Chciał wymienić izraelskie prawo jazdy na polskie. Skończyło się wyrokiem
Międzynarodowe prawo umożliwia nie tylko poruszanie się samochodami na terenie innego kraju, jeśli posiada się prawo jazdy wydane w innym, ale również jego bezproblemową wymianę. Choć nie zawsze jest to takie proste.
Casus
Kierowca z izraelskim prawem jazdy chciał wymienić je na polskie bez konieczności zdawania egzaminu. Wniosek jednak nie został pozytywnie rozpatrzony i mężczyzna musiał stawić się na egzamin teoretyczny. Ponowił prośbę, ale w odpowiedzi przeczytał, że jego prawo jazdy nie spełnia wymogów Konwencji wiedeńskiej. I na takiej podstawie prezydent Krakowa odmówił wydania dokumentu.
Skarga najpierw trafiła do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. SKO utrzymało w mocy decyzję prezydenta. Organ stwierdził, że w izraelskim dokumencie brakuje nazwy lub pieczęci organu wydającego dokument i podpisu posiadacza dokumentu (są to dwa z kilku warunków pozwalających na uznanie prawa jazdy na terytorium innego kraju zgodnie z załącznikiem do Konwencji wiedeńskiej).
Problemem okazał się również alfabet hebrajski (mimo że dokument był przetłumaczony). Zdaniem SKO powinny być zapisane w alfabecie łacińskim. Oprócz tego Izrael nie należy UE czy EFTA (Islandia, Liechtenstein, Norwegia i Szwajcaria) i nie obowiązuje w tym przypadku tryb wymiany dokumentów na zasadzie wzajemności.
Sąd wyjaśnił
W czerwcu tego roku Wojewódzki Sąd Administracyjny wydał wyrok uchylający obie decyzje. Oparł się na wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2024 roku. W orzeczeniu można przeczytać, że wystarczy, aby wniosek zwierał przynajmniej jeden z warunków zapisanych w Konwencji wiedeńskiej, nie musi spełniać wszystkich. W dokumencie międzynarodowym jest również zapis mówiący o każdym państwie.
– Skoro prawo jazdy, o którego wymianę wnioskował skarżący, wydane zostało przez organ państwa sygnatariusza Konwencji wiedeńskiej, a dokument sporządzono w języku narodowym izraelskim, należało przyjąć, że jest to dokument wymieniony w ustawie o kierujących pojazdami, a w konsekwencji wymiana prawa jazdy skarżącego nie wymagała od niego zdania egzaminu teoretycznego – orzekł sąd. Urząd raz jeszcze ma rozpatrzyć sprawę, według wskazówek z wyroku.
Problem istnieje
Z dokumentów sądowych wynika, że urząd kierował się jedynie kwestiami formalnymi w tej sprawie. Faktem natomiast jest, że obcokrajowcy dokładają się do już sporej liczby wypadków i kolizji na polskich drogach. A poprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym jest w interesie każdego, więc – abstrachując od tego konkretnego przypadku –taki test z teorii w przypadku zmiany prawa jazdy nie zaszkodziłby.
Z danych policji wynika, że w 2024 roku doszło na terenie naszego kraju do 21,5 tys. wypadków, w których zginęło 1,9 tys. osób (Małopolska znalazła się na drugim miejscu pod względem największej liczby wypadków z wynikiem 2474).
10 proc. ze wszystkich zdarzeń było spowodowane przez obcokrajowców – co mniej więcej zgadza się z odsetkiem pracujących w Polsce – 6,7 proc. Przybysze z innych krajów są również odpowiedzialni za ponad 27,7 tys. kolizji na 400 tys., które zaistniały w całym roku.
Mniejszość jest zawsze pod ostrzałem, a polscy kierowcy nie przebierają w słowach, komentując mniejsze lub większe przewinienia. Fraza o prawie jazdy znalezionym w chipsach to jedna z łagodniejszych.
Okiem eksperta
Czy osoby, którzy wiążą swoją przyszłość z Polską, powinny przejść choćby kurs teoretyczny? Wiemy już, że takiego obowiązku władze narzucić nie mogą. – Te przepisy są regulowane różnymi konwencjami międzynarodowymi, mamy podpisane umowy z takimi krajami, jak choćby Pakistan – przypomina Łukasz Zboralski, dziennikarz i ekspert z dziedziny bezpieczeństwa ruchu drogowego. – Istnieje to głównie po to, abyśmy jako turyści, mogli korzystać swobodnie z możliwości np. wypożyczenia samochodu – dodaje.
– Ważniejsza od przepisów jest jednak kultura jazdy. I tu mamy zderzenie. Polscy kierowcy mocno ogarnęli się na drogach, ale kierowcy w Gruzji, Kazachstanie, o np. Indiach nie mówiąc, niekoniecznie jeżdżą tak, jakbyśmy tego chcieli – stwierdza Zboralski.
Jeśli więc nie przymus, to co? – Jedyne, co możemy zrobić, to propagować szkolenia i moim zdaniem państwo na to stać. Należałoby pokazać, jak jeździmy w Polsce. Tego jednak nie ma i odzwierciedlają to choćby kursy reedukacyjne, które są obowiązkowe po przekroczeniu liczby punktów, a które są prowadzone tylko w języku polskim. Kierowcy zagraniczni nie mają nawet możliwości, żeby dowiedzieć się, co źle zrobili. Więc bardziej szedłbym w pomoc niż regulacje – podkreśla ekspert.