Murale zaczynają humanizować szare, betonowe pustynie [Rozmowa]

Z profesorem Akademii Sztuk Pięknych rozmawialiśmy przy okazji akcji promocyjnej, kiedy to studenci ASP postanowili zareklamować swoją uczelnie poprzez stworzenie muralu na… słupie ogłoszeniowym. Oprócz muralów, poruszony został problem zaśmiecenia przestrzeni publicznej i krzywdzenia bloków mieszkalnych kolorami.

Dawid Kuciński: Skąd pomysł na taką formę promocji?

Dr hab. Jan Tutaj, profesor ASP: Wydaje się, że to naturalna czynność w momencie, kiedy rynek edukacyjny jest tak zagęszczony. Mimo renomy i atutów naszej uczelni, mamy w ofercie mnóstwo nowych kierunków, które warto zarekomendować i podać do publicznej wiadomości. W związku z tym doszliśmy do wniosku, że – poza warstwą artystyczną – takie działania spełniają rolę informacyjną. Zależało też nam na tym, by skorzystać ze świetnej pogody i pokazać w centrum miasta jak wygląda technika tworzenia muralu.

Właśnie obserwujemy studentki. Co one konkretnie robią?

Są to studentki pierwszego roku wydziału grafiki. Technika, jaką stosują, nie odbiega od tej, którą posługują się street artowcy. To klasyczna metoda, poza podłożem, które nie jest ścianą. Cała obróbka jest stosowana przez artystów tworzących murale: szablon, wałek i praca zespołowa. Taka miniatura tego, co –  na szczęście –  w Krakowie się pojawia. Cieszę się, że street artowcy nie tylko nielegalnie wrzucają swoje kreacje. Mamy kilka murali, które pokazują inną ścieżkę malarstwa.

Które są najlepszymi przykładami?

Niedaleko stąd na budynku Galerii Krakowskiej, przy ul. Czarnowiejskiej, na Galerii Bronowice. Wiem, że dwa kolejne są projektowane. Powiedzmy, że w takim wielkoformatowym malarstwie Kraków nadrabia zaległości, bo wiele miast tą techniką wzbogaca przestrzeń miejską – uatrakcyjnia ją i wykorzystuje. Wspomnieć tu należy o Wrocławiu czy Gdańsku. To rzecz o tyle ciekawa, że ten mural to nie akcja nocnych twórców, których część osób utożsamia z wandalizmem.

I chyba słusznie.

Tak, część tych działań nie ma nic wspólnego ze sztuką. Nie jest to nawet kwestia tagowania, a wchodzenia w strukturę, która na przykład niedawno została oddana do użytku, a remont pochłonął sporo środków. Ale nie chcę o tym mówić. Mówimy o muralach, które stały się jedną z ugruntowanych i zaakceptowanych dziedzin malarstwa. To właśnie tę kwestię chcemy poruszyć przy okazji tej promocji uczelni.

Niektórzy chcą, aby wszystkie wielkopłytowe bloki zostały pokryte muralami. To dobra koncepcja?

To wszystko zależy od miejsca i kontekstu. Nie jest powiedziane, że każdy blok musi być pomalowany. Choć nie ma nic gorszego niż szary blok, który od lat 60. wygląda tak samo. Ale niekoniecznie musi to być forma figuratywna, przyozdobiona. To mogą być proste rozwiązania wynikające z kolorów. I wtedy te „klocki” zaczynają żyć własnym życiem, zaczynają humanizować szare, betonowe pustynie, które są tylko i wyłącznie sypialniami, bo ciężko się z czymś tak antypatycznym utożsamiać.

Padają też zarzuty, że te bloki na siłę próbuje się upiększać. A to na malinowo, a to na pastelowo.

To świadczy o tym, że to są decyzje poza jakąkolwiek konsultacją z artystami czy plastykami miast. I nie mówię tylko o Krakowie. Często są to inicjatywy oddolne, czyli szefostwo spółdzielni decyduje się na „ładne” – fiołkowe czy różowe – kolory, które nie wzbogacają, a szpecą budynki. Po to się kształci artystów, aby z nich korzystać, konsultować się z nimi w sprawach tak ważnych, bo w grę wchodzą naprawdę duże pieniądze. Pomalowanie całego bloku to nie kilkanaście metrów i puszka farby, tylko duże pieniądze, a efekt finalny może być opłakany.

Stoimy na Rynku Głównym, kilka lat temu było tutaj pełno reklam. Teraz jest lepiej?

Zmienia się. Mam wrażenie, że jeszcze tu i ówdzie reklama zbyt często wyskakuje na człowieka. Chyba nie do wszystkich właścicieli lokali ta filozofia Parku Kulturowego dociera. Cieszę się, że starania plastyka miejskiego i urzędników zaczynają być widoczne. Będąc gościem na Zachodzie widzi się spory szacunek do przestrzeni, do centrów miast, a wiadomo, że to na nich nam zależy. Chciałoby się, aby nie tylko na samym rynku, ale również wokół niego ten szacunek do szeroko pojętej przestrzeni publicznej był.

Dużo zależy od zarządzających budynkami, bo nikt nikomu bez jego zgody nie wiesza niczego na fasadach. Mam nadzieję, że era dzikiego kapitalizmu i wieszania wszędzie reklam mija.

Niektórzy się śmieją z „Chinatown” na Podgórzu.

To jest dobry przykład. To też Kazimierz, Nowa Huta, Krowodrza. Każda dzielnica to osobny przypadek. Gdybyśmy zrobili krótką eskapadę w promieniu 4 km od centrum, znaleźlibyśmy dziesiątki takich lokalizacji, które wołają o pomstę do nieba. Bo ma się wrażenie, że biznes funkcjonujący tutaj pamięta o przestrzeni, a drobni sklepikarze i przedsiębiorcy jeszcze sobie tego nie uświadamiają. Idę ulicą i widzę, że jeden lokal reklamuje w piętnastu formach ten sam produkt. To jest reklama?

Ale niestety również media drukowane swoimi stronami reklamowymi ten chaos wzmagają. Bez opamiętania i opanowania, co jest przerażające. Ta kultura przenosi się na ulice, na sklepiki. To są naczynia połączone. To zaczyna się od designu. Są wzorce, ktoś coś potrafi i już myśli, że jest designerem. To buduje chaos. I po to się kształci artystów, aby z nich korzystać, by te pieniądze wydane na ich kształcenie były wykorzystywane w codziennym życiu.