„Kot był torturowany przez wiele godzin”. Znamy szczegóły śledztwa w sprawie Pandka
Historia kota Pandka poruszyła Kraków
Witold B. to z zawodu elektromechanik, na co dzień pracuje jako kierowca. Krakowska prokuratura oskarżyła go o znęcanie się nad kotem, miał się tego dopuścić ze szczególnym okrucieństwem. Chodzi o słynnego już Pandka, którego historia poruszyła Kraków.
Przypomnijmy: w listopadzie 2024 roku Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami opublikowało filmik, na którym widać zakrwawionego kota. Zwierzak trafił w ręce KTOZ-u po tym, jak jego właściciel postanowił wymierzyć mu karę: za kradzież plasterka boczku.
Sprawą zajęła się prokuratura. Udało nam się zapoznać ze szczegółami aktu oskarżenia.
Przejmujące krzyki i miauczenie
Do zdarzenia doszło 10 listopada ubiegłego roku. Krakowscy policjanci otrzymali zgłoszenie, że w jednym z mieszkań może dochodzić do znęcania się nad zwierzęciem.
Zaalarmowała ich kobieta, która twierdziła, że z lokalu sąsiada dochodzą przejmujące krzyki oraz miauczenie kota. Na miejscu funkcjonariusze zastali Witolda B., który na dłoniach i nogach miał brunatną substancję. W lokalu był też kot, z widoczną raną ciętą głowy. Leżał w kuwecie.
Mężczyzna wyznał policjantowi, że ukarał kota, ponieważ zabrał mu ze stołu plaster boczku. Jak czytamy w akcie oskarżenia, na miejscu zdarzenia mundurowi znaleźli nóż o długości 32 cm, na którego ostrzu znajdowała się brunatno-czerwona substancja.
Sąsiadka, która zaalarmowała policję, zeznała, że 10 listopada obudził ją dziwny dźwięk, który przypominał wrzask kota, „jakby ktoś robił temu zwierzęciu jakąś poważną krzywdę”.
Wyszła z mieszkania, do którego wróciła po ponad dwóch godzinach. Nadal słychać było niepokojące dźwięki. Zaalarmowała policję.
Kot mógł się wykrwawić
U Pandka stwierdzono nie tylko ranę na głowie. Miał też m.in. rozciętą lewą powiekę, ranę oka, złamany kieł, naderwany język, oskórowane przedramię.
Kiedy trafił do schroniska, był zdezorientowany i wystraszony. Musiał przejść zabieg chirurgiczny. Ostatecznie wrócił do zdrowia i znalazł nowy dom.
Jak stwierdził biegły weterynarz, obrażenia, jakich doznało zwierzę, bezpośrednio zagrażały jego życiu. Mógł się nawet wykrwawić.
„Rozcięcie języka groziło śmiercią głodową” – czytamy w akcie oskarżenia.
Biegły dodał, że zdarzenie wywołało u kota długotrwałe cierpienie fizyczne.
Mężczyzna nie przyznał się do winy
Śledczy zabezpieczyli nóż, który znaleziono w mieszkaniu. Z pozyskanej ekspertyzy wynika, że na ostrzu znajdowała się ludzka krew. Należała do Witolda B.
Mężczyzna usłyszał zarzut znęcania się nad kotem ze szczególnym okrucieństwem. Podejrzany nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. Biegli wykluczyli u niego chorobę psychiczną i upośledzenie umysłowe. W momencie, gdy popełniał czyn, był poczytalny.
Prokurator stwierdził: „okoliczności wskazują, że kot był torturowany przez wiele godzin. Witold B. działał umyślnie, ze szczególnym okrucieństwem, a jego celem było zadanie kotu cierpienia. Skierowanie do sądu aktu oskarżenia uznać należy za w pełni uzasadnione”.