Energia aktywistów może iść w złym kierunku [Rozmowa]
O jakości przestrzeni w Krakowie i planowaniu rozwoju naszego miasta w tej dziedzinie rozmawiamy z prof. Zbigniewem Myczkowskim z Instytutu Architektury Krajobrazu Politechniki Krakowskiej.
Jakub Drath, LoveKraków.pl: Mieszkańcy naszego miasta bardzo często skarżą się na kolejne inwestycje deweloperskie, które zabierają im resztki zieleni. Jak Kraków wygląda pod tym względem na tle innych miast?
Prof. Zbigniew Myczkowski, Instytut Architektury Krajobrazu Politechniki Krakowskiej: Tej zieleni w świadomości powszechnej jest mało, choć należy pamiętać, że Kraków ma nie do końca docenione, fantastyczne systemy zieleni. Jeden to Planty, drugi to system zieleni Twierdzy Kraków, który ma ponad 283 ha starodrzewu, a 1083 ha zieleni towarzyszącej, o której się mało powszechnie wie. Kolejna sprawa to system parków rzecznych, które zostały wprowadzone do planów Krakowa około dziesięciu lat temu i które razem z tym, co już jest, stworzą całkiem przyzwoity układ.
Pytanie tylko, czy zdążą. Przy Parku Rzecznym Drwinka powstaje inwestycja za inwestycją i mieszkańcy obawiają się, czy cokolwiek z niego jeszcze zostanie.
Oczywiście, tam pewne fragmenty są zagrożone. Walka o każdy skrawek zieleni jest jak najbardziej słuszna. Z drugiej strony, jest teraz pewien trend, by mieszkańcy sami sobie zagospodarowywali różne nowe tereny zielone, on jest też widoczny w ostatniej polityce miasta. Może to jest rzeczywiście dobre, niezwykle istotne jest tu jednak wpatrzenie się w tzw. tożsamość miejsca. Trzeba naprawdę o Krakowie i jego rozwoju przestrzennym dużo wiedzieć, żeby nie odkrywać dawno odkrytych rzeczy.
Co Pan ma na myśli?
W samym tylko centrum, wewnątrz Plant, mamy blisko 400 tzw. ogrodów śródblokowych, których łączna powierzchnia wynosi 12 ha, czyli trzy powierzchnie Rynku. One odegrały istotną rolę w trakcie opracowywania planu ochrony Parku Kulturowego Stare Miasto. Teraz jestem szefem zespołu autorów opracowywanego planu ochrony parku kulturowego Nowa Huta. I trzeba przyznać, że w Nowej Hucie tej zieleni jest wręcz niebywała ilość. Jeśli się tylko włączy na mapie warstwę zieleni, to cała Nowa Huta wydaje się wręcz wyłącznie zielona. Tak więc nie jest tak źle, jak by się mogło wydawać. Ale faktycznie, nowy Zarząd Zieleni Miejskiej do naszego instytutu zgłosił ponad 50 tematów – terenów zieleni do opracowania w formie dyplomów inżynierskich czy magisterskich, wiele z nich już od lat posiada rozeznanie naukowe badaczy z naszego Instytutu.
To jednak świadczy o tym, jak duże są braki w tej dziedzinie i potrzeby ze strony mieszkańców.
Słusznie się dzieje, że mieszkańcy walczą o zieleń na swoich osiedlach. Sam jednak przeżyłem to jako projektant na przykładzie rynku Podgórskiego. Tam w wyniku protestu mieszkańców pozostały (obok kilku cennych drzew liściastych) naprawdę niewiele warte drzewa iglaste, których tam w ogóle nie powinno być – pośród projektowanych liściastych, które są zgodne z tradycją miejsca.
Brak zieleni to jednak tylko część spraw, na które zwracają uwagę mieszkańcy. Nie chodzi tylko o to, że znika im sprzed domu zielony skwer, ale też że pojawia się tam kolejny blok, który zmienia charakter okolicy, pozbawia miejsc parkingowych i generuje korki.
Tutaj głównym narzędziem wpływu miasta jest plan miejscowy, bo on jest prawem miejscowym i daje bardzo jasne reguły gry. Ważne jest to, by jak najszybciej pokryć Kraków planami, bo niestety jeszcze tego pokrycia w całości nie mamy. W tej dziedzinie jednak należy miasto docenić, bo prace prowadzone są intensywnie. Na razie mamy studium uwarunkowań, dobrze przygotowane, ale ono jest tylko wewnętrznym dokumentem gminy. I to, co najgorsze: cały czas istnieje instytucja tzw. „wuzetek”, które zgodnie z nieszczęsną ustawą nie muszą respektować zapisów studium.
To jest zawsze główny argument w ustach urzędników. Wymagania prawne spełnione, nie mogliśmy nie wydać pozwolenia.
W tym momencie jedyną drogą są miejscowe plany zagospodarowania przestrzennego. Ich tworzenie jest absolutnie pierwszą potrzebą.
W jaki sposób Kraków powinien się rozwijać? Jest przygotowywana strategia, zgodnie z którą ma się zagęszczać, ale w sposób zrównoważony. Patrzę na przykład Zabłocia i trochę obawiam się praktycznej realizacji tych założeń.
