29 kwietnia tego roku, Szpital Uniwersytecki w Krakowie. Ortopeda Tomasz Solecki przyjmuje pacjenta w swoim gabinecie. W pewnym momencie do środka wchodzi 35-letni Jarosław W., funkcjonariusz Służby Więziennej. Zadaje lekarzowi od kilkunastu do kilkudziesięciu ciosów nożem. Życia krakowskiego medyka nie udaje się uratować.
Czy po ostatnich atakach na medyków, które opisywały media, boi się przychodzić do pracy? – Nie. Natomiast kiedy jestem już w tej pracy i zdarzy się agresja ze strony pacjenta, wtedy pojawia się lęk – mówi ratowniczka.
Niektórzy medycy ze Szpitala Narutowicza sugerują, by w placówce działała ochrona, która zareaguje wcześniej niż na miejscu pojawią się służby. – Szpital od lat nie korzysta z ochrony firm zewnętrznych: ze względu na brak środków pieniężnych, pozwalających na sfinansowanie takich działań – odpowiada Jacek Hymczak, pełnomocnik władz lecznicy. Zwraca też uwagę na to, jak taka ochrona wygląda w innych placówkach medycznych. Jego zdaniem jest ona tylko złudzeniem bezpieczeństwa, a nie faktycznym zabezpieczeniem. – Zatrudniane są osoby w wieku emerytalnym, często z orzeczeniem o niepełnosprawności, bez kwalifikacji czy bez licencji, które umożliwiają podejmowanie interwencji, ujęcie czy stosowanie środków przymusu bezpośredniego – dodaje.
I mówi: „Działanie grup interwencyjnych, których dojazd do placówki zajmuje kilkadziesiąt minut od momentu zgłoszenia zdarzenia (a nie jego wystąpienia), o ile oczywiście patrol w danym momencie nie wykonuje innych czynności, także jest dalece odległe od zapewnienia realnego poczucia bezpieczeństwa”. Hymczak zwraca uwagę, że w Szpitalu Narutowicza są portierzy, którzy są całodobowo w SOR oraz w godz. od 7 do 19 przy wejściu do budynku głównego.