Kryzys w Szpitalu Narutowicza? Dyrektor: „Prawda była zupełnie inna”
Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Objęła Pani stanowisko na początku kwietnia zeszłego roku. Wchodzi Pani do gabinetu – i co Pani tam zastaje?
Mariola Marchewka, dyrektor Szpitala im. Gabriela Narutowicza: Wchodzę do gabinetu i... niestety, zastaję zamkniętą kardiologię. To był pierwszy cios, z którym musiałam się zmierzyć. Oddział kardiologii – kluczowy dla prowadzenia działalności leczniczej, a także niezbędny do konsultacji na innych oddziałach szpitalnych i w szpitalnym oddziale ratunkowym – był zamknięty. To była pierwsza i bardzo poważna sprawa, z którą się zetknęłam.
Sprowadza Pani wtedy na oddział kardiologii prof. Danutę Czarnecką, która wcześniej była wojewódzkim konsultantem w dziedzinie hipertensjologii. Dlaczego ten oddział został zlikwidowany? Kiedy przeglądałem raporty szpitala, obłożenie łóżek wcale nie wyglądało źle – przynajmniej nie odbiegało od innych oddziałów.
Z informacji, które otrzymałam od zespołu – w tym od byłych dyrektorów do spraw lecznictwa – wynika, że poprzednia dyrekcja nie zdołała porozumieć się z lekarzami pracującymi na kardiologii. W efekcie cały zespół złożył wypowiedzenia, co siłą rzeczy doprowadziło do zamknięcia oddziału. Kardiologię uruchomiłam ponownie 13 maja ubiegłego roku – zaczęliśmy od uruchomienia zabiegów ablacji serca, dotąd niewykonywanych zabiegów w tym szpitalu. Prowadzimy te zabiegi we współpracy ze Szpitalem im. Jana Pawła II – to bardzo dobra, wydajna współpraca. Chcemy dalej rozwijać kardiologię, oczywiście nie wchodząc w rolę konkurencji dla pobliskiego, wyspecjalizowanego szpitala.
Co jeszcze zastała Pani po objęciu stanowiska?
Oprócz zamkniętej kardiologii, tylko dwie sale operacyjne pracujące z powodu braku obstawy anestezjologicznej. Z raportu, który przekazała mi zastępca głównej księgowej, wynikało, że sytuacja finansowa szpitala wcale nie jest tak dobra, jak mogłoby się wydawać. Byli komornicy, nakazy zapłaty, a także duże kredyty zaciągnięte przez poprzednią dyrekcję – i to zobowiązania, które trzeba było spłacać. Plan finansowy, który wtedy obowiązywał, również nie był ani realistyczny, ani pozytywny. Dodatkowo pojawiły się poważne nieścisłości w księgach rachunkowych. Wszystkie te informacje przekazałam do Biura Nadzoru Właścicielskiego Urzędu Miasta Krakowa już 20 maja 2024 roku. Dla wszystkich, którzy zostali o tym poinformowani, był to prawdziwy szok i niedowierzanie. A długi szpitala po wykonanym rzetelnym audycie wynosiły ponad 100 milionów złotych.
Przez cały czas była prowadzona narracja sukcesu – że to szpital wyróżniający się na tle Krakowa, że nawet szpital im. Żeromskiego ma gorszą sytuację. A tymczasem sprawozdania finansowe – dopiero po czasie – pokazują coś zupełnie odwrotnego: Żeromski jest na plusie, a Narutowicz na dużym minusie.
Niestety, ma Pan rację, Panie Redaktorze – tak to właśnie było przedstawiane. Natomiast prawda, która wynikała z ksiąg, była zupełnie inna. Informacje te przekazałam najpierw do Biura Nadzoru Właścicielskiego, a później również przedstawiłam je Radzie Społecznej, dwukrotnie podczas posiedzeń Komisji Zdrowia – również tej, która odbyła się na miejscu, w szpitalu – a ostatecznie także na forum Rady Miasta Krakowa. I, tak jak już wspomniałam, dla wszystkich był to szok i niedowierzanie. Wyniki, które przez lata szły w eter jako sukces, okazały się po prostu fikcją.
A poprzednia Rada Społeczna – czy ona nie sygnalizowała, że sytuacja jest zła? Czy oni również mieli przekonanie, że wszystko wygląda bardzo dobrze?
