rady miasta, współtworzył KHK, ma wykształcenie ekonomiczne i doświadczenie bankowe. Można go krytykować, jak każdego, ale zna się na tym. Często słyszę zarzuty o „układach”, a tymczasem w konkursach nierzadko startują tylko dwie osoby na stanowisko – jak to miało miejsce w KHK.
Może ludzie myślą, że konkursy są ustawione, więc nie widzą sensu, by w ogóle startować.
Nie wiem, może nie mają odpowiedniej wiedzy i się obawiają. Gdyby chodziło tylko o przekonanie, że wszystko jest ustawione, to nie zgłaszaliby się też do pracy w urzędzie, a tam na jedno stanowisko bywa 5–10 kandydatów. Podobnie było przy rekrutacjach na dyrektorów czy asystentów. Zarządzanie spółką wymaga jednak konkretnej wiedzy ekonomicznej i odwagi – to coś innego niż praca specjalisty w urzędzie.
W urzędzie zatrudniona została Aleksandra Twaróg, Pana była społeczna asystentka poselska. Czy nie lepiej było po prostu otwarcie powiedzieć: „tak, potrzebuję kilku zaufanych osób w urzędzie” i powołać je bez konkursu, zamiast tworzyć wokół tego cały formalny anturaż?
Z Aleksandrą Twaróg rozmawiałem po jej wyborze tylko raz.
A ile razy przed?
Nie, rozmawiałem z Aleksandrą Twaróg może raz czy dwa – przy okazji sesji, gdzie była obecna, i może jeszcze krótko gdzieś indziej. Nie chodzi o to, że potrzebuję zaufanych ludzi na eksponowanych stanowiskach, tylko o kilka osób, które pomogą przy kalendarzu, interpelacjach czy kontaktach z mieszkańcami – za standardowe, często najniższe urzędowe pensje.
Aleksandra Twaróg jako Rzeczniczka Praw Ucznia zarabia jedną z najniższych pensji w urzędzie i nie pełni żadnej kierowniczej funkcji. To uczniowie mają się z nią kontaktować – ważne, by była w ich wieku, rozumiała ich perspektywę. Owszem, początkowo zakładano, że to stanowisko obejmie ktoś z wykształceniem prawniczym, ale konkurs miał otwartą formułę. Przez rok przeprowadziliśmy ok. 200–250 konkursów, decyzje podejmują komisje. Ja ich nie prowadzę ani nie zatwierdzam personalnie zwycięzców.
Aleksandrę Twaróg znałem, brała udział w działaniach na rzecz powołania tej funkcji, ale wygrała konkurs – gdyby była słabsza, nie dostałaby tego stanowiska. Startują ludzie z różnych środowisk – nawet członkowie PO nie przechodzili konkursów, jeśli byli słabsi od konkurencji. To nie są decyzje oparte na znajomościach. Nie biorę udziału w tych komisjach, nie sprawdzam partyjnych powiązań. Wiele osób wygrywa konkursy bez mojego udziału i wiedzy – naprawdę to jest proces niezależny ode mnie.
W kampanii mówił Pan, że radni miejscy nie będą zatrudniani w spółkach miejskich ani w strukturach miasta. Tymczasem radna Alicja Szczepańska dostała pracę na lotnisku, którego udziałowcem jest miasto, a Pan ma wpływ na skład rady nadzorczej. Czy to nie stoi w sprzeczności z wcześniejszymi deklaracjami?
Alicja Szczepańska rzeczywiście pracuje na lotnisku, ale udział miasta w tej spółce to niewielki, marginalny poziom, zaledwie nieco powyżej jednego procenta. Formalnie miasto jest współwłaścicielem lotniska, ale nie mam żadnego wpływu na decyzje o zatrudnieniu. Jedyne, na co mam wpływ, to jedna osoba w radzie nadzorczej, która może mieć wpływ na wybór zarządu – a to zarząd decyduje o zatrudnieniach. Z tego, co wiem, żaden radny nie pracuje ani w urzędzie, ani w miejskich spółkach.
