Kazimierz Barczyk: Kilka minut decyzji na kilka lat
Fantastyczna lekcja demokracji dla każdego trzeźwo myślącego człowieka. Kilka minut, w których na kilka lat wybieramy swoich reprezentantów spośród nas - tak do udziału w wyborach samorządowych zachęca Kazimierz Barczyk, startujący do Sejmiku z pozycji 3 na liście nr 4.
RAFAŁ ROMANOWSKI: - Niedziela, 21 października. Koc, serial, zimno, odpoczynek. A tu trzeba się zerwać i iść na wybory. Warto?
KAZIMIERZ BARCZYK: - Oczywiście. W niektórych Państwach głosowanie jest obowiązkowe, jak np. we Włoszech, Belgii czy Australii, u nas to przywilej. Warto z niego skorzystać.
Dlaczego warto?
- To trochę jak z meblowaniem mieszkania. Chcę Pan mieć wpływ na to, gdzie będzie Pan mieszkał, czy inni mają o tym zadecydować? O to chodzi w tych wyborach. Warto mieć wpływ na miejsce, w którym się żyje.
Ale jak wybrać takich, którzy będą dobrze nas reprezentować?
- Panie Redaktorze, sięgnijmy więc po inne porównanie Grozi Panu poważny zabieg na sercu. Może Pan wybrać dowolnego lekarza. Kogo Pan wybiera?
Tego, który jest najlepszy.
- No właśnie. Warto wybrać tego, który jest sprawdzony. Pokazał, że potrafi. W polityce według mnie warto stawiać na tych, którzy czymś już się wyróżnili, czymś błysnęli, zwrócili naszą uwagę swoją aktywnością i skutecznością. No chyba, że ktoś lubi eksperymentować…
Takich, którzy wyróżnili się np. pracą dla lokalnych społeczności w dzielnicach czy stowarzyszeniach?
- Tak. Wystarczy rozejrzeć się dookoła, aby znaleźć takie osoby. One są na tych listach. Gdy zaczniemy przeglądać wyborcze karty, bez trudu wpadną nam w oko.
Znamy ich z plakatów, bilbordów, niektórych wręcz z widzenia. Starają się, uwijają, widać, że im zależy.
- Widać ich. Pozytywna aktywność zazwyczaj jest pozbawiona fałszu, dlatego tym łatwiej wyłapać w tym gronie showmanów czy hochsztaplerów, których niestety też nie brakuje. Takich, którzy obiecują złote góry, a po kilku latach słuch o nich znika.
Czyli uważać na populistów?
- Zawsze warto być czujnym. Jeśli powierzamy komuś los swej najbliższej okolicy, niech będzie to ktoś sprawdzony w działaniu, a nie dobry w bezowocnym lansowaniu siebie czy sypaniu nierealnymi pomysłami. Niech pan popatrzy, co dzieje się w Warszawie...
- ...festiwal demagogicznych obietnic! Wyścig na liczbę nowych linii metra, Dubaj nad Wisłą...
- Cieszę się, że w Małopolsce i Krakowie - przynajmniej na razie - uniknęliśmy taniego populizmu w przedwyborczej debacie. Niewiele jest też personalnych wojenek czy obrzucania się błotem. Wciąż można jednak trafić na oddolne skupiska hejtu...
Stąd pana akcja "Kraków bez hejtu"?
- Tak. Jako mieszkaniec tego miasta wolę rozmawiać na argumenty a nie trafiać na pyskówki. I również chciałbym oszczędzić tego moim wyborcom. Dlatego powstała ta inicjatywa.
Hejt to domena nie tylko młodych. Ale to właśnie głosy najmłodszych wyborców mogą tym razem okazać się decydujące.
- I bardzo dobrze. Niech głosują jak największą ławą. To fantastyczna lekcja demokracji dla każdego trzeźwo myślącego człowieka. Samorządowe wybory, gdzie wybieramy swoich reprezentantów spośród nas, lokalnych działaczy, aktywistów w miastach, gminach czy wsiach. Często to nasi sąsiedzi, znajomi z dzielnicy, rodziny przyjaciół. Jeśli mają sensowny program, warto im zaufać.
Ale czasem proponują szalone rzeczy, jak np. pewien kandydat z Sokołowa Podlaskiego, który obiecuje mieszkańcom, że gdy wygra w ich mieście powstanie McDonald's. Internet pełen jest podobnych, zabawnych, przykładów...
