Pierwszy proces w trybie referendalnym. Pozwana radna Koalicji Obywatelskiej

Posłowie Koalicji Obywatelskiej pytali w piątek, kto finansuje kampanię na rzecz odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego, a inicjatorzy referendum odpowiadali, że to „czysta publicystyka” i zapowiadali pozwy. W poniedziałek w sądzie tłumaczyć się będzie musiała radna KO Anna Bałdyga.

Dwie konferencje, jeden adres

W piątek przed południem przed wejściem do krakowskiej delegatury Państwowej Komisji Wyborczej zaroiło się od polityków.

O 11.30 swoje wystąpienie zorganizowało pięcioro posłów Koalicji Obywatelskiej, kwadrans później w tym samym miejscu stanęli inicjatorzy referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego oraz Rady Miasta Krakowa.

„Kto finansuje obrzydzanie miasta?”

Parlamentarzyści KO nie przedstawili konkretnego zarzutu, ale konsekwentnie próbowali zasugerować, że za kampanią referendalną stoją pieniądze z niejasnego źródła.

Dziś chcielibyśmy zadać pytanie opinii publicznej: kto finansuje akcję referendalną w Krakowie?
Poseł KO Dominik Jaśkowiec

– Zgodnie z ustawą o referendum jej inicjator jest zobowiązany informować o wszelkich wydatkach, jakie ponosi. Niestety mieszkańcy Krakowa nic nie wiedzą o źródłach finansowania tej akcji obrzydzania naszego miasta. Skala prowadzonych działań wskazuje, że zaangażowano wielkie pieniądze – dodawał.

Posłowie mówili, że chcą znać koszty kampanii, wiedzieć, kto płaci za plakaty, gazetki i ogłoszenia zachęcające do udziału w referendum oraz krytykujące Miszalskiego.

Spekulacje o kryptowalutach

Najdalej w spekulacjach poszła posłanka KO Dorota Marek.

– Organizatorzy referendum przekonują nas, że są naszym głosem, mówią w naszym imieniu, działają dla naszego dobra, aby odwołać prezydenta miasta Krakowa. Gdy padają kluczowe pytania: kto za to płaci – zapada głucha cisza – mówiła.

– My dziś w Krakowie mamy do czynienia z wielką publiczną spekulacją – przekonywała, sugerując, że pieniądze mogą pochodzić z niejasnych źródeł, w tym z obrotu kryptowalutami.

Konkretnych dowodów na to nie przedstawiła, ale po serii pytań o finansowanie powtarzała, że opinia publiczna „ma prawo wiedzieć”, kto stoi za kampanią „tak szeroko zakrojonej akcji marketingowej”.

„To wygląda jak kampania, nie jak oddolna inicjatywa”

Posłanka KO Katarzyna Matusik-Lipiec w trakcie konferencji przed PKW
Posłanka KO Katarzyna Matusik-Lipiec w trakcie konferencji przed PKW
Patryk Salamon/LoveKraków.pl

Posłanka KO Katarzyna Matusik-Lipiec podkreślała, że skala działań referendalnych – od słupów ogłoszeniowych po ulotki – jej zdaniem nie przypomina spontanicznej akcji mieszkańców.

– Akcja referendalna w Krakowie bardziej niż oddolną inicjatywę mieszkańców przypomina bardzo dobrze zaplanowaną akcję marketingową, w którą zaangażowane są potężne środki finansowe – mówiła.

– Jako posłowie zadajemy publiczne pytania: skąd i z jakich źródeł finansowana jest ta kampania? – dodawała.

Politycy pokazali zdjęcia słupów ogłoszeniowych, tablic i gazetek, w których – jak twierdzą – obok zachęt do udziału w referendum pojawiają się ostre ataki na prezydenta Krakowa i zarzuty o obsadzanie miejskich spółek partyjnymi działaczami.

Pismo do komisarz, ale bez zawiadomienia do prokuratury

KO zapowiedziała działania formalne, choć na razie zatrzymała się w pół kroku.

– Wystąpiliśmy z pismem do pani komisarz wyborczej o podjęcie działań, które w sposób rzetelny pozwolą ujawnić skalę i źródła finansowania – poinformował Dominik Jaśkowiec.

Zapytany przez dziennikarzy, czy posłowie mają twarde dowody na nieprawidłowości i czy zamierzają złożyć zawiadomienie do prokuratury, przyznał, że na tym etapie tego nie robią.

Zastrzegł jednak, że „jeśli pojawią się sygnały o łamaniu prawa”, wtedy taki krok jest możliwy.

„Gdyby mieli dowody, poszliby na Mosiężniczą”

Na odpowiedź komitetu referendalnego nie trzeba było długo czekać.

