Kucharczyk i Ojamaa popsuli Święta Cracovii

Niespodzianki nie było. Na zakończenie piłkarskiego roku Legia Warszawa bez trudu odesłała Cracovię pod Wawel z bagażem czterech goli. – Wypunktowali nas jak rasowy bokser – przyznał Wojciech Stawowy.

Spotkanie nie mogło rozpocząć się lepiej. Zanim kibice zdążyli porządnie rozsiąść się na stadionie i przed telewizorami, adrenalina kipiała im już z uszu. Legioniści i pasiacy sprawiali wrażenie, jakby chcieli wysłać im jasny przekaz: wprawdzie musimy zniknąć na dwa miesiące, ale w ramach rekompensaty zafundujemy wam widowisko, które będziecie mogli regularnie odtwarzać na DVD, umilając sobie zimowe wieczory bez Ekstraklasy.

Zanim stadionowy zegar obwieścił zakończenie pierwszego kwadransa, obok widniał już rezultat 1:1. Najpierw szkolny błąd Kuciaka wykorzystał Ntibazonkiza, a po chwili pocisk ziemia-powietrze w kierunku okienka bramki Pilarza odpalił Kucharczyk. Mało? Kolejne kilkaset sekund przyniosło paradę warszawskiego bramkarza po woleju Stebleckiego i w odpowiedzi sytuację sam na sam Dwaliszwilego zakończoną uderzeniem w słupek.

– Przy Łazienkowskiej chcieliśmy grać, atakować. Nie chcieliśmy zepsuć widowiska. Mecz mógł się podobać, bo padło wiele goli, szkoda, że aż cztery do naszej bramki. Mieliśmy tylko fragmenty dobrej gry – komentował na gorąco Stawowy (za legia.com).

Z upływem czasu spięć pod bramkami ubywało, gra przeniosła się do środkowej strefy, ale na nudę i tak nie można było narzekać. Niestety dla trenera Cracovii, coraz wyraźniej zarysowywała się przewaga zawodników Jana Urbana w jakości i dojrzałości piłkarskiego rzemiosła. Pozwalali poklepać krakowianom piłkę w środku, by po przechwycie błyskawicznie startować do zabójczych kontr. Przeważnie prawą stroną, gdzie wysoko ustawiony Marciniak wręcz wypinał miejsce, w którym plecy tracą swoją szlachetną nazwę do kolejnych klapsów.

W roli karzącej ręki sprawiedliwości wystąpili ci, dla których szczęśliwe dni w stolicy wydawały się nieuchronnie dobiegać końca: wspomniany Kucharczyk i Henrik Ojamaa. Polak do hattricka dorzucił ostatnie podanie przy golu Pinto. Estończyk sumiennie asystował koledze przy wszystkich trzech trafieniach. Jednak o tym, jaki udział w ich osiągnięciach miała kiepska gra obronna zawodników Stawowego, świadczyć może sytuacja po golu na 4:1. Wściekły Pilarz doskoczył do zagubionego Marciniaka, odepchnął go i w żołnierskich słowach wytłumaczył, co myśli o jego występie.

– Legia to klasowa drużyna. Wypunktowała nas jak rasowy bokser. Walczymy o pierwszą ósemkę i mam nadzieję, że wiosną znów będziemy mogli się z nią zmierzyć – przyznał opiekun Cracovii. Jak na razie jego zespół jest na dobrej drodze, by tak się stało. Mimo porażki zachowali siódme miejsce w tabeli, co przed ostatnimi dziewięcioma meczami sezonu zasadniczego daje świetną pozycję wyjściową. I tylko świątecznych nastrojów żal…


Legia Warszawa – Cracovia 4:1 (2:1)
Kucharczyk 11’, 58’, 87’ Pinto 37’ - Ntibazonkiza 6’

Legia: Kuciak – Bereszyński, Rzeźniczak, Astiz, Wawrzyniak – Furman (73’ Radović), Jodłowiec – Kucharczyk, Pinto, Ojamaa (87’ Broź) – Dwaliszwili (68’ Mikita)
Cracovia: Pilarz – Szeliga, Żytko, Kosanović, Marciniak – Danielewicz (82’ Bernhardt), Dąbrowski, Zejdler (46’ Kita) – Steblecki, Budziński, Ntibazonkiza

Sędziował: Szymon Marciniak
Żółte kartki: Astiz, Jodłowiec – Żytko, Budziński