Poprzednia Rada również otrzymywała informacje, że wszystko jest w porządku i nie ma powodów do niepokoju. Podobnie biegły rewident, który oceniał sytuację finansową szpitala – on również miał przekazane zapewnienia, że wszystkie wystawione faktury będą odzyskane. Chodziło o faktury skierowane do Ministerstwa Zdrowia i Narodowego Funduszu Zdrowia. Mimo że obie te instytucje odesłały nieuzgodnione salda, ta informacja jednak nie dotarła do biegłego. Gdzieś doszło do nieprawidłowości lub oszustwa, czego efektem jest prowadzone śledztwo przez prokuraturę i dotyczy ono poprzedniej dyrekcji.
Jakiej wysokości były te faktury? O jakich konkretnie kwotach mówimy?
Mówimy tu o kwocie rzędu 60 milionów złotych.
To właśnie te faktury i brak ich zapłaty spowodowały główne perturbacje finansowe szpitala?
Wpisano te kwoty po stronie przychodów, ale nie dokonano odpisu po stronie kosztów. W efekcie w dokumentach wyglądało to tak, jakby przychody były wyższe niż koszty – choć te pieniądze były nie do odzyskania. I stąd wzięły się dalsze problemy finansowe.
A czy Pani zrezygnowała z dochodzenia tych należności od NFZ i Ministerstwa Zdrowia? Czy raczej uznała Pani, że te faktury w ogóle nie powinny były zostać wystawione?
To są salda, które nie zostały uzgodnione, a więc z punktu widzenia księgowego – są nie do odzyskania. Można powiedzieć, że były to faktury wystawione bez pokrycia. Nie chcę używać mocnych słów, ale faktycznie nie miały one realnego uzasadnienia.
Jak Pani sądzi – po co w ogóle wystawiono te faktury?
Myślę, że te faktury zostały wystawione wyłącznie po to, by sztucznie poprawić wynik finansowy szpitala na papierze. Rzeczywisty wynik za 2023 rok to minus 34 miliony złotych. Tymczasem w dokumentach, które zostały przekazane do pana prezydenta, widniała informacja o plusie 171 tysięcy. My już w ubiegłym roku zaczęliśmy porządkować wszystkie kwestie finansowe. Księgi rachunkowe zostały wyprowadzone, a obecny wynik za 2024 rok – minus 24 miliony – jest prawdziwy. I mogę to jasno powiedzieć: nie pozwolę na fałszowanie danych finansowych.
Otrzymała Pani kilka dni temu środki budżetu miasta, ale – jak wynika z zarządzenia prezydenta – były one przeznaczone tylko na spłatę zadłużenia. Czy to oznacza, że nie mogła Pani przeznaczyć tych pieniędzy na bieżące wydatki, takie jak choćby pensje?
Wielokrotnie podczas rozmów – głównie w gabinecie prezydenta Stanisława Kracika – prosiliśmy o jakiekolwiek wsparcie dla szpitala, choćby w formie pożyczki czy innej pomocy bieżącej. Taka możliwość pojawiła się dopiero po zamknięciu roku 2024 i zatwierdzeniu przez pana prezydenta bilansu. Decyzją pana prezydenta Aleksandra Miszalskiego, za co jestem mu bardzo wdzięczna oraz rady miasta, 11 czerwca przyjęta została uchwała o wsparciu w postaci pokrycia straty za 2024 rok – w wysokości ponad 24,7 milionów złotych. Jeszcze raz chciałam zaznaczyć, że były to tak zwane „pieniądze znaczone” i nie mogłam tych środków wydać na bieżącą działalność tylko na pokrycie straty netto za rok 2024, a przypomnę, że komornicy z każdej wypracowanej złotówki przez szpital zabierają jedną czwartą kwoty.
Czy to oznacza, że szpital jest teraz na zero?
To oznacza, że mogliśmy spłacić największe zaległości – przede wszystkim te objęte już postępowaniami komorniczymi. Dotyczyły one zobowiązań jeszcze z 2023 roku.
A czego konkretnie dotyczyły te zobowiązania? To były np. należności za wyżywienie, media, sprzęt?
To były zobowiązania między innymi za leki, wyżywienie, dostawy dla regionalnego centrum krwiodawstwa i kriolecznictwa, a także dla wszystkich firm, które zaopatrują szpital w niezbędne materiały medyczne – bez których nie da się przeprowadzać żadnych szpitalnych procedur.
