CLMF 2013: Monika Brodka przegoniła deszcz

Pierwszy dzień Coke Live Music Festival dedykowany był Szkocji. Energetyczne występy Biffy Clyro i Franza Ferdinanda na Głównej Scenie zadowoliły nawet najwybredniejszych fanów rocka. Synoptycy zapowiadali gwałtowne burze, ale na szczęście skończyło się na niegroźnym deszczu, który przegoniła Brodka.

W zeszłym roku na CLMF brakowało mi kobiecych wokali. Najwidoczniej organizatorzy stwierdzili to samo, bo w tym roku festiwal został wręcz zdominowany przez kobiety. Tylko pierwszego dnia wystąpiły Regina Sektor, Monika Brodka i Mela Koteluk (a przecież dnia następnego na scenie mają zaśpiewać Florence Welch, Katy B, Marika i très.b). Z tych trzech pań najlepiej prezentuje się, bez wątpienia, Brodka – największa obecnie, obok Jopek i Nosowskiej, żeńska osobowość na naszej rodzimej scenie muzycznej. Regina Spektor, o wiele słynniejsza od Polki, może czyścić wokalistce z Twardorzeczki jej błyszczące Dancing Shoes. Rosyjska emigrantka, która zrobiła karierę w Nowym Jorku, jest prawdopodobnie najnudniejszą songwriterką, jaką widziałem i słyszałem. A do tego spóźniła się na swój koncert 20 minut. Z kolei po Meli Koteluk spodziewałem się o wiele więcej – widać, że brakuje jej jeszcze obycia ze sceną, a liczna publiczność i zaszczyt występu na Main Stage trochę ją onieśmieliły.

Wracając do Brodki – jej występ na Coke’u zaczął się dokładnie tak, jak dwa lata temu na Open’erze, czyli od ulewy. Wtedy deszcz zalał zespołowi instrumenty, a uparta wokalistka walczyła z pogodą na wszelkie możliwe sposoby (w końcu zaśpiewała a cappella). W Krakowie zagrała ze zdwojoną mocą, przez co po kilkunastu minutach udało jej się przegonić chmury, i to tak, że wróciły dopiero po czterech godzinach. Aranżacje większości utworów z rewelacyjnego albumu „Granda”, który wybrzmiał niemal w całości, w wersji na żywo mają w sobie jeszcze więcej rockowej energii, a festiwalowe brzmienie sprawia, że Brodka w pełni zasługuje na Main Stage na największych imprezach. Ciężko mi sobie przypomnieć jakiś słabszy moment tego występu - czasem zespół nieco zwalniał („K.O.”, „Syberia”), by dać odpocząć publiczności, innym razem aranżacje zmieniały się w nieco bardziej klubowe (ocierający się o techhouse remiks „Dancing Shoes”). Filigranowa wokalistka od początku do końca utrzymywała dobry kontakt z fanami, czego ukoronowaniem był skok w publiczność i śpiew na jej rękach w zamykającej koncert „Grandzie”.

Po Brodce na Scenie Głównej nastąpiła zmiana warty – tego wieczoru zdominowały ją dwa najlepsze szkockie zespoły rockowe, czyli Biffy Clyro i Franz Ferdinand (na tę okoliczność oba bandy zadedykowały sobie nawet po utworze). I choć to kwartet Alexa Kapranosa był headlinerem, lepsze wrażenie zrobił na mnie zespół Simona Neila. Włożył on w swój występ całe serce i masę energii – do tego stopnia, że pod koniec jego głos wyraźnie osłabł na sile, i wokalnie musieli go wspierać pozostali koledzy z zespołu. Brodaty gitarzysta od początku przykuwał uwagę: fioletowe rurki, żółte trampki, nagi tors pokryty tatuażami (koszulkę zostawił w garderobie, bo po kilku minutach, w trakcie których szalał po całej scenie i skakał z głośników, musiałby wyżynać z niej pot). Do tego podziw wzbudzało jego przygotowanie do koncertu – otóż poprawną polszczyzną przywitał się z publicznością: Jesteśmy Biffy Clyro ze Szkocji!, a tradycyjny dialog między utworami ograniczył do kolejnych polskich zwrotów: Jak się macie? Kochamy Polskę! Nie mniej zapału do gry i śpiewu mieli też basista James Johnston i przypominający Paula Kalkbrennera perkusista Ben Johnston. Po tym koncercie tak wyczekiwani w Polsce Foo Fighters mają naprawdę wysoko postawioną poprzeczkę.

Choć Biffy Clyro mają na koncie sześć albumów, skupili się na dwóch ostatnich – tegorocznym „Opposites” i „Only Revolutions”, dzięki któremu wypłynęli na szerokie wody (jedynym starszym numerem był „Living Is a Problem Because Everything Dies”). Zaczęli od majestatycznego „Stingin’ Belle” z dźwiękami kobz, potem był „The Captain”, „Sounds Like Balloons” i „Biblical” z mocną stopą. Dopiero po kwadransie nieco zwolnili przy okazji „God & Satan”, a kolejne utwory śpiewane były wraz z publicznością. Najlepiej wypadły pod tym względem „Many of horror” i „Opposites” w stylu Paramore. Ale najciekawsze były ostatnie minuty koncertu, z symfonicznym „That Golden Rule” i hitowym „Mountains” na koniec. W zasadzie jedynym mankamentem tego show było nagłośnienie – podobnie, jak na zeszłorocznym koncercie Crystal Fighters, dźwiękowcy spartaczyli robotę.

Na szczęście na koncercie Franz Ferdinand dźwięk był już o niebo lepszy. W lepszej formie, niż przed rokiem na Open’erze, był też Alex Kapranos, który zgolił drażniący wąs, miał w sobie dużo więcej życia i pozwolił sobie na zalotną konferansjerkę, że wspomnę tylko zachwalanie pogody (czym trochę ją zapeszył, pod koniec się rozpadało). Repertuarowo Szkoci postawili na miksturę starych, sprawdzonych hitów i utworów z niewydanego jeszcze albumu. Niestety, ich premierowe wykonania nie zwiastują niczego nowego – „Right Action” mógłby się znaleźć na każdej z poprzednich płyt, „Bullet” to typowe, brytyjskie granie, „Stand on the Horizon” zawiera trochę kiczowatą partię klawiszy, a najlepszy „Love Illumination” okrojony został o ciekawe instrumentarium z wersji studyjnej. Pozostało więc cieszyć się z największych przebojów grupy, z „Take me out”, „Do you want to” i „Walk away” na czele. Jeszcze popisowy (znany od kilku lat) numer ze zbiorowym bębnieniem w „Outsiders”, kilka hitów na bis i można było udać się do domu z przeświadczeniem, że ten zespół być może brzmienie ma wyjątkowe, ale występuje w Polsce zdecydowanie za często.

Drugiego dnia na CLMF wystąpią m.in. długo wyczekiwani Florence and the Machine, legendarny hip hopowy Wu-Tang Clan i Katy B, która z pewnością porwie publiczność do tańca. Już jutro wróćcie tu, by przeczytać kolejną część relacji!