„Jesteśmy karani za to, że mamy dużo studentów. Za granicą przecierają oczy ze zdumienia”

– Regularnie zgłaszają się do mnie m.in. prezesi banków czy dyrektorzy dużych firm, którzy chcieliby zrobić doktorat zaocznie. Przepisy taką możliwość blokują – mówi dla LoveKraków.pl prof. Bernard Ziębicki, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie.

Bartosz Dybała, LoveKraków.pl: Dlaczego w Polsce znów debatujemy o łączeniu uczelni? Czy rzeczywiście jest ich za dużo, czy po prostu rządowi brakuje pieniędzy na naukę i szuka oszczędności tam, gdzie najłatwiej je znaleźć?

Prof. Bernard Ziębicki, rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie: Temat konsolidacji wraca jak bumerang. Pamiętamy przecież dyskusję sprzed lat o pomyśle łączenia Politechniki Krakowskiej z AGH.

Dziś sprawa odżywa w kontekście demografii – malejąca liczba kandydatów na niektórych uczelniach ma być argumentem za łączeniem placówek. Nie ma co jednak uciekać od faktów: wracając do tego pomysłu, Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego po prostu szuka oszczędności.

Spróbujmy zatem przeprowadzić szybki rachunek zysków i strat. Co Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie mógłby zyskać, a co stracić na takiej fuzji?

Straciłby niemal wszystko. Jesteśmy uczelnią ze stuletnią tradycją i potężną renomą, zarówno w kraju, jak i za granicą. Wykształciliśmy 200 tysięcy absolwentów – to liderzy biznesu i politycy, jak choćby obecny minister finansów, Andrzej Domański.

Uczelnia to nie korporacja, którą można zoptymalizować z kwartału na kwartał. Na jakość badań i prestiż pracuje się dekadami. Likwidacja samodzielnego uniwersytetu w imię doraźnego podreperowania wskaźników ekonomicznych byłaby zwyczajnym zaprzepaszczeniem tego dorobku.

Rektor Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, prof. Celina Maria Olszak stwierdziła niedawno, że w nauce „skala nie produkuje jakości”. Zgadza się pan z nią?

Absolutnie. Konsolidacja to bardzo ryzykowna droga. W polskich realiach często oznacza po prostu wchłonięcie mniejszej, wyspecjalizowanej uczelni przez większą, co de facto jest formą likwidacji tej pierwszej.

Prof. Olszak powiedziała też, że uniwersytet rozpada się nie wtedy, gdy jest mały, ale gdy traci sens i zdolność przyciągania studentów. Jaki jest dziś najsilniejszy magnes, który przyciąga młode osoby na państwa uczelnię?

I tu dochodzimy do paradoksu. Cieszymy się ogromnym zainteresowaniem – w ostatniej rekrutacji mieliśmy ponad 14 tysięcy kandydatów. Od czterech lat notujemy wzrosty, mimo niekorzystnych tendencji demograficznych. Jednak przez reformę z 2019 roku, czyli tzw. Konstytucję dla Nauki, jesteśmy za ten sukces... karani.

Karani za to, że studenci chcą u was studiować? To brzmi jak ponury żart.

Niestety to rzeczywistość. Mechanizm finansowania jest tak skonstruowany, że im więcej mamy studentów w relacji do liczby nauczycieli, tym mniejszą otrzymujemy subwencję. Kiedy opowiadam o tym partnerom z zagranicy, przecierają oczy ze zdumienia. Jeden z tureckich profesorów skwitował to krótko: „U was komunizm nadal trwa”.

Rektor UEK, dr hab. Bernard Ziębicki
Rektor UEK, dr hab. Bernard Ziębicki
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

Jak zatem uzdrowić tę sytuację?

Zamiast mówić o „cudownym eliksirze”, jakim rzekomo ma być konsolidacja uczelni, musimy pilnie zrewidować ustawę o szkolnictwie wyższym. Łączenie uniwersytetów nie uzdrowi ich finansów, jeśli systemowe błędy pozostaną nierozwiązane.

Czy problem niskich subwencji dotyczy wszystkich, czy uniwersytety ekonomiczne są szczególnie poszkodowane?