– Gdyby wiedzieli o jakichś nieprawidłowościach, to poszliby złożyć zawiadomienie na ulicę Mosiężniczą, gdzie jest prokuratura – ripostował Jan Hoffman, lider komitetu i przewodniczący dzielnicy Stare Miasto.

– Dobrze wiedzą, że te otwarte listy do komisarza nie mają żadnej mocy sprawczej i jest to czysta publicystyka – dodawał.

Według niego zarzuty posłów KO to element politycznej gry obliczonej na zdyskredytowanie inicjatorów referendum.

„Pretensje miejcie do prezydenta, nie do nas”

Hoffman przekonywał, że prawdziwą przyczyną referendum są decyzje obecnych władz miasta, a nie działania komitetu.

– Posłowie KO nie powinni mieć pretensji do nas, tylko do prezydenta Krakowa i radnych Koalicji Obywatelskiej, bo to oni stali za podwyżkami cen biletów czy wprowadzeniem strefy czystego transportu – mówił.

To nie my ośmieszaliśmy urząd prezydenta, tańcząc na dachu – dodał, nawiązując do wcześniejszych kontrowersji wokół wizerunku władz miasta.

„Praźródło referendum jest w magistracie”

Lider komitetu bronił też jawności swoich działań.

– Tę frustrację, którą słyszeliście, powinni panie i panowie parlamentarzyści kierować do praźródła referendum, czyli pana prezydenta Aleksandra Miszalskiego – stwierdził Hoffman.

Przypomniał, że to sami posłowie uchwalali przepisy regulujące kampanie referendalne.

– Państwo parlamentarzyści uchwalają ustawy. W tej ustawie jest zasada jawności i konieczność złożenia sprawozdania po kampanii. I my teoretycznie – z woli tych państwa – moglibyśmy dziś nic nie mówić – mówił.

„Nie pieniądze z teczki, tylko wsparcie stowarzyszenia”

Hoffman odniósł się też do zarzutów o niejasne pieniądze.

– Pan redaktor Salamon w marcu, tutaj, w tym miejscu, pytał mnie, skąd jest finansowanie. Nie mówiłem, że ktoś mi to przyniósł w teczce, znalazłem na ulicy czy dostałem od bezdomnego – przypomniał.

– Mówiłem jasno, że my jako komitet nie mamy dużych środków finansowych. Natomiast zgłosiło się do nas stowarzyszenie Kraków dla Mieszkańców i zaproponowało wsparcie, głównie plakatowe. Naszym wspólnym celem jest odwołanie bardzo złego prezydenta Aleksandra Miszalskiego i zwasalizowanej przez niego rady miasta – podkreślił.

Według Hoffmana, to właśnie taka współpraca jest istotą obywatelskich inicjatyw, a nie tajna polityczna kasa.

Dystans od Mateusza Jaśki

Podczas konferencji inicjatorzy referendum wyraźnie odcięli się od Mateusza Jaśki – YouTubera związanego z „Rynkiem Krowoderskim” i twórcy profilu „Co jest nie tak z Krakowem”.

To ważne, bo Jaśko ma na koncie prawomocny wyrok za próbę przekupienia dziennikarza jednej ze stacji telewizyjnych w zamian za odstąpienie od publikacji materiału o giełdzie kryptowalut.

– Nazywanie Mateusza Jaśki inicjatorem referendum spotka się z naszą zdecydowaną reakcją prawną – zapowiedział Hoffman.

Pierwszy proces w trybie referendalnym

Komitet referendalny przed siedzibą PKW
Komitet referendalny przed siedzibą PKW
Patryk Salamon/LoveKraków.pl

Rafał Zontek, pełnomocnik komitetu, poinformował dziennikarzy, że jedna sprawa już trafiła do Sądu Okręgowego w Krakowie.

– Zabezpieczyliśmy notarialnie treści z Internetu. O 12 w poniedziałek jest pierwszy proces w trybie referendalnym. Stroną jest jedna z pań radnych – mówił.

Chodzi o wpis radnej Koalicji Obywatelskiej Anny Bałdygi.

– W kolejce czekają osoby, które były dziś na konferencji i publikowały materiały, które były czystym pomówieniem. Były tam stwierdzenia prawda/fałsz, że inicjatorzy referendum łamali kobietom ręce na ulicach, dokonywali pobić, a w tle krąży łapówka od półświatka – wyliczał Zontek.

„Liczymy na przeprosiny”

Jan Hoffman zapowiedział, że inicjatorzy referendum liczą, iż sprawa w trybie referendalnym zakończy się zobowiązaniem radnej do przeprosin.

– To powinno ukrócić manipulacje. Liczymy, że po wyroku takie pomówienia nie będą się dalej pojawiać – mówił.