Napad na sklep jubilerski w galerii handlowej. Plan wydawał się idealny
Aby poznać ich historię, trzeba cofnąć się do 16 czerwca 2008 roku, kiedy to trzem mężczyznom wystarczyło kilkadziesiąt sekund, by zrabować z salonu Apart biżuterię wartą ponad 177 tys. złotych.
Plan niemal doskonały
Myśl o napadzie i zdobyciu dużej kwoty pieniędzy musiała kiełkować od dłuższego czasu. Wszyscy, poza Mikołajem (którego pierwotnie nie było w planie), pomimo młodego wieku mieli bogatą przeszłość kryminalną i poznali się za kratami.
28-letni Kamil K., 22-letni Marcin W. i 20-letni Mikołaj M. niemal bezbłędnie zaplanowali napad, w którego realizacji pomogło kilka osób, w tym ochroniarz centrum handlowego, zdradzając tajniki systemów zabezpieczeń. Przestępcy popełnili jednak kilka błędów, które kosztowały ich kilka lat życia za kratami.
Prokuratura ustaliła, że złodzieje chcieli dowiedzieć się, jak działa system ochrony sklepu, alarmy i mechanizmy utrudniające szybkie opuszczenie galerii. Te szczegóły przekazał im właśnie Łukasz K., młody pracownik monitoringu i ochrony M1. Za informacje dostał 2 tys. złotych – to o 500 zł więcej, niż wynosiła jego miesięczna pensja. Sprawcy dwukrotnie odwiedzili salon, by zorientować się, gdzie znajdują się najcenniejsze przedmioty.
Przestępcy pomyśleli również o samochodzie. Od jednego ze znajomych, byłego policjanta, dostali Mitsubishi Pajero. Auto przemalowali niedaleko mieszkania jednego ze sprawców przy ul. Rozdroże. Do akcji potrzebowali również młotków, kombinezonów, maseczek przeciwpyłowych i rękawic – wszystko to kupili w Castoramie, co uwieczniły kamery monitoringu.
Liczy się czas
Rano w dzień napadu Marcin z Kamilem udali się taksówką do galerii Plaza, po drodze zabierając Mikołaja. W centrum przebrali się w stroje robocze, a następnie podjechali pod M1. Dalsze wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Mężczyźni zablokowali młotkami drzwi ewakuacyjne, a następnie wtargnęli do salonu jubilerskiego. Trzech pracowników sterroryzowali gazem pieprzowym. Mikołaj stanął na czatach, pilnując, aby nikt nie przeszkodził w rabunku. Marcin W. rozbijał młotkiem gabloty i zbierał łup do torby. Całość trwała około 40 sekund.
Przestępcy uciekli podstawionym wcześniej samochodem w stronę ulicy Centralnej, gdzie się rozdzielili. Na ul. Kasztanowej spalili auto, które posłużyło do napadu.
Część biżuterii udało im się sprzedać – do jednej transakcji doszło na ul. Floriańskiej w Krakowie, a do drugiej w barze fast food przy ul. Wielickiej. Część łupu została przetopiona w Modlnicy, a resztę ukryto m.in. w meblach jednego ze sprawców.
Wyśpiewali wszystko
Policja zatrzymała dwóch pierwszych podejrzanych w tej sprawie już na początku lipca 2008 roku.
Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło łącznie 14 osób. Odpowiadały one nie tylko za realizację i pomoc w napadzie, ale też za posiadanie narkotyków, broni bez zezwolenia czy za utrudnianie śledztwa. Okazało się, że oprócz dowodów, wymiarowi sprawiedliwości najbardziej pomógł Marcin W., który w zamian za obszerne zeznania mógł liczyć na nadzwyczajne złagodzenie kary i tym samym uzyskał nieformalny status tzw. małego świadka koronnego.
Przy okazji tej sprawy rozwiązano kilka innych: dwa napady na ten sam sklep jubilerski z 2007 roku (skradziono biżuterię za 27 tys. zł), napad na aptekę z 5 czerwca 2008 roku (łup wyniósł niecałe 2,9 tys. zł), a także włamanie do domu krakowskiej urzędniczki, która straciła kilka tysięcy złotych, biżuterię o wartości 11 tys. zł oraz służbowego laptopa.
Mimo pozornego profesjonalizmu sprawcom umknęło kilka szczegółów. Poza zapisem z monitoringu, porzuconym młotkiem czy opakowaniem po gazie, już wcześniej pozostawili policji inne tropy. Były to odciski palców (m.in. na młotku z napadu w 2007 roku czy na fikcyjnej umowie sprzedaży samochodu), ślady DNA oraz odcisk buta. Mając materiał porównawczy, śledczy bez problemu ustalili, kim byli złodzieje. Najcenniejsze dla śledztwa okazały się jednak zeznania składane przez oskarżonych. W zasadzie wszyscy – jedni wcześniej, drudzy później – przyznali się do zarzucanych im czynów.
Napad i kara
W lutym 2011 roku młodzi przestępcy usłyszeli wyroki. Kamil K. został skazany na 8 lat więzienia, choć rok później sąd apelacyjny obniżył karę o dwa miesiące. Mikołaj M. usłyszał ostatecznie wyrok 27 miesięcy pozbawienia wolności. Marcin W. otrzymał podobny wyrok, jednak w zawieszeniu na pięć lat – taki był benefit skorzystania z art. 60 kodeksu karnego. Mężczyźni mieli również solidarnie naprawić szkody, jakie wyrządzili. Pozostałe osoby również usłyszały wyroki skazujące.
Kosztowności, o których była mowa na samym początku, w depozycie znajdują się od 2016 roku. Właściciele mają trzy lata na zgłoszenie się do sądu po ich odbiór. W innym razie przepadną na rzecz Skarbu Państwa.