Dramatyczna katastrofa kolejowa sprzed lat. Wstrząsnęła nie tylko Krzeszowicami

– Zobaczyłem we mgle pociąg gdyński. Dałem natychmiast hamulce, nic nie pomogło – mówił maszynista na miejscu katastrofy, do której doszło 2 października 1934 roku.

Są ranni i zabici

W redakcji tygodnika „Światowid” rozbrzmiewa telefon, a po drugiej stronie słuchawki padają mrożące krew w żyłach słowa:

Katastrofa kolejowa w pobliżu stacji Krzeszowice. Najechały na siebie dwa pospieszne pociągi, wiedeński i gdyński. Są ranni i zabici.

Był 2 października 1934 roku.

Dziennikarz nie czeka ani chwili. Rusza na miejsce, żeby zrelacjonować, co się stało:

„Nasze auto redakcyjne mknie jak wicher i minąwszy Zabierzów i Rudawę zatrzymuje się w Krzeszowicach. Ładne to i schludne miasteczko, leżące na linii Kraków-Dziedzice, w odległości 30 km na zachód od Krakowa”.

Autor artykułu przypomina, że Krzeszowice to siedziba możnego rodu Potockich: 

„Mieszka w nim obecnie Krystyna, wdowa po Andrzeju hrabim Potockim, namiestniku Galicji, zamordowanym przez Ukraińca, który zastrzelił go z rewolweru w czasie audiencji”.

Uroczystości pogrzebowe adwokata Dziubczyńskiego, (który zginął w katastrofie kolejowej w Krzeszowicach)
Uroczystości pogrzebowe adwokata Dziubczyńskiego, (który zginął w katastrofie kolejowej w Krzeszowicach)
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Dziennikarz pokonuje ostatni skręt w lewo i dojeżdża na miejsce katastrofy. 

Jest tam już tłum ludzi, a wśród nich Artur Potocki, syn wspomnianej Krystyny, jak również jego żona. Hrabia natychmiast oddał pokoje w swoim pałacu do dyspozycji lekarzy.

Na miejscu są też władze śledcze i dużo policji. Wśród tłumu uwijają się lekarze w białych kitlach. Obok rampy leżą zmasakrowane trupy” – pisze bez ogródek autor tekstu w „Światowidzie”.

Kto winien?

W tłumie odnajduje urzędnika kolejowego, który relacjonuje mu przebieg katastrofy: 

Było to tak. Przed stacją w Krzeszowicach stał pociąg pospieszny nr 7 z Gdyni, wjechał na niego pociąg pospieszny nr 107 z Wiednia, wskutek czego dwa wagony zostały zdruzgotane.

– A gdzie maszynista, który prowadził pociąg wiedeński? – dopytuje dziennikarz.

Aresztowano go, choć on zdaje się nie winien – odpowiada urzędnik.

Dziennikarz nie traci czasu, idzie do maszynisty, na którego twarzy malują się rezygnacja oraz smutek:

Zobaczyłem we mgle pociąg gdyński w odległości 250 metrów. Dałem natychmiast hamulce i kontrparę, nic nie pomogło. Gdybym mógł choć jeszcze 15 metrów ujechać, toby nie było katastrofy, ale pociąg się ślizgał, jak na mydle, bo szyny były wilgotne.

Dziennikarz relacjonuje dalej, że koło wieczora gruzy wagonów zostały usunięte, a wraz z nimi zniknęły ślady katastrofy, rozeszli się ludzie

Po stalowych szynach na nowo ruszyły kolejne pociągi.

Ksiądz otoczony tłumem ludzi udziela ostatnich sakramentów jednej z ofiar katastrofy
Ksiądz otoczony tłumem ludzi udziela ostatnich sakramentów jednej z ofiar katastrofy
Narodowe Archiwum Cyfrowe

Tylko gdzieś w ukryciu polały się łzy tych, którzy niespodziewanie dowiedzieli się, że spadło na nich nieszczęście, jak grom. Znaleźli bowiem na liście zabitych i rannych swoich najbliższych” – podsumował autor.

Badanie przyczyn

Katastrofa pod Krakowem, jak informował z kolei „Goniec Częstochowski”, wstrząsnęła całą Polską.

Rozpoczęło się badanie przyczyn i ustalanie winnych

W efekcie procesu sąd skazał na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata dróżnika kolejowego, ponieważ to on wyprawił pociąg wiedeński po tym samym torze, na którym stał jeszcze pociąg z Gdyni.

Z kolei na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata skazano dyżurnego ruchu, „który swoim zaniedbaniem przy wydawaniu polecenia służbowego przyczynił się do błędnej decyzji”.

W wyniku katastrofy zginęło 12 osób, a 48 zostało rannych, w tym 7 ciężko.