Hipnotyzujący wieczór w klubie Studio
Występ Soap&Skin w klubie Studio był bodaj najbardziej neurotycznym, emocjonalnie intensywnym i przewrotnym koncertem, na jakim kiedykolwiek byłem. Ale po kolei.
Anja Plaschg uważana jest za odkrycie fortepianowej, lirycznej awangardy. Zaledwie 22-letnia Austriaczka wydała dotąd dwa świetnie przyjęte przez krytykę albumy, a do współpracy zaprosił ją sam Sascha Ring aka Apparat (Anja śpiewa w utworze „Goodbye” na jego ostatniej płycie).
Z jednej strony przyjeżdżała więc do Krakowa artystka o wyrobionej już marce, z drugiej – dla wielu osób, które niezbyt bacznie śledzą muzyczne podziemie, był to koncert zupełnie anonimowego zespołu.
Najpierw na scenie, przy dźwiękach agresywnego „Deathmental”, pojawiła się sama Anja Plaschg. Jej blada cera komponowała się z włosami w lisiej tonacji i malachitową tuniką, co stworzyło enigmatyczny nastrój. Artystka zaczęła śpiewać bardzo czystym, soczystym wokalem, wykonując przy tym teatralne ruchy. Mimo to wydawało mi się, że nie może znaleźć sobie miejsca na scenie. Moje przekonanie pogłębiło się, gdy chwilę później do młodej Austriaczki dołączył kwartet smyczkowy i kornecista, a także dziewczyna, która robiła za jednoosobowy chórek. W „Big Hand Nails Down” Plaschg zaczęła niebotycznie fałszować, do tego dwa razy zwróciła się bezpośrednio do fotografów pod sceną, by przestali ją rozpraszać. Czy to trema, czy rozdrażnienie, spowodowały, że także i kolejne kilka utworów wypadło katastrofalnie?
W tym czasie Anja ani razu się nie uśmiechnęła. A gdy przyszło jej grać kolejne miniatury fortepianowe („Cradle Song”, „Thanatos”), zaczęła ronić łzy i śpiewać łamiącym się głosem. Takie emocje nie mogą dziwić, wszak album „Narrow” nagrany został po śmierci jej ojca. Wybór takiego repertuaru to dla niej pewnie forma autoterapii, tu nie powinno być miejsca na krytykę. Ot, idziesz na koncert, dostajesz szczerą wypowiedź artystki - i choć bardzo niedoskonałą, wybrzydzanie jest tu zupełnie nie na miejscu.
I wtem, po pół godzinie koncertu, gdy już jednym okiem zerkałem na zegarek, Anja pierwszy raz nieśmiało się uśmiechnęła. Prawdopodobnie w reakcji na żywiołowe brawa publiczności po każdym utworze - ta wybaczała artystce wszystkie niedociągnięcia. To podniosło ją na duchu, i poprowadziło do świetnego wykonania „Fall Foliage”. Utwór ten zwiastował nadejście mocnej elektroniki w zwalającej z nóg, ogłuszającej interpretacji „Meltdown” Clinta Mansella ze ścieżki dźwiękowej do legendarnego „Requiem dla snu”. To utwór nagrany przez tego kompozytora wraz ze słynnym Kronos Quartet, nie lada gratką było więc usłyszeć tę kompozycję na żywo, wykonywaną przez kwartet smyczkowy – czyli tak, jak powinna być docelowo grana.
Zobacz galerię zdjęć [ZDJĘCIA]
Zaraz potem muzycy ostudzili emocje coverem „Voyage voyage”, po czym Anja zaprezentowała szereg wyciszonych kompozycji (m.in. „The Sun”, „Mr Gaunt Pt 1000”). I tym razem zdarzało jej się fałszować, ale na szczęście na pierwszy plan wyforsowały się piękne, klawiszowe tematy. Ponoć Plaschg jako nastolatka uczyła się gry na fortepianie po kilkanaście godzin dziennie. I nauka ta ewidentnie nie poszła w las.
Pod koniec zespół znów przyspieszył, a z głośników kolejny raz popłynęła elektronika. Przebojowy „Sugarbread” z chwytliwym beatem, rozdzierający „Vater” i mroczny „Marche Funebre”, który zamknął główną część występu, wypadły znakomicie. A na bis Anja wyszła na scenę sama, by przy akompaniamencie fortepianu zinterpretować „The End”, pochodzący z debiutu The Doors.
Soap&Skin na żywo to teatralny show. Neurotyczna, wykonująca ekwilibrystyczne gesty Anja Plaschg wspierana jest przez bardzo sprawny zespół, dzięki któremu (w przeważającej części nużące) wersje studyjne utworów, grane na żywo zamieniają się w wyraziste kompozycje, w któryprch wiele się dzieje, a o nudzie nie może być mowy. Plaschg funduje widzom kalejdoskop emocji – raz potrafi śpiewać tak, że na usta cisną się porównania z Björk czy Karin Dreijer Andersson, innym razem fałszuje na potęgę i „zaprasza” do opuszczenia koncertu. Ale w jej muzyce nie chodzi o perfekcję. Anja w całej swojej niedoskonałości, a czasem nawet niefrasobliwości, jest postacią magnetyczną, o potężnej, trudnej do wyjaśnienia sile przyciągania.
fot. Jacek Smoter/lovekrakow.pl