Kanonada bez kibiców. Cracovia pokonała Podbeskidzie
Świetne widowisko i sześć goli, z których co najmniej dwa mogą powalczyć o miano bramki kolejki. Cracovia po raz pierwszy od sierpnia dopisuje sobie trzy punkty po meczu na własnym stadionie, ale z trybun przyglądały się temu wyłącznie puste krzesełka.
Poprzednie i aż do dziś jedyne zwycięstwo Pasów przy Kałuży miało miejsce dokładnie 2 sierpnia. Sporo kłopotów sprawił wtedy gospodarzom chorzowski Ruch, a sprawę wygranej dopiero w końcówce przesądził Dawid Nowak. Dziś ojców sukcesu było więcej, ale Wojciech Stawowy ponownie ma prawo do narzekań na dyspozycję swoich zawodników.
Wprawdzie zaczęło się zgodnie z planem, od gola z rzutu karnego Milosa Kosanovica już w 15 minucie. Jednak niespodziewanie za otwartą na oścież bramą do zwycięstwa pojawiły się całkiem strome schody. Krakowianie nie tylko długo nie potrafili się na nie wdrapać, ale wręcz sami pomogli w ich budowie, a dla utrudnienia natarli je jeszcze olejem.
Tuż po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę czerwona latarnia ligi z Bielska-Białej objęła sensacyjne prowadzenie, a w obu golach „Górali” palce maczali gospodarze. Najpierw prostą stratę Żytki wykorzystał duet Bartlewski – Sloboda, zaś „asystą” przy trafieniu Urbana popisał się Steblecki. Na domiar złego radosna twórczość defensywy Cracovii trwała w najlepsze i kolejny raz w rolę zbawcy musiał się wcielić Krzysztof Pilarz (doskonałe interwencje przy strzałach Adu i Wodeckiego).
Jego vis a vis w bramce Podbeskidzia przez ponad godzinę nie narzekał na nadmierne przepracowanie. Cracovia do znudzenia wałkowała bowiem schemat 70-70, czyli 70% posiadania piłki 70 metrów od atakowanej bramki, co z trudem przełożyło się na dwa niezłe uderzenia Stebleckiego z ostrego kąta i zmarnowaną „setkę” Ntibazonkizy.
I kto wie, jak zakończyłoby się to spotkanie, gdyby na murawie nie pojawił się Vladimir Boljević. W 67. minucie Czarnogórzec, jakby znudzony wymianą kilkunastu bezproduktywnych podań wszerz, w swoim stylu huknął z niemal 30 metrów i wyrównał wynik spotkania. A jednocześnie rzucił reszcie ligowców rękawicę w plebiscycie na gola kolejki.
Już minutę później podniósł ją wspomniany Ntibazonkiza, który po indywidualnej akcji uderzył piłkę lewą nogą i zerwał pajęczynę z okienka bramki Rybanskiego. Dopiero wtedy mecz nabrał rumieńców, a z boiska dochodził wyraźny zapach kolejnych goli. Ostatecznie strzelanie zakończył debiutant w zespole Pasów Przemysław Kita. – Miałem wczoraj urodziny, więc była cicha nadzieja, że trener da mi szansę debiutu. Sprawiłem sobie fajny prezent – skromnie stwierdził pomocnik.
– Cieszę się z punktów. To one są w lidze najważniejsze. W naszej grze było jednak dużo złych momentów, z których będziemy musieli wyciągnąć wnioski – zaznaczył Stawowy. Powodem do radości jest też fakt, że Pasy po raz pierwszy w sezonie spędzą co najmniej tydzień w górnej połowie tabeli.
Cracovia – Podbeskidzie Bielsko-Biała 4:2 (1:1)
Kosanović 15’ (karny), Boljević 67’, Ntibazonkiza 68’, Kita 90+1’ – Sloboda 22’, Urban 46’
Cracovia: Pilarz – Szeliga, Żytko, Kosanović, Marciniak – Dąbrowski, Budziński (Boljević 53’), Straus (Kita 59’) – Ntibazonkiza (Dudzic 90+3’), Steblecki – Nowak
Podbeskidzie: Rybanski – Górkiewicz, Pietrasiak, Konieczny, Telichowski – Adu, Łatka, Urban (Chrapek 74’), Sloboda, Jagiełło (Wodecki 74’) – Bartlewski (Malinowski 65’)
Sędziował: Marcin Borski (Warszawa)
Żółte kartki: Nowak – Górkiewicz, Konieczny