Ależ to były transferowe niewypały! Pamiętacie tych piłkarzy?
Pamiętacie takich zawodników jak Romell Quioto czy Jan Frederiksen? Nie? Nic dziwnego - naturalną cechą człowieka jest bowiem chęć wyparcia złych wspomnień. Takich zawodników było więcej - największą radość fanów wzbudzili nie pięknym golem czy efektownym podaniem, ale… odejściem. Również niektóre z tegorocznych transferów przeprowadzonych przez Wisłę Kraków zawodzą oczekiwania kibiców. W poniedziałek Biała Gwiazda zagra w Łęcznej z Górnikiem (godz. 18), a my postanowiliśmy przywołać kilka sylwetek, o których w rzeczywistości nikt pamiętać nie chce.
Nie każdy jest waleczny jak Cleber. Nie każdy ma na swoim koncie tyle ekstraklasowych bramek, co Paweł Brożek. Nie każdy podaje jak Semir Stilić czy odbija ataki rywali jak Arkadiusz Głowacki. Również nie każdy transfer do klubu musi być udany.
Zawodnicy pokroju Marcelo, Maora Meliksona czy wspomnianego już Stilicia to pojedyncze perełki w morzu przeciętności. Dla równowagi, oprócz perełek, w morzu pływają jednak też jeżowce: piłkarze, na których łatwo można się nadziać, a ich gra przynosi praktycznie wyłącznie cierpienie - zarówno dla oczu, jak i dla serca kibica.
Andres Rios (River Plate -> Wisła, 2010)
Młody argentyński napastnik. Zdolny junior słynnego River Plate, który w pierwszej drużynie zadebiutował jako 17-latek. Młodzieżowy reprezentant kraju, który podczas mistrzostw Ameryki Południowej spotkał się w drużynie między innymi z Emiliano Insuą, zawodnikiem wielkiego Liverpoolu, czy Eduardo Salvio. Czy to możliwe, aby zawodnik z takimi predyspozycjami znalazł się w ekstraklasie? Jak najbardziej.
Ten piłkarz to Andres Rios, który trafił do Wisły w lipcu 2010. Napastnik od razu pochwalił się znajomością z Diego Maradoną, Gonzalo Higuainem czy Diego Simeone i przez jakiś czas wydawało się, że wokół niego zbudowana może zostać potęga drużyny. Uwielbiam strzelać nożycami, chciałbym to pokazać kibicom Wisły – wyliczał Rios zaraz po tym, jak pojawił się w Krakowie.
Argentyńczyk rozbudził spore nadzieje, które nie zostały jednak zaspokojone. Owszem, potwierdził on swój instynkt strzelecki kompletując hattricka w meczu z Polonią Warszawa czy wbijając cztery gole Koronie Kielce, ale robił to tylko na tle młodszych rywali w rozgrywkach Młodej Ekstraklasy, gdzie wylądował już po kilku miesiącach. Rios do mistrzostwa kraju zdobytego przez Wisłę w tamtym sezonie dorzucił wyłącznie malutką cegiełkę w ostatniej rozegranej minucie z Białą Gwiazdą na piersi. W doliczonym czasie gry meczu z Zagłębiem Lubin Argentyńczyk strzelił na 3:0, zdobywając w ten sposób pierwszą i ostatnią bramkę w barwach Wisły Kraków.
Romell Quioto (CD Vida -> Wisła, 2012)
Poszukiwanie dobrego i skutecznego napastnika to temat, który w klubie ze stadionem przy Reymonta ciągnie się od wielu lat przez każde okienko transferowe. Praktycznie zawsze poszukiwania kończą się niewypałem, a za strzelanie bramek odpowiadać musi wyłącznie Paweł Brożek. W maju 2012 Brożek był jednak w trakcie, jak się później okazało, nieudanej próby podboju kontynentu, a w Krakowie pojawił się Romell Quioto.