Dlaczego radni często nie znajdują pracy w sektorze prywatnym, tylko trafiają do spółek Skarbu Państwa czy instytucji publicznych? Przykładowo: radna Agnieszka Pogoda-Tota przeszła do starostwa, Tomasz Daros został naczelnikiem w PKP, a Jakub Kosek był już wielokrotnie opisywany w podobnym kontekście. Z czego to wynika?
To wynika z kilku powodów. Przede wszystkim prywatni pracodawcy niechętnie zatrudniają radnych, ponieważ zgodnie z prawem radnego nie można zwolnić bez zgody rady miasta. Taka ochrona powoduje, że pracodawcy obawiają się późniejszych problemów kadrowych.
Dodatkowo radni mają wiele obowiązków społecznych i często są nieobecni w pracy zawodowej, co również wpływa na ich postrzeganie jako trudnych pracowników. W przeszłości zdarzały się przypadki, gdy po zatrudnieniu radnego pracodawca chciał go zwolnić, ale napotykał na bariery formalne.
Małgorzata Drewnicka, radna PiS pracowała w banku, ale szybko okazało się, że radnego miasta nie da się zatrudnić na pełen etat w prywatnym biznesie. Praca radnego to co najmniej pół etatu, a prywatni pracodawcy często nie chcą zatrudniać radnych, bo są obciążeniami politycznymi i trudno ich zwolnić. System jest zły: radni powinni być zawodowi, ale dieta jest niska i brakuje też ubezpieczenia społecznego. W efekcie radni najczęściej są przedsiębiorcami, pracują w sektorze publicznym, są emerytami lub studentami. Tylko nieliczni mają pracę w prywatnym sektorze i mają z tym problemy. Obiecałem, że w mieście nikt nie będzie pracował na etacie, by uniknąć presji czy konfliktu interesów – to patologia, gdy ktoś kontroluje organ, w którym sam pracuje.
Wcześniej radni Platformy nie mieli z tym problemu, bo było wiele przypadków ich zatrudniania w różnych miejscach.
Wiem, że ustawa zabrania radnym pracy na stanowiskach kierowniczych, ale moim zdaniem nie powinni pracować w miejscach, gdzie pełnią kontrolę nad organem. Inaczej funkcja kontrolna traci sens. Nie zamierzam jednak śledzić, gdzie radni pracują, kto im pomaga, czy przechodzą konkursy – na to nie mam czasu. Czasem czytam, że odpowiadam za zatrudnienie wszystkich, nawet bezpartyjnych w ministerstwach, co jest absurdem.
Nie wystarczy mieć z Panem zdjęcie, aby otrzymać pracę?
To byłoby zbyt łatwe (śmiech). Wystarczy, że ktoś zrobi ze mną zdjęcie, i nagle Aneta Karcz, z tym zdjęciem, wygrywa konkurs w ministerstwie rządzonym przez Lewicę. A muszę zdradzić, że w konkursie na dyrektora PEFRON-u startowało też dwóch członków Platformy i przegrało. Ale oczywiście to moja wina, że pani Aneta, którą znam i pozdrawiam, wygrała. Gdyby któryś z nich wygrał, też byłoby to moją winą.
Chyba PO nie potrafi skutecznie odpowiadać na takie zarzuty. Nie słyszałem odpowiedzi, że wcześniej szefową PEFRON-u była Marta Modarska, radna wojewódzka z PiS.
Osobiście nie miałem czasu sprawdzać, kto tam był zatrudniony. Ale czy PiS się tego czepia, czy raczej Łukasz Gibała? Raczej Łukasz Gibała. W kampanii mówił, że członkowie jego stowarzyszenia Kraków dla Mieszkańców mogą pracować w urzędzie, bo to nie partia, tylko stowarzyszenie. To próba rozróżnienia: partie są złe, stowarzyszenia dobre, ale to nie działa – stowarzyszenia też są formą działalności politycznej, często lokalną partią. Dlatego ja w kampanii mówiłem jasno: radni nie będą pracować w urzędzie.
Pierwsza część długiego wywiadu z prezydentem Krakowa Aleksandrem Miszalskim. We wtorek o godz. 8:00 opublikujemy drugą część.