Kraków wchodzi w polityczny test. Co może przesądzić o referendum?
Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Nieformalny komitet referendalny deklaruje apolityczność. Tworzą go osoby ze świata nauki, kultury, prawa i rad dzielnic. To dobra strategia?
Dr. hab. Maciej Zakrzewski, kierowniki Katedry Historii Polityki Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie: Apartyjność – bo raczej o takiej formule możemy tu mówić – jest kierunkiem, który może przynieść lepsze efekty, ponieważ pozwala odwoływać się do znacznie szerszego grona odbiorców. W życiu publicznym często posługujemy się prostymi identyfikacjami politycznymi, kształtowanymi przez ogólnokrajową debatę i skupionymi wokół partii. Takie podziały umożliwiają jednak przede wszystkim mobilizację własnego elektoratu. Formuła „obywatelska” daje szansę na wyjście poza te ograniczenia i bywa wykorzystywana nawet przez partie polityczne na szczeblu ogólnokrajowym. Niedawny sukces tzw. „kandydata obywatelskiego” w wyborach prezydenckich pokazuje, że w tej metodzie tkwi realny potencjał.
Członkowie komitetu spodziewają się ataków i prób przypisywania ich PiS-owi, Konfederacji czy Ruchowi Narodowemu. Taka narracja może być skuteczna?
To będzie naturalna metoda obrony prezydenta Aleksandra Miszalskiego. W wyborach kluczową kategorią, o którą rywalizują politycy, jest zaufanie — bardzo często głosujemy na tych, którym ufamy. Podważanie wiarygodności inicjatyw uznawanych za niesprzyjające staje się więc jedną z podstawowych metod walki politycznej w Polsce. Na scenie ogólnokrajowej przeciwnicy regularnie oskarżają się o „agenturalność”, a w Krakowie jedną z głównych osi ostatniej kampanii samorządowej były pytania o to, kto za kim stoi.
Kluczowe będzie zatem to, która strona okaże się bardziej przekonująca — na ile uda się zbudować komitet rzeczywiście obywatelski, a na ile zostanie on odebrany jako przedsięwzięcie polityczne o ograniczonej wiarygodności. Warto przy tym pamiętać, że obecnie Koalicja Obywatelska notuje stosunkowo wysokie poparcie, dlatego upartyjnienie tego sporu może działać na korzyść obrońców urzędującego prezydenta.
W kuluarach politycznych pojawia się pomysł, by budować obraz prezydenta jako „człowieka-mema”. To może zadziałać?
Aby taka akcja była skuteczna, musi opierać się na konkretach. Tego typu strategia może funkcjonować w skali ogólnopolskiej, jednak na poziomie samorządowym – gdzie już samo zebranie podpisów jest trudne, a osiągnięcie wymaganej frekwencji jeszcze trudniejsze – konieczne jest odwoływanie się do codziennych doświadczeń mieszkańców miasta. W Polsce bardzo rzadko udaje się odwołać prezydenta miasta, zwłaszcza dużego ośrodka, i nie wystarczą do tego argumenty w rodzaju „braku formatu prezydenckiego”.
Aby inicjatywa referendalna miała realne szanse powodzenia, komitet musiałby zaproponować czytelną alternatywę, czyli wskazać konkretną propozycję zmiany – potencjalnego następcę obecnego prezydenta. To, przy odpowiednio dobranym nazwisku, mogłoby nadać kampanii wyraźny impuls. Podkreślam jednak: przy właściwie dobranym nazwisku. W tym miejscu pojawia się już problem reakcji krakowskich partii politycznych – a to oznacza zupełnie inną, znacznie bardziej złożoną rozgrywkę.
W mieście mówi się, że większość partii – poza zapleczem prezydenta – będzie referendum przynajmniej biernie sprzyjać. To realny scenariusz?
Partie będą czekać na to co z tego dla nich wyniknie. Teraz trudno im oszacować. Pytanie kto będzie w owym komitecie, jak inicjatywa nabierze rozmachu. Do porażki nikt nie będzie się chciał przyznać. Więc – co zrozumiałe – jest ostrożność, ale bez zapału na tym etapie.
Wielu polityków – także z KO – uważa, że prezydent traci wizerunkowo w mediach społecznościowych. Jak Pan to ocenia?
Nie chodzi o samą formę komunikacji, lecz o jej współgranie z nastrojami społecznymi. Wiadomo, że politycy – niezależnie od barw – uprawiają „propagandę sukcesu”, jednak zawsze, używając potocznego języka, można tę narrację „przegrzać”. Komunikacja w mediach społecznościowych nie zastąpi bowiem realnych efektów działań.
Problemem nie są więc same filmiki publikowane w internecie, lecz kwestie znacznie bardziej fundamentalne: stan finansów miasta, funkcjonowanie strefy czystego transportu, podwyżki opłat czy ogólne poczucie jakości zarządzania Krakowem.
A pieniądze? Czy krakowski biznes może finansowo wesprzeć referendum?
Krakowski biznes – jeśli użyjemy tego szerokiego i bardzo umownego pojęcia – będzie w pierwszej kolejności zadawał sobie pytanie: kto po Miszalskim? I to właśnie ta kwestia, moim zdaniem, może stać się kluczowym kryterium decydującym o ewentualnych działaniach. Na obecnym etapie trwa więc raczej chłodna kalkulacja: czy ewentualna zmiana władzy będzie się opłacać, czy też nie.
Warto też zapytać, co właściwie oznacza pojęcie „krakowski biznes”. Nie jest to środowisko jednorodne – tworzą je podmioty o bardzo różnych interesach, oczekiwaniach i realnej sile oddziaływania na życie miasta.