Krakowianin w Gdańsku: „ W Krakowie czuliśmy się trochę jak dostawcy podatków”

Rok temu Marek Kowalik przeprowadził się wraz z żoną do Gdańska. Wcześniej mieszkał w Krakowie. Stwierdził, że ma dość zatłoczonego, zanieczyszczonego, tworzonego z myślą o turystach miasta. Czarny PR czy czysta prawda?

Na miejskiej stronie gdansk.pl pojawiła się rozmowa, jaką urzędnicy przeprowadzili z Markiem Kowalikiem. Pytający podkreśla w pytaniu, jak można się przeprowadzić z „bajkowego miasta” do Gdańska. Pierwszą i główną przyczyną jest smog. Państwo Kowalikowie nazywają siebie „ekologicznymi uchodźcami”. Ale to nie jedyny powód.

Jest ich o wiele więcej. Na przykład tłok. – Gdańszczanina może dziwić, że ktoś cieszy się, że zmieścił się do tramwaju czy autobusu, ale ja to naprawdę doceniam. W Krakowie nieraz zdarzało mi się zostać na przystanku. Zresztą tłok panował tam nie tylko w komunikacji. Zatłoczone są knajpki, sklepy, w urzędach też są kolejki. I to przez cały rok, a w Gdańsku więcej osób jest tylko latem. W Krakowie do wszystkiego jest dużo większa konkurencja. W dodatku nie za bardzo jest dokąd uciec - gęsta zabudowa, niewiele miejsc zielonych – opowiada Kowalik na stronie gdansk.pl. Oczywiście nadmorska miejscowość w porównaniu z naszym miastem jest wg słów Kowalika oazą spokoju.

Wszystko dla turystów

Kolejnymi powodami są: położenie Krakowa oraz turyści. – W Krakowie dominują dwa połączenia  - wywożące Polaków na emigrację i przywożące tłumy turystów złaknionych zabawy i imprez. To drugie rzutuje zresztą na ceny – w Krakowie jest drożej, bo ceny są ustalane pod zagranicznych turystów – tłumaczy urzędnikowi były krakowianin.

Według mieszkańca Gdańska, całe miasto jest skupione tylko na turystach. Wszystkie pieniądze, „idą w infrastrukturę przeznaczoną głównie dla turystów”. – W upiększanie centrum. Tam są ładnie brukowane uliczki, najbardziej nowoczesne tramwaje i autobusy. W pierwszej kolejności myśli się o tym, jak coś będzie służyło turystom. Tymczasem poza centrum dużo mniej się dzieje – peryferyjne ulice są od lat dziurawe, a najnowocześniejsze tramwaje i autobusy już tam nie docierają. Niestety, w Krakowie czuliśmy się trochę jak dostawcy podatków, które w dodatku raczej do nas nie wracały. W Gdańsku jest inaczej, tutaj mam poczucie, że jako mieszkaniec dużo bardziej się liczę – twierdzi Marek Kowalik.

Obywatel pominięty

Kowalik skarży się również na to, że jego (jak i zapewne większości krakowian) zdanie zupełnie się nie liczy. – W Krakowie nie czułem takiego zainteresowania opinią mieszkańców ze strony władz miasta. Kiedy planowano jakieś działanie, nie proszono mieszkańców o konsultację, tylko raczej komunikowano im już podjętą decyzję – przekonuje.

Również budżet obywatelski jest oceniany miernie. Były mieszkaniec Krakowa słyszał o BO tylko w kontekście innych miast, nie wie o żadnej inwestycji wykonane w ramach budżetu obywatelskiego i twierdzi, że „władze Krakowa mają jednak mniejsze niż władze Gdańska zaufanie do swoich mieszkańców”.

Komunikacja miejska – odrobina miodu

Kiedyś pod względem komunikacji miejskiej, wszystkie miasta były za Krakowem. Trend się jakiś czas temu odwrócił, choć władze uparcie twierdzą, że tak nie jest. Neofita gdański chwali budowę „nowych i sensownych tras”, ale też uważa, że od Krakowa można się uczyć. Choćby pod względem systemu biletowego. Kowalikowi podobało się, że w naszym mieście bilety okresowe można kupić na dłuższy czas na miesiąc, a kasowniki „informowały” o dacie ważności. Na plus są ocenione także bilety dwuprzejazdowe. Kowalik ceni sobie także to, że kierowcy MPK mają jednolite mundury.

Całą rozmowę można przeczytać na www.gdansk.pl

Jutro w artukule przedstawimy oficjalne stanowisko Krakowa w tej sprawie