„Jedziemy razem, a jednak osobno”. Cel tej drogi pozostaje niezmienny
Jadą bez busa serwisowego, bez wcześniejszych rezerwacji noclegów, z bagażem ważącym ponad 20 kilogramów. Przed młodymi rowerzystami z podkrakowskiego Bodzanowa i ich duszpasterzem, ks. Marcinem Naporą, potężne wyzwanie – wyprawa do francuskiego La Salette.
To nie są zwykłe wakacje w siodełku. To twarda szkoła życia, walka z własnymi słabościami i, jak mówi sam duchowny, czas wyjątkowych rekolekcji.
W tym roku cel podróży ma wymiar symboliczny. Rowerzyści z parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Bodzanowie zamierzają pokonać trasę liczącą dokładnie 1800 kilometrów. Dlaczego akurat tyle?
Plan jest niezwykle ambitny – przejechać Polskę, w Cieszynie przekroczyć granicę, a potem pokonać Niemcy, Szwajcarię i górzystą Francję. Wszystko w zaledwie 10 dni.
Ponad 20 kg bagażu i jazda „na wiarę”
Żeby przetrwać tak wymagający dystans, kluczowy jest sprzęt. Większość uczestników jedzie na gravelach, rowerach trekkingowych lub górskich z wąskimi oponami. Jednak prawdziwym wyzwaniem jest fakt, że ekipa z Bodzanowa jedzie całkowicie samowystarczalna.
– Oczywiście parę punktów mamy wstępnie wyznaczonych, ale nie robimy sztywnych rezerwacji. Taki wyjazd ma swój specyficzny charakter i trudno precyzyjnie ustalić, gdzie dokładnie dojedziemy danego dnia, bo zależy to od bardzo wielu czynników – opowiada.
Gdy brakuje części, kupuje się... nowy rower
Trasa uczy pokory i szybkiego reagowania na kryzysy. Trudności techniczne czy zdrowotne to na takich wyprawach codzienność. Ks. Marcin wspomina trudne chwile z wyprawy do Rzymu, gdy jeden z chłopaków poważnie zachorował:
– Siedzieliśmy tak do trzeciej w nocy. Chłopak miał potężne dreszcze i bardzo źle się czuł. Na szczęście następnego dnia, po krótkim śnie, udało nam się pokonać kolejne 50 kilometrów. Mieliśmy przez to duże opóźnienie, ale ostatecznie dotarliśmy do celu zgodnie z planem – opowiada.
Na drodze zdarzają się też awarie, które potrafią zaskoczyć nawet najbardziej doświadczonych mechaników. Podczas ubiegłorocznej wyprawy do Stambułu jedna z części roweru pękła tak niefortunnie, że naprawa była niemożliwa.
– Znalezienie tego jednego konkretnego na terenie Rumunii, a później Bułgarii, okazało się niewykonalne. Tam, na miejscu w Bułgarii, zdecydowaliśmy ostatecznie, że po prostu kupimy nowy rower, bo dalsza jazda na starym była niemożliwa. Takie sytuacje też się zdarzają – mówi.
Zazwyczaj jednak drobniejsze usterki, takie jak przebite dętki czy zniszczone opony, ekipa naprawia wspólnie na poboczu. – Wszystkich napraw dokonujemy razem, pomagamy sobie nawzajem. Ja też w tym uczestniczę, wspólnie zmieniamy opony czy łatamy koła – dodaje ks. Marcin.
Razem, a jednak osobno. Czas na różaniec i walkę z myślami
Choć jadą w grupie, wyprawa rowerowa to przede wszystkim podróż w głąb siebie. Monotonne pedałowanie przez setki kilometrów, w pełnym skupieniu na drodze, ogranicza możliwość swobodnej pogawędki.
– To specyficzny rodzaj wyjazdu, ponieważ jedziemy razem, a jednak osobno. Każdy, kto ma już takie doświadczenie, wie, że na rowerze tak naprawdę zostaje się samemu ze sobą. Trzeba zmierzyć się z własnymi myślami, obserwacjami, to czas na naprawdę głębokie refleksje i walkę z samym sobą – tłumaczy kapłan.
Dalej wyjaśnia też, że jest to swego rodzaju próba przesuwania sufitu własnych możliwości.
Czy na rowerze da się połączyć sportowy wycisk z modlitwą? Ksiądz Marcin nie ma wątpliwości.
– Oczywiście, że się da. Wielokrotnie widzę, jak młodzi ludzie przesuwają w dłoniach paciorki różańca i modlą się w czasie jazdy. Jadą sami, muszą walczyć ze sobą i pokonywać kolejne kilometry, więc naturalnie staje się to czasem głębokiej refleksji. To moment na przemyślenie swoich słabości, trudności, ograniczeń czy cech charakteru. Pracujemy nad nimi, a rower jest do tego idealną przestrzenią – wyjaśnia.
Prawdziwy czas na integrację, rozmowy i śmiech przychodzi dopiero wieczorem, kiedy zmęczeni, ale szczęśliwi docierają na nocleg.
Sutanna zostaje w sakwie
Ks. Marcin Napora nie ukrywa, że rowerowe wyprawy z młodzieżą to – obok przygotowań do wielkiego Misterium Męki Pańskiej – ważny punkt w jego kalendarzu duszpasterskim.
– W ciągu mojej całorocznej pracy duszpasterskiej czekam tak naprawdę na dwie rzeczy. Pierwsza to organizacja Misterium Męki Pańskiej, co uwielbiam robić – nasza grupa młodzieżowa liczy aż 60 osób i oni też na to bardzo czekają – mówi.
Jak dodaje: – Druga rzecz to właśnie wyprawy rowerowe. Co mi daje taki wyjazd? Myślę, że słowo „rekolekcje” jest tu najbardziej odpowiednie. To czas na przemyślenie swojego życia, sprawdzenie możliwości i ogromna próba, podczas której uczymy się pokonywać słabości i przeciwności losu.
I choć na rower wsiada w sportowym stroju, bez tradycyjnej sutanny, to cel tej drogi pozostaje niezmienny.
– Wsiadam na rower bez sutanny, ale kapłaństwo to coś, co nosi się w sercu i z tym darem jedzie się do ludzi. Odprawiamy Msze Święte w różnych, wyjątkowych miejscach, często w otoczeniu przepięknej przyrody. I to jest to, co chcemy dawać spotykanym na trasie osobom: dar kapłaństwa, życzliwość i otwartość na drugiego człowieka.