Szybki, silny, skuteczny. Reprezentant kraju, mający za sobą stosunkowo niezły sezon w lidze honduraskiej. Quioto najpierw trafił do Wisły na zasadzie testów. Dar przekonywania miał jednak wyjątkowo duży i już w pierwszym meczu towarzyskim, zremisowanym 2:2 z Podbeskidziem Bielsko-Biała, strzelił oba gole. Dopiero po czasie wydało się, że cały zasób swoich umiejętności Honduranin wyczerpał właśnie w tym sparingu. Później owszem, strzelał bramki, ale w meczach bez żadnej stawki, w których rywalami była Unia Tarnów czy Limanovia.
Romellowi Quioto łatka „pogromcy maluczkich” wyraźnie jednak nie pasowała i postanowił zastąpić ją inną. W ligowym spotkaniu z Polonią Warszawa Honduranin pojawił się na boisku w 77. minucie, a niespełna kwadrans później w najbardziej bezczelny ze sposobów nastąpił na nogę rywala - Łukasza Piątka. Efekt? Czerwona kartka i dyskwalifikacja, która wykluczyła napastnika Wisły z udziału w pięciu kolejnych spotkaniach. Brutalny atak na nogi rywala był w rzeczywistości jedynym, co Quioto pokazał podczas półrocznej przygody w Polsce, a po latach nikt nie żałuje, że Honduranin wrócił do domu tak prędko, jak tylko było to możliwe.
Daniel Sikorski (Polonia Warszawa -> Wisła Kraków, 2012)
Jego kariera zaczęła się naprawdę nieźle. Gry w młodzieżowych reprezentacjach Austrii, występy w drugiej drużynie wielkiego Bayernu Monachium, między innymi z Davidem Alabą. Po przyjeździe do Polski było już jednak tylko gorzej. W pierwszym sezonie sześć goli w Górniku Zabrze (między innymi w meczach z Cracovią i Wisłą), rok później już okrągłe zero w Polonii Warszawa.
Dlaczego więc Daniel Sikorski wylądował w Wiśle? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że również w Krakowie raził nieskutecznością. Austriacki napastnik niejednokrotnie wywoływał co prawda uśmiech na twarzach kibiców, jednak był to zwykle wyraz litości, ironii czy po prostu zażenowania. Niespełna miesiąca brakowało do ustanowienia niezwykłej serii dwóch lat (!) bez trafienia w ekstraklasie. Ostatecznie Daniel Sikorski wpisał się na listę strzelców - i to w prestiżowym meczu z Legią - jednak był to jedynie gol honorowy. Za to kibice wyrok wydali dużo wcześniej. Już w meczu 12. kolejki przeciwko Śląskowi Wrocław szydera na trybunach sięgnęła apogeum, a kumulacja negatywnych emocji spadła właśnie na Sikorskiego.
Nie było jednak wyzwisk i rzucanych przekleństw - to byłoby zbyt proste. Kiedy Sikorski ruszył do rozgrzewki, kibice skandowali takie hasła jak ”Jesteś legendą, Sikorski, jesteś legendą” czy „Daniel Sikorski, najlepszy napastnik Polski”. Gdy zawodnik Śląska zmarnował rzut karny, trybuny ryknęły z kolei „Daniel by strzelił, hej Śląsku, Daniel by strzelił”. Po takim meczu zapewne trudno podnieść się psychicznie, jednak nie będziemy tłumaczyć tym kolejnych pięciu miesięcy bez zdobytego gola. Chyba najlepiej dla wszystkich, że po sezonie Daniel Sikorski raz na zawsze opuścił Polskę. Dobrze dla klubów - bo nie będzie już zarażał nieskutecznością. Dobrze dla kibiców - bo nie będą musieli załamywać rąk po jego kiksach. I chyba dobrze dla Daniela - bo za granicą wreszcie złapał lekki oddech.