Czy w którymś momencie istniało realne ryzyko, że dostawca wstrzyma dostawy jedzenia do szpitala? Albo że mogłoby zabraknąć leków czy sprzętu niezbędnego do codziennego funkcjonowania oddziałów?
Już w zeszłym roku otrzymywaliśmy sygnały od dostawców, że mogą wstrzymać dostawy. Od kwietnia tego roku te sygnały były już bardzo konkretne – niektóre firmy wprost informowały, że bez spłaty zaległości przestaną dostarczać leki, materiały medyczne czy świadczyć usługi. Na szczęście Narodowy Fundusz Zdrowia wspierał nas cotygodniowymi przelewami, dzięki czemu mogliśmy na bieżąco rozliczać wykonane świadczenia.
Rok 2024 to czas intensywnej odbudowy pozycji szpitala na rynku medycznym Krakowa i okolic. Ponownie uruchomiliśmy kardiologię, zwiększyliśmy liczbę łóżek do 335, ilość hospitalizacji – z 48 tysięcy do 52 tysięcy, a porad – z 72 tysięcy do 84 tysięcy. Otworzyliśmy nowe poradnie i centra leczenia, nawiązaliśmy współpracę z uczelniami medycznymi, zatrudniliśmy nowych specjalistów. Dzięki temu wykonaliśmy prawie 99 procent świadczeń ryczałtowych, co pozwoliło nam samodzielnie spłacić 16 milionów złotych zadłużenia komorniczego w 2024 roku i już 18 milionów w ciągu pierwszych pięciu miesięcy 2025 roku. Wszystko to było możliwe dzięki ogromnemu wysiłkowi całego zespołu, regularnym płatnościom z NFZ i decyzji miasta z 11 czerwca o pokryciu straty. To daje nam wreszcie chwilę oddechu i możliwość samodzielnego dysponowania środkami, bez ciągłych zajęć komorniczych. Komornicy sami wchodzili na nasze konto i odbierali swoje należności.
Z jednej strony przedstawia Pani, że obecne wyniki są dobre, a spłaty zostały dokonane ze środków wypracowanych przez szpital. Z drugiej – pojawia się krytyka, m.in. ze strony Przewodniczącej Komisji Zdrowia, Alicji Szczepańskiej, że plan naprawczy jest zbyt ogólny i nie przyniesie realnych, pozytywnych skutków dla szpitala. Jak Pani się do tego odnosi?
Nie mogę zgodzić się z panią Alicją Szczepańską, że plan naprawczy był ogólny. Został on przygotowany przez nasz zespół, na podstawie realnej sytuacji finansowej i możliwości szpitala. To plan wiarygodny i możliwy do zrealizowania. Nie możemy pozwolić sobie na dokument, który będzie dobrze wyglądał na papierze, ale nie da się go wprowadzić w życie. Ten plan nie powstał w lutym – jego elementy wdrażamy już od września ubiegłego roku. Poprawa funkcjonowania szpitala już trwa, ale na efekty trzeba poczekać. Przykładowo – w wielu miejscach koszty personalne były przeszacowane, czasem zatrudniano tylko kierownika bez zespołu. Opóźnienie w zatwierdzeniu nowego statutu również nam nie pomogło, ale mimo to konsekwentnie działamy według założeń planu naprawczego. W ciągu najbliższych czterech lat poprzez konsekwentną i profesjonalną realizację założeń z planu mamy szansę w pełni wykorzystać potencjał rozwojowy szpitala i stać się renomowaną, stabilną marką na rynku usług medycznych w Małopolsce.
A jak Pani to odbierała? Skąd, Pani zdaniem, wynikało to przeciąganie sprawy statutu? Bo trwało to miesiącami i – nie da się ukryć – momentami zaczynało przypominać wręcz groteskę.
Pierwszy wniosek o zmianę statutu złożyłam w sierpniu ubiegłego roku. I – dzięki Bogu – w czerwcu tego roku w końcu został zatwierdzony. Swoje osobiste przemyślenia na temat tego, dlaczego to trwało tak długo, zachowam dla siebie – mogłyby bowiem wykraczać poza pewną kulturalną granicę.
