Konflikty w dzielnicach to nic nowego

Od początku kadencji usłyszeliśmy już o kilku konfliktach w radach dzielnic. Czy to dowód na to, że stały się one miejscem walki o władzę i zapomniały o swoich zadaniach? Obserwatorzy polityki na tym najbardziej lokalnym poziomie uspokajają: napięcia pojawiały się także w minionych kadencjach i trudno ich uniknąć.

Wszyscy patrzą na Czyżyny

Najgłośniejszym przykładem był personalny spór w Czyżynach, gdzie rada podzieliła się na dwa obozy: zwolenników i przeciwników byłego radnego miejskiego Jerzego Woźniakiewicza. Jedni chcieli, by pełnił funkcję w zarządzie dzielnicy, drudzy próbowali to uniemożliwić. Przeciąganie liny trwało tak długo, że radni zbliżyli się do terminu, po którym niewybranie zarządu byłoby równoznaczne z rozwiązaniem rady. Ostatecznie, pod presją konieczności rozpisania nowych wyborów, Woźniakiewicz znalazł się w zarządzie.

Pytanie tylko, czy oznacza to zakończenie sporu czy też możemy się spodziewać jego kolejnych odsłon i blokowania pracy rady. – Ta dzielnica ma potencjał, żeby normalnie funkcjonować, a jej głównym problemem jest to, że przez trzy miesiące była sparaliżowana i sprawy mieszkańców zostały zaniedbane – ocenia Jan Niedośpiał z Fundacji Stańczyka.

Były i będą

Napięcia pojawiły się też w innych częściach miasta. W Bieńczycach przedmiotem sporu była strona internetowa dzielnicy. Wcześniej zbudował ją i prowadził nieodpłatnie jeden z radnych, a kiedy przegrał ostatnie wybory, nie udostępnił haseł nowemu zarządowi i oczekiwał zapłaty za przygotowanie dzielnicowej witryny. Brak porozumienia poskutkował tym, że powstała zupełnie nowa strona. Widnieje na niej ciągle pierwszy wpis, w którym przewodniczący Jan Jarosz grozi zawiadomieniem do prokuratury nie tylko byłemu radnemu Tomaszowi Grzybowi, ale także radnemu Sławomirowi Górze, byłemu przewodniczącemu.

Ostatnie tygodnie przyniosły także spór w Krowodrzy wokół wygaśnięcia mandatu radnego Zbigniewa Marcisza, któremu grupa radnych zarzuciła brak uprawnień do startowania w wyborach do rady dzielnicy.

Radny miejski Michał Drewnicki, autor książki o funkcjonowaniu rad dzielnic, ocenia, że liczba tych konfliktów jest podobna do minionych kadencji. Wymienia przykład Prądnika Czerwonego, gdzie wielokrotnie pojawiały się postulaty odwołania przewodniczącego, oraz Nową Hutę, gdzie jeden z radnych zrezygnował uznając, że umowa z przewodniczącym dzielnicy nie jest realizowana. – Te konflikty się powtarzają, dziś po prostu widzimy je w innych dzielnicach – mówi Drewnicki.

Punkty zapalne

Drewnicki na podstawie minionych kadencji wyróżnia trzy główne powody napięć w radach dzielnic. Jak mówi, nie wynikają one tylko z ambicji jednostek, lecz z błędów systemowych. – Najwięcej konfliktów jest tam, gdzie jedna osoba łączy funkcję radnego dzielnicy i radnego miasta. Często radni dzielnicy czują się wówczas zagrożeni i boją się sterowania, a to wywołuje napięcia – mówi.

Jako drugi element podaje uzależnienie wysokości diet od delegacji. Takie wyjście, np. do odbioru nowego chodnika, to czasem piętnaście minut pracy i złożenie podpisu, a wiąże się ze sporym dodatkiem do wynagrodzenia. – Delegacji jest w miesiącu niewiele, więc w pierwszej kolejności idą tam te osoby, które są posłuszne zarządowi – zauważa miejski radny. Trzeci powód napięć to zdaniem Drewnickiego ukrywanie przynależności partyjnych i chowanie się pod nazwami różnych stowarzyszeń.

Polityka w dzielnicach

Nie brakuje głosów, które wskazują na upolitycznienie dzielnic jako jedno z największych zagrożeń. Tu jednak sprawa nie jest oczywista. – Przed upartyjnieniem bardzo trudno uciec. Z jednej strony mamy w Polsce bardzo niskie zaufanie do partii, a z drugiej strony chcielibyśmy, żeby ludzie byli aktywni politycznie – mówi Jan Niedośpiał. Wydaje się więc, że to raczej brak przejrzystości może być tutaj problemem, niż sam fakt obecności członków partii w radach dzielnic.

Niedośpiał zwraca uwagę na paradoksalny aspekt trwających sporów, nagłaśnianych m.in. dzięki nagraniom Fundacji Stańczyka. – Pozytywny efekt tych konfliktów jest taki, że one rozbudzają zainteresowanie dzielnicami. Poza tym, sami radni prawdopodobnie zaczęli mieć poczucie, że jest o co walczyć. To też dobry znak.