Bonobo. Bardziej tanecznie niż chilloutowo
W sobotni wieczór w krakowskim Klubie Studio wystąpił Simon Green, szerzej znany pod pseudonimem Bonobo. Był to ostatni koncert brytyjskiego artysty w ramach marcowej trasy po Polsce.
Elektroniczny (i elektryzujący) wieczór w Studio rozpoczął się o godzinie 20:30 – wtedy swój występ zaczął supportujący gwiazdę wieczoru Werkha, jednoosobowy projekt sympatycznego muzyka z Manchesteru. Brytyjczyk doskonale poradził sobie w niełatwej roli i house’owym brzmieniem przyciągnął pod scenę liczną publikę. Werkha połączył w swoim występie elektroniczne i taneczne rytmy z dźwiękami gitary, co owocowało całkiem przyjemnym efektem i stanowiło – wedle słów mojego kolegi – żywy dowód na to, że „nie trzeba się męczyć z nieodpowiedzialnymi członkami zespołu na próbach”. Cóż, najwyraźniej żyjemy w skrajnie indywidualistycznych czasach, stąd może i taki wysyp one-man bandów. Werkha zakończył swój set o 21:15.
Brytyjscy muzycy, latynoskie brzmienie
Po około półgodzinnej przerwie scenę Studio opanował Bonobo z zespołem. Wówczas atmosfera stała się naprawdę gorąca (również dosłownie). Koncert rozpoczął wprawdzie chilloutowy „Cirrus”, później jednak brzmienie kreowane przez artystów coraz mocniej zaczęło skręcać w nieco zaskakującym kierunku tanecznej, momentami wręcz latynoskiej muzyki. Liczba mnoga w poprzednim zdaniu nie jest przypadkowa – przez większą część koncertu Simon Green wydawał się być tylko skromną częścią większej całości – zespołu w pełnym tego słowa znaczeniu. Najwięcej uwagi skupiała rzecz jasna wokalistka Szjerdene, niemniej świetnym instrumentalistom również należą się słowa uznania. Bardzo energetyczny, chociaż niepozbawiony spokojniejszych momentów, koncert zakończył się przed północą.
Simon Green dał radę
Nie ukrywam, że jako osoba niebędąca zapalonym fanem Bonobo nie miałem szczególnych oczekiwań wobec jego koncertu. Spodziewałem się jednak bardziej chilloutowego brzmienia, nie zaś aż tak tanecznych aranżacji. Krakowska publika w wypełnionym po brzegi klubie bawiła się doskonale, ja również „kupiłem” tę konwencję, choć bliższe mojemu sercu jest jednak to bardziej relaksujące, kalejdoskopowe i może nieco psychodeliczne oblicze artysty. Co najważniejsze: fani Bonobo wydawali się zachwyceni, ja sam zaś postanowiłem mocniej wgłębić się w studyjne dokonania Brytyjczyka. To chyba najlepiej świadczy o tym wieczorze i artystycznej klasie Simona Greena.