Kilka dni temu szpital znów znalazł się w centrum medialnego zamieszania. Pojawiły się doniesienia, że wypłaciła Pani pracownikom jedynie część wynagrodzenia, a druga transza nie trafiła na konta. Choć wiem, że ostatecznie pieniądze zostały wypłacone w piątek – skąd wyniknęła ta sytuacja?
Tak jak wielokrotnie rozmawiałam z panem prezydentem Kracikiem i informowałam go o trudnościach, z jakimi się mierzymy, tak również 20 czerwca – podczas kolejnego spotkania – prosiłam, aby środki na pokrycie straty zostały uruchomione wcześniej. Jak wspominałam, decyzja rady miasta zapadła w nocy z 11 na 12 czerwca. Już 13 czerwca Główna Księgowa kontaktowała się z zastępcą skarbnika Krakowa i jednocześnie dyrektorem magistrackiego wydziału budżetu panem Tomaszem Tylkiem, który zapewnił, że najpóźniej 16 czerwca środki trafią na nasze konto. Ale tak się nie stało – bo jak wynika z prezydenckich zarządzeń, dopiero 1 lipca istniała formalna możliwość, by cokolwiek wypłacić.
Skąd więc wcześniej takie deklaracje?
20 czerwca byłam na spotkaniu z prezydentem Kracikiem i prosiłam o przyspieszenie działań formalnych dotyczących środków na pokrycie straty. Rozumiem, że są procedury obowiązujące Urząd Miasta Krakowa, których nie można pominąć, ale sytuacja była wyjątkowo trudna dla szpitala, zwłaszcza że za pierwszy kwartał tego roku wypracowaliśmy nadwykonania na poziomie 11 milionów złotych, ale z powodu opóźnień decyzyjnych w centrali NFZ, małopolski oddział nie mógł wypłacić tych środków. Równocześnie informacja medialna o przyznaniu nam 24 milionów złotych na pokrycie straty spowodowała większą aktywność komorników – zaczęli zabierać większe kwoty z naszych transz z NFZ niż zwykle. W efekcie zabrakło nam miliona złotych do pełnej wypłaty pensji – potrzebowaliśmy w sumie 5,5 miliona. Mimo prób przesunięcia środków z innych kont, nie udało się ich zgromadzić. Biuro Nadzoru Właścicielskiego zostało poinformowane o tym fakcie 1 lipca. 30 czerwca spotkaliśmy się z ordynatorami i związkami zawodowymi. Podjęliśmy wspólną decyzję: pracownicy o najniższych wynagrodzeniach otrzymali pensje w całości, pozostali – 50 procent. Na szczęście NFZ w kolejnych dwóch dniach zdołał uruchomić dodatkowe środki w ramach swoich możliwości.
Ze strony szpitala była jakaś interwencja do NFZ, by przyspieszyć te płatności?
Nic nie dzieje się samo z siebie. Rozmawialiśmy z panem dyrektorem Robertem Dziedzicem z NFZ, który wskazał dodatkową możliwość uruchomienia środków na wynagrodzenia. Dzięki temu część pracowników otrzymała zaległą część wypłaty już 3 lipca, a reszta – 4 lipca. Mogę dziś potwierdzić, że wszyscy pracownicy naszego szpitala mają wynagrodzenia na kontach w pełnej wysokości. Muszę też podkreślić ogromne zrozumienie ze strony pracowników – zarówno indywidualnie, jak i ze strony związków zawodowych. Poza dwoma zgłoszeniami do mediów, nie było protestów, co przy 1200 zatrudnionych osobach pokazuje, jak odpowiedzialnie zareagował nasz zespół. Bardzo im za to dziękuję.
Taki scenariusz z opóźnieniem wypłat może się w tym roku jeszcze powtórzyć, czy zakłada Pani, że sytuacja jest już opanowana?
Nigdy nie zakładałam takiego scenariusza, ale dziś mam przekonanie, że taka sytuacja się nie powtórzy. Komornicy, którzy zajmowali część środków przekazywanych przez NFZ, zostali już zaspokojeni. Zgodnie z informacją od pana dyrektora Dziedzica, pod koniec lipca ma zapaść decyzja, w jaki sposób będą wypłacane nadwykonania za pierwszy kwartał. A to właśnie działania komornicze były naszym największym problemem – nie tylko groźba, ale realne zajęcia środków.
Co dalej? Wychodzi już Pani z tego kryzysu i jak widzi Pani dalszy rozwój szpitala?
