Barbara Bubula: dzielnice muszą istnieć [Rozmowa]
Jaką rolę powinny pełnić krakowskie rady dzielnic? Czy może dojść do upartyjnienia najniższego szczebla samorządu? – na te oraz inne pytania odpowiada w rozmowie z Patrykiem Salamonem poseł Prawa i Sprawiedliwości Barbara Bubula, współtwórczyni dzielnic.
Patryk Salamon: Czy w Krakowie potrzebne są dzielnice?
Barbara Bubula, poseł PiS: Oczywiście!
Dlaczego?
To najlepsza i najczystsza forma samorządności. Jakość demokracji można poznać po tym, w jaki sposób funkcjonuje najniższy szczebel. Tym organem w gminach są sołectwa, natomiast w Krakowie mamy dzielnice. W przypadku naszego miasta istnieje 18 organów pomocniczych. Nawet jeśli kompetencje ich nie są zbyt duże, to jednak chodzi o to, żeby miał kto prowadzić nieustający dialog z mieszkańcami. To dzielnice są uchem, który wsłuchuje się w głos ludu.
Twierdzi Pani, że dzielnice powinny mieć funkcję bardziej opiniodawczą niż decyzyjną? W tej chwili jednostki pomocnicze są bardziej instytucją konsultacyjną.
Oprócz funkcji opiniodawczej, dzielnice mają również funkcję decyzyjną. Wydaje mi się, że teraz rady mają do dyspozycji dość duże kwoty do rozdysponowania. Pieniądze przeznaczają, począwszy od remontów chodników, budowy zatok parkingowych aż po rozdawanie grantów, które idą na działalność kulturalną czy edukacyjną. To są niebagatelne sprawy!
W systemie demokratycznym jaki mamy, dzielnicę muszą trzymać rękę na pulsie i utrzymywać kontakty z mieszkańcami. Radni powinni ciągle pytać obywateli, co sądzą o danej sprawie. Warto zwrócić uwagę na sposób funkcjonowania partii politycznej Fides na Węgrzech. Miejscowi działacze, przed podjęciem decyzji, konsultują się z mieszkańcami, dzięki temu utrzymują wysokie poparcie dla swojego ugrupowania.
Liczba dzielnic w Krakowie nie powinna być ograniczona. Może warto zredukować z 18 do np. czterech: Podgórze, Stare Miasto, Krowodrza oraz Nowa Huta?
Przypominam sobie dyskusję z 1990 roku, kiedy to tworzyliśmy dzielnice oraz pisałam ordynację wyborczą. Wówczas byłam zwolenniczką powstania dziesięciu dzielnic. Cztery dzielnice to nie byłaby dobra rzecz, ponieważ przy tak dużym obszarze i liczbie mieszkańców, nie ma możliwości tworzenia silnych więzi obywatelskich. W gronie 250 tysięcy osób wypaczy się idea najniższego szczebla samorządu. Mamy w tej chwili w Krakowie 18 dzielnic i może niech tak zostanie. Nie jest dobrze wprowadzać rewolucję, ale moim zdaniem jednostek powinno być mniej.
Jaka ilość byłaby wystarczająca?
Pomiędzy 10 a 12. To jest liczba, która byłaby do zaakceptowania. Jednak nie ma co za bardzo rozwodzić się o ilości rad, ważniejszą są ich funkcje, które cały czas nie są zbyt dobrze wypełniane. Ciągle szwankuje proces konsultacji z mieszkańcami.
Więcej pieniędzy powinno być przeznaczonych na możliwość dialogu z obywatelami na poziomie dzielnicy?
Oczywiście! Dzielnice nie powinny mieć ograniczanych środków na dialog ze społeczeństwem, powinno być wręcz odwrotnie. Proponuję, aby wzorem Wielkiej Brytanii, do mieszkańców trafiały ankiety w aktualnych sprawach. Tym sposobem na bieżąco wiemy, co myślą mieszkańcy o konkretnym pomyśle.
Sprzeciwia się Pani pomysłowi działaczy młodzieżówki Platformy Obywatelskiej, którzy proponują, że osoba bez stałego meldunku będzie miała możliwość kandydować w wyborach do rad dzielnic.
W latach 90., kiedy tworzyliśmy dzielnice, założyliśmy, że podstawowym kryterium przy wyborach ma być związanie radnego ze swoim okręgiem wyborczym. Idea była taka, że osoba, która mieszka na danym terenie na bieżąco interesowała się sprawami ludzi i je rozwiązywała. Mieszkańcy po czterech lata rozliczają radnego i decydują, czy dalej chcą takiego reprezentanta.
Pani zdaniem może dojść do upartyjnienia tego najniższego szczebla samorządu?
Jeśli radni miasta zniosą obowiązek meldunkowy jako kryterium przy startowaniu w wyborach, to wówczas powstanie układanka partyjna. Wiadomo nie od dziś, że są okręgi wyborcze, w których łatwiej wygrać członkom Platformy Obywatelskiej, a w innych rejonach więcej głosów zdobywa Prawo i Sprawiedliwość. Wiemy, że istnieje krakowska mapa sympatii politycznych. Może dojść do tego, że działacze chcący przejąć konkretną dzielnicę, będą kierować swoich aktywistów partyjnych w dany teren.