Na uniwersytetach klasycznych czy technicznych sytuacja bywa zróżnicowana – są kierunki oblegane i takie, gdzie studentów jest mało. Wtedy średnia wychodzi na poziomie referencyjnym, czyli ok. 13 studentów na jednego wykładowcę. 

U nas, na uczelniach ekonomicznych, niemal wszystkie kierunki są oblegane. Przekraczamy ministerialny wskaźnik prawie dwukrotnie. To dowód naszej gigantycznej efektywności, a system uznaje to za błąd i obcina nam finanse.

Jaka jest zatem realna kondycja finansowa UEK-u?

Od 2019 roku jest po prostu zła. Co roku walczymy o domknięcie budżetu. Kształcimy 17 tysięcy osób, a pieniądze z budżetu państwa pokrywają koszty nauczania zaledwie 9-10 tysięcy. Gdybyśmy zeszli do tej liczby studentów, mielibyśmy nadwyżkę budżetową.

Żeby przetrwać, zmniejszamy limity przyjęć. To bolesne, bo musimy odsyłać z kwitkiem zdolną młodzież, która chce u nas studiować. Oczywiście nie zmniejszamy tych limitów skokowo.

W jaki sposób ten kryzys finansowy odczują studenci? Może dojść do likwidacji niektórych kierunków?

Robimy wszystko, by jakość kształcenia nie ucierpiała. Nie oszczędzamy na dydaktyce ani projektach studenckich. Realnym i najsmutniejszym skutkiem jest zmniejszanie limitów przyjęć na studia.

Czy za kilka lat problem „nadmiaru” studentów nie rozwiąże się sam przez niż demograficzny?

Analizujemy to bardzo wnikliwie; demografia to jeden z istotnych obszarów badawczych na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie. Z naszych prognoz wynika, że do końca lat 30. sytuacja będzie stabilna. 

Prawdziwe tąpnięcie przyjdzie później. Wtedy Polska będzie musiała szeroko otworzyć się na studentów z zagranicy. Szansą jest też dynamika rynku pracy – dzisiejsi studenci będą musieli zmieniać zawód nawet 5-7 razy w życiu. To oznacza, że będą do nas wracać po nowe kompetencje.

Jak UEK przygotowuje ich na tę „zawodową jazdę bez trzymanki”?

Stawiamy na elastyczność. Widzimy wyraźny odwrót od „twardej” ekonomii na rzecz marketingu, psychologii biznesu i zarządzania ludźmi. W zeszłym roku zrewidowaliśmy wszystkie programy. Ważnym krokiem było wprowadzenie zagadnień z zakresu wykorzystania sztucznej inteligencji na każdym kierunku.

Na koniec muszę zapytać o szkołę doktorską. 15 miejsc na tak dużą uczelnię brzmi jak kropla w morzu.

To kolejny efekt reformy z 2019 roku. Publiczne uczelnie mogą kształcić doktorantów tylko stacjonarnie i muszą wypłacać im wysokie stypendia. W efekcie nie stać nas na szeroki nabór. Kiedyś kształciliśmy 100 doktorantów rocznie, dziś mamy 15 miejsc, o które bije się 70, 80 chętnych. A mamy potencjał – ponad 200 profesorów gotowych podjęcia się pełnienia opieki naukowej nad doktorantami.

Co więcej, regularnie zgłaszają się do mnie m.in. prezesi banków czy dyrektorzy dużych firm, którzy chcieliby zrobić doktorat zaocznie, wnosząc do nauki bezcenne dane i doświadczenie. Uważam, że byłyby to wspaniałe doktoraty. Niestety, jeśli nie dojdzie do zmiany przepisów, nie będą powstawać.

Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie
Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie
Konrad Kozłowski/LoveKraków.pl

A co z kondycją psychiczną młodych naukowców? Często mówi się o depresji, wypaleniu, zbyt dużym obciążeniu.

U nas specyfika jest nieco inna niż np. na uczelniach przyrodniczych. Łatwiej łączyć badania z pracą zawodową. Wydłużyliśmy czas przygotowania rozprawy do 4 lat, by zdjąć z doktorantów presję. 

Nie odnotowujemy stanów kryzysowych. Naszym największym problemem nie jest frustracja młodych naukowców, ale ich mała liczba. Czekamy, aż ministerstwo w końcu nas usłyszy i zmieni niekorzystne przepisy.