Mamy wiele pomysłów na dalszy rozwój, zwłaszcza w kierunku poprawy rentowności poszczególnych oddziałów. Dzięki dotacji celowej w wysokości 300 tysięcy złotych od marszałka Małopolski, przygotowujemy się do otwarcia Małopolskiego Centrum Koloproktologii – przetarg na sprzęt już trwa. Będą to zabiegi w zakresie dolnego odcinka przewodu pokarmowego. Kadrę mamy – zawsze ją mieliśmy – brakowało tylko warunków do rozwoju. Planujemy też reorganizację oddziału chirurgicznego. Dodatkowo zatrudniliśmy wybitnej klasy specjalistę w zakresie operacji schorzeń kręgosłupa – doktora habilitowanego Bartosza Godlewskiego, który w zaledwie dwa dni pracy na bloku operacyjnym zrealizował 86 tysięcy punktów, co oznacza realny wpływ gotówki rzędu 150 tysięcy złotych do kasy szpitala. To pokazuje, jak duży potencjał wciąż mamy. To są tak zwane czyste zabiegi, z hospitalizacją trwającą zwykle od 2 do 4 dni, co jest korzystne dla szpitala. Mamy też kilka innych pomysłów, między innymi dotyczących zmian w strukturze organizacyjnej. Po uprawomocnieniu się nowego statutu możemy rozpocząć pracę nad nowym podziałem zadań w poszczególnych pionach. Przyniesie to oszczędności na poziomie około 300 tysięcy złotych. Planujemy również rozwój rehabilitacji – liczymy, że już w sierpniu uda się pozyskać nowe kadry i zwiększyć liczbę świadczeń. Oczywiście takie zmiany wymagają czasu i zaangażowania, a jednocześnie jesteśmy w okresie wakacyjnym, więc nasi pracownicy – po intensywnym roku – mają prawo do odpoczynku. Co najważniejsze, mieszkańcy Krakowa i okolic mogą liczyć na profesjonalną opiekę i pomoc w naszym szpitalu, pomimo okresu urlopowego wszystkie oddziały realizują procedury medyczne.
Dotarły do Pani informacje lub pogłoski, że Szpital Narutowicza miałby zostać połączony ze szpitalem wojskowym?
Szpital Narutowicza od lat pojawia się w różnych spekulacjach – raz mówi się o połączeniu z wojskowym, innym razem ze szpitalem im. Jana Pawła II, teraz ze szpitalem im. Żeromskiego. Nie neguję tych pomysłów – wręcz przeciwnie. Sama byłam inicjatorką rozmów z dyrektorami Żeromskiego, najpierw z panem doktorem Kucharskim, potem z panem Idzikiem, byśmy jako dwa miejskie szpitale nie konkurowali, lecz współpracowali. Są dziedziny, w których Żeromski ma silniejszy zespół, w innych wspomaga się podmiotami zewnętrznymi. Dziś placówką w Nowej Hucie kieruje nowy dyrektor. Jesteśmy po wstępnej rozmowie i, jak tylko będzie gotowy do dalszych działań, chętnie do nich wrócimy. Potencjał do wspólnych korzyści – zarówno organizacyjnych, jak i finansowych – jest naprawdę duży.
Jak wiadomo, obecnie śmigłowce Lotniczego Pogotowia Ratunkowego nie lądują przy Szpitalu Narutowicza, tylko na dachu Szpitala Jana Pawła II. Czy ten stan ma się utrzymać, czy jednak zależy Pani na tym, by lądowisko przy Narutowicza znów funkcjonowało?
Panie Redaktorze, gdyby była możliwość budowy lądowiska, oczywiście każdy chciałby mieć je na miejscu, a nie korzystać z innej lokalizacji. Ale od początku roku mieliśmy zaledwie trzy lądowania, więc z ekonomicznego punktu widzenia taka inwestycja się nie opłaca. Choć z perspektywy funkcjonalnej – byłoby to oczywiście wygodniejsze.
Ale to wymóg Ministerstwa Zdrowia.
Wymogi Ministerstwa Zdrowia mówią, że lądowisko musi być własne albo oddalone maksymalnie o pięć minut od Szpitalnego Oddziału Ratunkowego – i ten warunek obecnie spełniamy. Po sporządzeniu koncepcji przeprocedowano projekt budowlany. Obecnie dokumenty projektowe zostały złożone do odpowiednich organów administracyjnych i oczekujemy na pozwolenie na budowę. To nie jest temat zamknięty. Jeśli w przyszłości pojawią się środki finansowe, chętnie wrócimy do tej inwestycji. Tym bardziej że plan zakłada budowę nie tylko lądowiska, ale i nowego budynku SOR-u.