- Ale to tylko pokazuje, że nie ma już tego mocno tradycyjnego podziału Polski na bogate miasta i pełną aspiracji prowincję. Widać, że wszędzie ludzie chcą żyć na coraz wyższym poziomie, lub przynajmniej takim, który uważają za oczywisty standard. I być może ten kandydat usłyszał coś takiego od swych potencjalnych wyborców, dla których McDonald's w Sokołowie nie jest żadną atrakcją, a po prostu oczywistością. Polska bardzo się zmieniła. Przede wszystkim dzięki aktywności samorządów. Przez niespełna 30 lat odrobiliśmy w regionach, m.in. w Małopolsce, ogromne zapóźnienia.
Może nie wszyscy pamiętają. Ostatnio sporo rozmawiam z młodymi ludźmi urodzonymi w latach 1997-2000. Pytam o wybory. Odetchnąłem, bo idą. Z drugiej strony twierdzą, że wielu ich rówieśników nie pójdzie, bo nie wierzy, że to coś zmieni.
- Nie mają racji. Jest nawet takie powiedzenie, że ten kto nie wybiera, temu potem trochę głupio krytykować. 21 października nadarza się więc dobra okazja, aby naszego głosu nie zmarnować. I faktycznie zmienić coś na jeszcze lepsze. No chyba, że ktoś faktycznie chce, by za niego zadecydowali jacyś inni…
O zmarnowanych głosach mówi się często, że to te, które oddawane są na małe partie czy komitety, z poparciem rzędu max kilka procent. Zgadza się Pan z tą opinią?
- Każdy ma prawo startować w wyborach. Ale faktycznie obecna ordynacja, czyli sposób przeliczania głosów na mandaty, premiuje większe komitety.
W tym sensie demokracja promuje największych?
- Owszem, ale nie ma się na co zżymać. Chodzi tutaj o zachowanie pewnej stabilności. W nadchodzących wyborach moim zdaniem bój rozstrzygnie się między PiS-em a Koalicją Obywatelską.
Do Sejmiku z Krakowa mandaty przypadały tylko PO i PiS. W radzie Miasta były to PO, PiS i KW J. Majchrowskiego.
- Prawda jest taka, że wyborczą układankę ułożą w zdecydowanej większości największe partie. Dlatego powinniśmy zadać sobie proste pytanie: do którego z tych dwóch, potencjalnych zwycięzców, jest nam bliżej. I pójść zagłosować.
Pan pamięta czasy rozdrobnionego parlamentu.
- O tak i nie jest to budujące wspomnienie. Każdy ciągnie w swoją stronę i za nic nie można się porozumieć. Dlatego tak ważna jest wspomniana stabilizacja. Dla takiego społecznika jak ja to bardzo przykra obserwacja. Ma się wrażenie, że niewiele da się zrobić. Dlatego tego poczucia "niemocy" nie mogą też czuć wyborcy. Głosowanie to szybki i nieskomplikowany manewr. A jeśli komuś sprawia jednak problemy, niech zerknie na moją stronę www.barczyk.pl i znajdzie tam poradnik o tym, jak oddać ważny głos.
Mówi pan o sobie "społecznik". To wciąż niedoceniane dość słowo. Kiedy poczuł pan pierwszy raz ten impuls do działania na rzecz lokalnej społeczności?
- Chyba już na studiach, gdy byłem szefem studenckiego samorządu i organizowaliśmy wyborcze rozgrywki między wydziałami na UJ. To były kampanie w iście amerykańskim stylu: balony ulotki, confetti (śmiech). Ale tak najmocniej w czasach Solidarności, dobre 40 lat temu.
Ktoś powie: Barczykowi łatwo tak mówić. By współtwórcą samorządu, sporo dokonał, odniósł sukcesy, a takim co dopiero stawiają pierwsze kroki w samorządzie, jest znacznie trudniej. Fali Solidarności w narodzie już nie ma.
- Dlatego my, ludzie z tamtej generacji tak mocno czekamy na dopływ świeżej ale „dobrej” krwi do lokalnej i krajowej polityki. Chcemy mieć przekazać komuś pałeczkę. A zanim młodsi od nas nie chwycą jej mocno i nie będą do tego samodzielnie gotowi, chcemy służyć wiedzą i doświadczeniem. Dlatego, wielu młodych ludzi chcemy angażować przez poszczególne szczeble samorządu. To nasze zadanie.
Jak głosować >>
Artykuł Sponsporowany. Materiał sfinansowany przez KKW Platforma.Nowoczesna Koalicja Obywatelska.