Piłkarski Kraków pogrążony w kryzysie
W sobotę zakończyła się pierwsza część sezonu T-Mobile Ekstraklasy, można więc pokusić się o pierwsze wnioski z minionych trzydziestu kolejek. A wnioski te zarówno dla Cracovii, jak i Wisły Kraków, nie są dobre. Decydująca część rozgrywek może pogłębić i tak już głęboką depresję krakowskich sympatyków piłki kopanej.
Nie od dziś wiadomo, że kibice Cracovii i Wisły, mówiąc delikatnie, nie przepadają za sobą. Według nich oba zespoły zbyt wiele dzieli. Różnicę widać nawet po zakończeniu sezonu zasadniczego, gdyż Wisła zagra o miejsca 1-8, a Cracovia 9-16. Jest jednak element wspólny dla krakowskich klubów – kac po sobotnich porażkach.
Krakowski Syzyf
Sezon zasadniczy w wykonaniu Pasów można by porównać do pracy mitycznego Syzyfa. Cracovia toczyła swój ligowy kamień przez trzydzieści etapów. Celem tej pracy miała być pierwsza ósemka.
Piłkarze w swojej wspinaczce mieli momenty lepsze, jak seria czterech kolejnych zwycięstw z Jagiellonią Białystok (2:1), Podbeskidziem Bielsko-Białą (4:2), Widzewem Łódź (3:1) i Górnikiem Zabrze (1:0), ale też i te gorsze – cztery ciosy od Legii Warszawa (1:4), Zawiszy Bydgoszcz (0:2), Wisły Kraków (1:3) i Śląska Wrocław (0:1). Krakowianie zaprezentowali w trzydziestu kolejkach dwa różne oblicza. W pierwszej części sezonu zasadniczego kibice widzieli atrakcyjną, radosną drużynę, której gra przykuwała maniaków futbolu do telewizorów. Co ważne, krakowska tiki-taka dawała korzystne rezultaty.
Niestety, na wiosnę coś zacięło się w sprawnie działającej maszynce Stawowego. Styl gry niby pozostał, ale wyniki nie były już tak zadawalające. Jednak ligowy głaz pchany był w dobrym kierunku. Pasy dopiero w ostatniej kolejce pogrzebały szansę na awans do górnej części tabeli. Porażka 0:1 z Koroną Kielce oznacza, że blok skalny spadł na dziewiąte miejsce. Taką pozycję zajmuje obecnie Cracovia. Kamień znowu trzeba pchać pod górę. Tym razem misja powinna zakończyć się powodzeniem. Widmo degradacji nie zajrzy Pasom w oczy.
Umierający paralityk
Wisła z obecnego sezonu jest potwierdzeniem powiedzenia, że cuda się zdarzają. Franciszek Smuda niczym cudotwórca stworzył z ekipy typowanej do spadku tygrysa, który swoimi pazurami potrafił zranić czołowe zespoły ligi. Biała Gwiazda nie zaznała porażki w pierwszych jedenastu spotkaniach! Fantastyczną serię przerwała dopiero Zawisza Bydgoszcz, który wygrał u siebie 3:1.
Mecze z rundy wiosennej pokazały, że tygrys Smudy jest co najwyżej z papieru. Opieranie wyjściowego składu na tych samych zawodnikach musiało doprowadzić do tragedii. