Atak Jazzombi!e: koncert Lao Che i Pink Freud w Klubie Studio
Podczas koncertu Lao Che w Krakowie w listopadzie zeszłego roku, wokalista formacji – Hubert „Spięty” Dobaczewski – zapowiedział powrót zespołu w „arcyciekawej muzycznej kombinacji”. Pewien czas później światło dzienne ujrzał plan trasy „Jazzombi!e”, podczas której Lao Che i jazzowe Pink Freud mieli nie tylko przedstawiać swoje autorskie utwory, ale również wspólnie pojawiać się na scenie.
Taka współpraca nie powinna wydawać się niczym dziwnym. Lao Che od lat zaskakuje ciągłymi rewolucjami estetycznymi, romansując m.in. z elektroniką i brzmieniem Nowej Fali. Tak więc wieczorem 14 marca Klub Studio odwiedziły połączone siły dwóch znanych kapel polskiej sceny alternatywnej: crossoverowego Lao Che i jazzowego Pink Freud.
07 zgłoś się
Krakowski koncert rozpoczął się setem Pink Freud. Był to pierwszy występ gdańskiej formacji w Klubie Studio. Podczas niespełna godziny grupa zaprezentowała publiczności swoją wizję jazzu, która choć garściami czerpie z tradycji, to jednak otwarcie flirtuje z innymi gatunkami. Momentami ciężko było uwierzyć, że grupa nie jest określana jako rockowa: doskonała perkusja nadawała jej brzmieniu punkową lub postpunkową rytmiczność i energię, zaś dźwięki gitary nierzadko przywodziły na myśl stonerową estetykę. Muzyka Pink Freud brzmiała niczym soundtrack do jakiegoś nigdy niewydanego, psychodelicznego odcinka „07 zgłoś się”.
Po krótkiej przerwie scenę opanował Spięty i reszta jego grupy. Koncert rozpoczął się utworem „Już jutro” z ostatniej płyty zespołu, później zaś zabrzmiały „Życie jest jak tramwaj”, „Chłopacy, „Królowa” i „Dym”. Do gustu szczególnie przypadło mi przejmujące wykonanie „Hydropiekłowstąpienia”, które poprzedziło interesującą interpretację „Siedmiu nie zawsze wspaniałych” w stylistyce ska. Nie zabrakło również rapcore’owego „Jestem psem” i „Zombi”. Autorski set Lao Che zakończyła jazzowa wersja „Prądu stałego / prądu zmiennego”, którą można było również usłyszeć na poprzednim krakowskim koncercie kapeli.
Reaktywacja
Wspólną część występu obu grup można uznać za swego rodzaju reaktywację formacji Koli, nieco już zapomnianej, choć w pewnych kręgach kultowej grupy hip hopowej działającej pod koniec lat 90. Koli tworzone było przez część obecnych członków Lao Che ze Spiętym na czele. Tę część występu rozpoczęło „Poszłem do sklepu (Szemrane tango)”, po niej muzycy zagrali „Kukurydzę”. Utwór „Tingel Tangel (Stachu)” doczekał się świetnej, nieco dubowej wersji. Oprócz piosenek z repertuaru Koli, supergrupa wykonała również interpretację wiersza Władysława Broniewskiego pt. „Bar pod zdechłym psem”. Regularny występ grup zakończył mash-up „Ekwilibrystyki 1931” z „Godzillą”, zaś podczas bisu publiczność usłyszała „Pocztówkę z Państwa Środka”. Uważam, że decyzja o przypomnieniu brzmienia Koli była świetnym pomysłem – kto wie, może trasa „Jazzombi!e” to ostatnia taka okazja?
Zadziwiające jest, jak zróżnicowaną publikę potrafi przyciągnąć Lao Che: od szesnastolatków w glanach po czterdziestoletnich słuchaczy Trójki. Wydaje się, że podczas tego koncertu średnia wieku publiczności była wyższa niż podczas występu w listopadzie, stąd też bardziej statyczny charakter zabaw pod sceną.
Bez „Powstania…”
Nie oznacza to, że koncert był mało energetyczny – wręcz przeciwnie! Pink Freud szczególnie zabłysnął na tym gruncie; jest to formacja, której koncerty powinny przypaść do gustu nawet osobom niegustującym w jazzie. Lao Che zagrało przekrojowy (choć znów nieuwzględniający „Powstania warszawskiego”) set, który powinien był przypaść do gustu wszystkim fanom grupy. Miłośnicy „Powstania…” będą je mogli zresztą usłyszeć w całości podczas festiwalu w Cieszanowie; grupa zapowiedziała również występ podczas Przystanku Woodstock, z pewnością będzie ją można zobaczyć również podczas juwenaliowych koncertów w całej Polsce. Przy tych okazjach zmianie ulegnie zapewne zarówno charakter muzyczny, jak i profil publiczności. Ale cóż, w różnorodności tkwi uniwersalność – a zatem i siła – twórczości Lao Che.
fot. Anita Grzesikowska/lovekrakow.pl