Mieszkańcy bloków przy Galicyjskiej i Centralnej: „Obiecywali zieleń, a rośnie nam druga Avia”

– Nie widzę przyszłości w tym miejscu, to jest jakaś tragedia – słyszymy od pana Marcina, mieszkającego przy ul. Galicyjskiej. – Już się rozglądamy za czymś innym – mówi z kolei pani Joanna. Są jednak i tacy, którzy mieszkanie w cieniu kominów elektrociepłowni chwalą.

Wracamy z cyklem, w którym rozmawiamy z mieszkańcami wielkich, często owianych złą sławą nowych osiedli w Krakowie. W ostatnich miesiącach odwiedziliśmy Avię, którą mimo krytyki urbanistów komplementowali nie tylko jej mieszkańcy, ale i sąsiedzi z okolicznych bloków. Byliśmy też na Osiedlu Europejskim na Ruczaju, gdzie dało się wyczuć tlące się między mieszkańcami konflikty. Udaliśmy się też na Kliny, gdzie mieszkańcy narzekali na spotkania z dzikami i zalania garaży. Ostatnim naszym przystankiem był Złocień, którego mieszkańcy opowiadali nam o braku zieleni, jak również uprzykrzającym życie smrodzie.

Mówi, że wokół jest duża betonoza. – Nie wiem, czy byliście tutaj wcześniej, nim powstały osiedla. Tutaj była droga jednokierunkowa, po przeciwnej stronie sarny i dziki sobie biegały. W tym momencie: rozglądnijcie się, jak to wygląda? Porównajcie sobie Nową Hutę do tego, co jest tutaj. I tak jest lepiej niż na osiedlu Avia. To jest najbliższy park – ironizuje pan Marcin, wskazując palcem na porośnięty drzewami skrawek zielonego terenu, gdzie jak twierdzi znajduje się zbiornik retencyjny.

Ostatni z naszych rozmówców, pan Vladimir, wskazuje na drobne, aczkolwiek bardzo istotne kwestie. Np. brak przejścia dla pieszych czy słabej jakości ławki na osiedlu. Doskwiera mu również to, że bez problemu jest w stanie usłyszeć, co dzieje się za ścianą u sąsiada. Rozmawiamy z nim przy ruchliwej drodze, w tle, skryte za mgłą, majaczą kominy w Łęgu. Obok jest plac budowy, widać też najsłynniejszą krakowską samowolę budowlaną, która znajduje się przy ulicy Centralnej. Zieleni brak, nie licząc trawników i pojedynczych drzew. – Są zdecydowanie za małe. Zieleni powinno być tu zdecydowanie więcej – mówi pan Vladimir. I wskazuje na ludzi, którzy przechodzą przez drogę, ryzykując potrąceniem przez auto. – Mówiłem, przydałoby się przejście – dodaje i mimo szaroburego krajobrazu wokół, odchodzi uśmiechnięty.