Pozostając przy temacie SOR-u – jak ocenia Pani obecne warunki w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym? Konieczna jest budowa nowego budynku?
Szpitalny Oddział Ratunkowy spełnia wszystkie wymogi określone w rozporządzeniu ministra zdrowia. Oczywiście, gdyby pojawiła się możliwość budowy nowego budynku, chętnie przenieślibyśmy SOR do nowoczesnych warunków. Obecne pomieszczenia moglibyśmy wtedy przeznaczyć na dodatkową działalność medyczną. Warto też dodać, że nasze starania zostały docenione – w 2024 roku uzyskaliśmy certyfikat ISO 9001, a 30 maja roku bieżącego otrzymaliśmy certyfikat akredytacyjny, potwierdzający spełnienie wszystkich standardów w zakresie lecznictwa szpitalnego.
Czyli mówiąc prosto – to taki oficjalny glejt z Ministerstwa Zdrowia, że szpital spełnia wszystkie wymagania?
Tak, dokładnie – i to na bardzo wysokim poziomie 86 procent. To najwyższy wynik, jaki szpital osiągnął w przeciągu ostatnich lat, w najbliższej okolicy wyższy wynik uzyskał tylko Szpital Wojskowy – 88 procent. Dla porównania, Szpital Uniwersytecki uzyskał 78 procent. To dla nas duże wyróżnienie. Łączna ocena spełnienia standardów w naszej placówce na poziomie 86 procent plasuje nas na 35. miejscu wśród 167 szpitali poddanych akredytacji.
Nie myśli Pani o tym, żeby Szpital Narutowicza stopniowo przekształcał się w szpital bardziej kliniczny niż – jak obecnie – typowo miejski?
Nie mam takich pomysłów. W naszym regionie prężnie działa Szpital Uniwersytecki, z którym współpracujemy w wielu dziedzinach, i to już wystarczy.
Można powiedzieć, że trochę „podkrada” Pani do swojego szpitala kadrę naukową z tytułami profesorskimi.
Panie redaktorze, dobrze pan wie, że PR wokół szpitala – często podsycany przez różne osoby i instytucje – nie zawsze nam pomaga. To nie jest tak, że ludzie biją się, żeby tu pracować. A jednak przychodzą Ci, którzy widzą potencjał tego miejsca. To nie tylko profesor Danuta Czarnecka, ale także profesor Monika Rudzińska-Bar (neurologia), doktor Joanna Streb (onkologia), doktor Anna Krzentowska (endokrynologia), doktor Hubert Hymczak (anestezjologia), czy doktor Czesław Osuch (specjalista w dziedzinie chirurgii i transplantologii), doktor habilitowany Bartosz Godlewski (specjalista w dziedzinie neurochirurgii operujący schorzenia kręgosłupa). Ci specjaliści dołączyli, bo wierzą, że na bazie tego, co już mamy, można zbudować coś więcej – zwiększyć zakres świadczeń i wzmocnić kontrakt z NFZ. Co ważne: zarówno w ubiegłym roku, jak i obecnie, wszystkie oddziały funkcjonują, przyjmujemy pacjentów, a Szpitalny Oddział Ratunkowy działa całodobowo. Tu naprawdę nie ma zagrożenia dla ciągłości świadczeń.
Dochodzą mnie wieści, że chce Pani budować bunkier?
Jesteśmy już dość zaawansowani w tym temacie. Po wstępnej rozmowie z panem wojewodą mamy przygotowany projekt, który jeszcze trochę dopracowujemy, bo zmieniamy część założeń. Jeśli dostaniemy zielone światło, będziemy procedować dalej. To zapewni miejsce schronienia w razie wojny dla kilku tysięcy mieszkańców Krakowa, a w sytuacji pokoju będzie służył do celów komercyjnych, z których szpital będzie czerpał zyski.
A po co taki bunkier?
Jest niezbędny, bo w tej części Krakowa nie ma żadnej innej możliwości zabezpieczenia i ewentualnego ukrycia się. To będzie mini-podziemny szpital, przygotowany na wszelki wypadek.