To prawda, tam dynamika inwestycji jest ogromna. Byłem niedawno na warsztatach, na których lokalna społeczność zajęła się terenem Bulwaru Lotników Alianckich i jego zaplecza. Cała rzecz jednak polega na tym, by zrobić to w sposób, który respektuje tożsamość miejsca. Wpatrzenie się w te korzenie rozwoju danego miejsca pozwala harmonijnie zaplanować przyszłość. Na Zabłociu nastąpiła już ogromna eksplozja inwestycyjna i dopiero jak ona zaczęła być widoczna, wszyscy się obudzili i zobaczyli, co się dzieje. Co do takich dokumentów, jak strategia rozwoju miasta, kluczowym słowem powinien być dialog. Musi on dotyczyć zarówno lokalnych społeczności, które coraz bardziej się aktywizują, jak również specjalistów – ponieważ nawet w najlepszej wierze propozycje społeczne mogą iść w kierunkach, które są z punktu widzenia zasad rozwoju przestrzennego błędne. I wtedy ogromna ilość energii i emocji jest wydatkowana w nie najlepszy sposób.
To dość surowa ocena. Mieszkańcom chodzi zwykle o podobny cel: o przyjazne miasto, w którym się możliwie wygodnie mieszka.
Dobrym przykładem są stowarzyszenia działające w Podgórzu, bo one faktycznie są wzorem tego lokalnego patriotyzmu i dbałości o to, żeby było jak najlepiej. Ważne jest też to, że takie środowiska zwracają uwagę na coś, co się w literaturze określa jako „tereny zaniechane” – to, co Miłosz nazywa „znijaczeniem”. Ono grozi również współczesnym formom architektonicznym. Ja zdecydowanie jestem za nowoczesnością, ale ona powinna być powiązana z danym miejscem.
Jakie miejsca w Krakowie nijaczeją albo już znijaczały?
Ja już chyba zawsze będę się dziwił, patrząc na to, co się stało z kompleksem Bonarki. Ten obiekt to jest wprowadzenie nowej tożsamości miejsca, która jest całkowicie sprzeczna z dawną. A obrazu dopełnia ten karykaturalny świetlisty komin, który dla znawców tematu jest jakąś gorzką drwiną. Tam powinna mieć miejsce rewitalizacja terenu poprzemysłowego, ale przeprowadzona w sposób o wiele bardziej dojrzały. Galerie ogólnie są problematycznym elementem, co widać na przykładzie Galerii Krakowskiej. Ona już w pewnym sensie stała się „duszą” tego miejsca, które jednak powinno wyglądać inaczej. Choć przyznam, że sam pamiętam, jak – właśnie – znijaczały był ten obszar, stanowiący zaplecze kolejowe. Kolejny przykład: rejon Muzeum Armii Krajowej – dawne centrum aprowizacji twierdzy. Miejsce z potencjałem, które jest skazane na powolną zagładę albo na kolejne apartamentowce.
Co jest więc najistotniejsze przy planowaniu kolejnych inwestycji?
Trzeba zwrócić głównie uwagę na te wielkoskalowe inwestycje, które bardzo zmieniają miasto. Takim przykładem są chociażby markety czy duże zakłady pracy, ale i duże osiedla, które trudno nawet teraz wyliczać. Utrzymanie skali jest tutaj jedną z podstawowych spraw. Mówię tu zarówno o wysokości, jak i o skali zajęcia terenu przez zabudowę. To powinno być bardzo mocno kontrolowane.
Wspomniał Pan o kominie Bonarki. Przejdźmy więc do kwestii zaśmiecania miejskiej przestrzeni, głównie reklamami. Tutaj również Kraków ma jeszcze wiele do zrobienia.
Centrum Krakowa jest przykładem, jak można – i to jeszcze bez ustawy krajobrazowej – uporządkować fragment miasta. Po prostu musi być wola polityczna ze strony samorządu.
Poza ścisłym centrum nie jest już jednak tak pięknie. Jakie rozwiązania należałoby wprowadzić? Nie sztuką jest zabronienie wszystkiego.
Warto skupić się na dobrych przykładach. Trzeba je wyłapać i zastąpić nimi to, co jest kiczem.
Co może być takim dobrym przykładem? Na kim i na czym powinniśmy się wzorować?
W mojej ocenie takim dobrym wzorem jest szyld. To rozwiązanie, oprócz samego informowania, pokazywało jeszcze zawsze gust właściciela. Szyldy z okresu Polski międzywojennej i neony – które na pewno będziemy przywracać w Nowej Hucie – to takie dwa przykłady wzorców. One muszą być skorelowane z architekturą, na której się znajdują. Muszą być wyrazem gustu i odpowiedniej skali. Wcześniej takim dużym problemem w centrum Krakowa były np. gigantyczne reklamy rozwieszane na rusztowaniach w czasie remontów.
Przy Piłsudskiego nadal mamy ten problem, reklamy na narożnej kamienicy wiszą od kilku lat.
Jeżeli coś swoją skalą stwarza kontrast z otoczeniem, jest nie do przyjęcia. Ale to w dużej mierze musi opierać się na kulturze, wpajanej już od dzieciństwa.
Myślę jednak, że bez konkretnych przepisów i kar się nie obejdzie.
Po moim doktoracie w latach 90. byłem w Londynie na stypendium. I byłem zszokowany tym, w jak szczegółowy sposób spisane były reguły gry dotyczące reklam czy elewacji. Były całe wzorniki i szczegółowe parametry liczbowe, dotyczące przede wszystkim powierzchni. To wynikało z pewnego poziomu kultury społecznej.
Czy Pana zdaniem mamy szansę osiągnąć taki poziom w Krakowie?
Absolutnie w to wierzę. Nie wyobrażam sobie, by mogło być inaczej. Ludzie coraz więcej rozumieją. Proszę zwrócić uwagę, jak jeszcze niedawno wyglądały obejścia na polskiej wsi, a jak wyglądają dzisiaj. Kompletny chaos zastąpiła dbałość o ogródki i ogrodzenia – nawet jeśli jest tam czasem obecny kicz. To się wszystko stało na skutek pewnego rozwoju, co do którego jestem optymistą.