Nie mają już nic do stracenia, więc zaczynają nakrywać do stołu

Od kilku dni przedsiębiorcy na terenie całego kraju buntują się przeciw rządowym obostrzeniom zakazującym prowadzenia działalności gospodarczej poszczególnym podmiotom. Hotele, restauracje, bary, kluby i wiele innych firm objętych zakazem postanowiło otworzyć swoje lokale dla klientów, w tym kilka w Krakowie.

Skala otwierania kolejnych lokali jest na razie marginalna, choć fala oburzenia wśród przedsiębiorców rośnie. Wielu z nich nie ma już nic do stracenia, skończyły się oszczędności, możliwości ponownego zakredytowania, czy nawet pieniądze, aby w razie inspekcji sanitarnej zapłacić za mandat.

– Przez cały okres trwania epidemii dostaliśmy od rządzących zaledwie 5 tys. zł wsparcia, co nie pozwala pokryć nawet jednego etatu, nie mówiąc już o innych zobowiązaniach i kosztach stałych. W tym momencie brnąc w paszczę lwa, nie mamy już nic do stracenia, musimy walczyć. W innym wypadku stracimy nasz ukochany lokal i prace. Nie stać nas już na utrzymywanie ekipy i lokalu z oszczędności, dłużej tego nie wytrzymamy – komunikuje jedna z restauracji w Nowej Hucie.

Inny lokal położony na Dębnikach również oficjalnie głosi swoją działalność i przyjmuje gości na miejscu już od dłuższego czasu. – Zapraszamy wszystkich „biznesmenów” wraz z rodzinami na obiad w naszej restauracji. Podaruj sobie i swoim bliskim odrobinę normalności – zachęcali w mediach społecznościowych jeszcze w listopadzie.

– Mamy tego dość. Mówimy zakazom stop! Nie chcemy dalej żyć w izolacji. Otwieramy się na nowo. Nasza odnowiona sala czeka z utęsknieniem, na gości czekają przepyszne posiłki i napoje – poinformował kolejny z lokali w Nowej Hucie.

Wkrótce masowe otwarcia?

W poniedziałek rząd przedłużył obowiązujące obostrzenia: gastronomia, hotele i galerie handlowe pozostaną zamknięte do 31 stycznia. Część przedsiębiorców nie przyjmuje jednak tych postanowień do wiadomości i otwierają swoje lokale – najczęściej są to gastronomicy.

Restauratorzy wraz z radcami prawnymi opracowują ramy, w których mogliby stacjonarnie funkcjonować, nie narażając się na potężne kary finansowe od sanepidu. W Krakowie działa przynajmniej kilka lokali mimo zakazu, mniej lub bardziej oficjalnie, oferujących jedzenie już nie tylko na wynos, ale również stacjonarnie. Aby skorzystać z oferty, należy zarezerwować stolik telefonicznie.

Przedsiębiorcy z innych polskich miast także się organizują. Osoby m.in. z Warszawy, Katowic, Wrocławia, Torunia, Olsztyna, czy Szczecina już otworzyli swoje lokale, albo zapowiadają ich uruchomienie wkrótce. Na razie są to jednostkowe przypadki, inni obawiają się mandatów lub czekają na solidarne otwarcie większej liczby lokali w tym samym czasie.

„Gdyby mi na nawet pozwolili otworzyć lokal, nie zrobiłbym tego”

Wydaje się, że coraz więcej przedsiębiorców chce iść za ciosem (ruchem #otwieraMy), ale są i przeciwnicy „siłowania się” z państwem. – Nie jestem zainteresowany takim „dzikim” otwieraniem. Należy się liczyć z konsekwencjami, jakie później mogą z tego wyniknąć. Państwo może na przykład zażądać zwrotu środków pomocowych, które wcześniej ci ludzie, którzy otwierają teraz lokale, pozyskali w ramach tarczy antykryzysowej – przedstawia swój punkt widzenia Mariusz Fiba, przewodniczący sekcji gastronomików Rynku Głównego w Krakowskiej Kongregacji Kupieckiej i właściciel restauracji.

– Rozumiem, że przedsiębiorcy otwierają swoje lokale w górach, sezon zimowy to okres żniw w tamtym regionie, ale my w Krakowie żyjemy z turysty zagranicznego. Gdyby mi nawet pozwolili otworzyć lokal, nie zrobiłbym tego, bo nie ma dla kogo – mówi Mariusz Fiba.

Przewodniczący sekcji gastronomików Rynku Głównego nie słyszał, żeby jakiekolwiek lokale na Rynku miały zostać w najbliższym czasie otwarte.