Jan Frederiksen (Brøndbyernes IF -> Wisła, 2012)
Lato 2012 obfitowało przy Reymonta w wybitnie nietrafione transfery. Oprócz napastnika, Wisła na gwałt szukała wówczas również lewego obrońcy, a jednym z kandydatów był Jan Frederiksen. Anonimowy dla fanów z Polski zawodnik występujący w duńskim Broendby IF. – Duński obrońca nie porozumiał się w sprawie kontraktu z krakowskim klubem – poinformował jednak na oficjalnej stronie klub i wydawało się, że temat został w ten sposób ucięty.
Nic bardziej mylnego. Po nieudanej próbie zakontraktowania innego zawodnika, temat Frederiksena powrócił i niespełna tydzień po zacytowanym komunikacie pojawił się kolejny - tym razem informujący o tym, że Jan Frederiksen podpisał roczny kontrakt z Wisłą. Duńczyk wkrótce został oficjalnie zaprezentowany z koszulką, na której widniał numer 55. – W poprzednich klubach grałem z „5”, ale ten numer jest już zajęty. Moim szczęśliwym numerem jest „10”, więc wziąłem dwie piątki, które razem dają właśnie dziesiątkę. Może to przyniesie mi szczęście – opowiadał zawodnik.
Wkrótce okazało się jednak, że Frederiksen w grze w piłkę nie jest wcale dużo lepszy niż w dodawaniu i odejmowaniu. Duńczyk zawiódł oczekiwania wszystkich fanów, którzy zapamiętają go przede wszystkim z meczu z Lechem Poznań. To właśnie błąd Frederiksena poskutkował bowiem jedyną bramką w tamtym spotkaniu i przesądził o porażce w niezwykle prestiżowym meczu. Takich pomyłek Duńczykowi przydarzyło się więcej, a jego przygoda w Krakowie dobiegła końca już po jedenastu rozegranych spotkaniach.
Fabian Burdenski (FC Magdeburg -> Wisła, 2013)
Tę historię pamięta chyba każdy kibic Wisły Kraków. Zawodnik wzięty znikąd, występujący wcześniej w IV lidze niemieckiej, gdzie w sezonie poprzedzającym transfer nie zdobył ani jednej bramki. Fabian Burdenski trafił na Reymonta w czerwcu 2013, a samemu transferowi towarzyszyło przede wszystkim ogromne zniesmaczenie. Media szybko odkryły bowiem, że ojcem zawodnika jest niejaki Dieter Burdenski - dobry kolega ówczesnego szkoleniowca Wisły, Franciszka Smudy, któremu ten pomagał jeszcze w czasach pełnienia funkcji selekcjonera.
To właśnie Dieter Burdenski miał przekonać Sebastiana Boenischa do występów w reprezentacji Polski, a jak wiadomo - za przysługę trzeba umieć się odwdzięczyć. Smuda, jako że gest ma, przyjął u siebie Fabiana, czym ściągnął na siebie lawinę krytyki. Sam zawodnik, co jasne, nie zgadzał się z takim tłem transferu: – To nie ma nic wspólnego ze znajomościami trenera Smudy i mojego ojca. Trener już wcześniej mnie obserwował i chciał mnie w swojej drużynie – stwierdził Fabian Burdenski.
Czy faktycznie chciał? Burdenski w ekstraklasie wystąpił osiem razy. Dwukrotnie, z konieczności, od pierwszej minuty. W sześciu pozostałych przypadkach niemiecki pomocnik meldował się na boisku kolejno w 92., 91., 89., 93., 82. i 87. minucie. Po nieudanym podboju naszej ligi Burdenski wrócił do swojego kraju. W sezonie 2014/15 był zawodnikiem drugoligowego FSV Frankfurt, choć i w tym przypadku sprawa wydaje się jasna. Wystarczy spojrzeć na liczby - zero rozegranych meczów, zero goli, zero asyst. O, takie właśnie okrągłe „0”.
Za tydzień druga część tekstu, w której pod lupę weźmiemy najgorsze transfery przeprowadzone przez Cracovię. Jak myślicie, kto zostanie przez nas "wyróżniony"?