O złożone obietnice trzeba się upominać [Rozmowa]

O obietnicach polityków i o tym, jak weryfikować ich realizację, opowiada w rozmowie z LoveKraków.pl Jan Niedośpiał z Fundacji Stańczyka.

Jakub Drath, LoveKraków.pl: Niedawno Fundacja Stańczyka zorganizowała konferencję „Jak trzymać polityków za słowo?”. Udało się Wam znaleźć odpowiedź na to pytanie?

Jan Niedośpiał, Fundacja Stańczyka: Wydaje nam się, że tak. Opracowaliśmy metodologię, w oparciu o obietnice wyborcze zebrane w trakcie kampanii. Po pierwsze, regularnie pytamy polityków, co zrobili z tymi obietnicami. Po drugie, sami sprawdzamy postęp ich realizacji. Do tego mamy taki dość skomplikowany system, przyznający punkty za poszczególne etapy realizacji obietnicy. Staramy się to robić tak, żeby to działało motywująco i mamy nadzieję, że z czasem przełoży się na to, że te obietnice będą bardziej konkretne i łatwiejsze do mierzenia.

No właśnie. Czy da się w ogóle udowodnić politykowi, że nie realizuje obietnic? Każdy znajdzie na pewno sto powodów, dla których tej konkretnej rzeczy nie dało się zrobić.

Do pewnego stopnia się da. Na naszej stronie przejrzystykrakow.pl mamy informacje o aktywności radnych i prezydenta, oparte głównie na BIP miasta, ale łatwiejsze do śledzenia. Można tam zobaczyć, ile radni składają interpelacji, ile zadań realizują. W oparciu o te dane można sprawdzać, jakie działania podejmują osoby pełniące funkcje publiczne. Oczywiście są też działania nieformalne, które mogą podejmować i które umykają ocenie, ale jeśli jednak zobaczymy, że ktoś przez całą kadencję na temat danej obietnicy nie złożył żadnej interpelacji, nie wypowiedział się na sesji, nie złożył poprawki do budżetu i będzie następnie twierdził, że działa na rzecz realizacji obietnicy, to możemy stwierdzić, że coś jest nie tak.

Jak w tym badaniu wyszli politycy z Krakowa?

Na razie z naszego badania wynika, że najwyższy wskaźnik realizacji obietnic ma prezydent miasta – wyższy niż radni jako całość. Co nie znaczy, że radni robią to w równomierny sposób.

Opozycję traktowaliście podobno nieco inaczej, niż rządzących. Pojawiły się głosy, że to niesprawiedliwe.

Nie, traktowaliśmy wszystkich identycznie. Ale nasza metodologia premiuje pierwszy krok, zainicjowanie realizacji jakiegoś działania. Czyli np. dużo punktów dostaje się za to, że ktoś zgłosił interpelację w jakiejś sprawie czy poprawkę do budżetu. To pokazuje, że ktoś stara się coś robić – nawet jeśli potem nie udaje się tego przegłosować. W ten sposób staraliśmy się uwzględnić to, że ktoś jest w klubie opozycyjnym i jego sytuacja może być diametralnie różna od radnych mających większość. Ktoś zresztą może być też w klubie rządzącym, ale mieć w nim niską pozycję. Z jednym z radnych stoczyłem na ten temat długą dyskusję.

Co można zrobić, jeśli już okaże się, że polityk nie realizuje obietnic? Jakie mogą być formy wpływu inne niż karta do głosowania?

Na pewno możemy do takiego polityka pisać, przychodzić do niego na dyżury. Możemy też wywierać wpływ poprzez media i dopytywać o realizację obietnic. Na pewno trzeba się o złożone obietnice upominać. Ale ostatecznym rozrachunkiem są oczywiście wybory.

Macie za sobą pierwszy rok obserwacji polityków. Planujecie kolejne? Pytam, bo na konferencji ogłosiliście, że kończą Wam się pieniądze.

Owszem, ale zawsze staramy się kontynuować rozpoczęte działania. To nie pierwszy raz, kiedy kończy się jakiś projekt, na który mieliśmy dofinansowanie, ale w praktyce zawsze go przedłużaliśmy, co najwyżej w ograniczonym zakresie. W przypadku rozliczania obietnic staraliśmy się tak przygotować narzędzia informatyczne, żeby móc to później robić z minimalnym nakładem pracy. Fundacja od samego początku była oparta na pracy wolontariackiej, więc nie jest to dla nas nic nowego. Do tej pory się udawało.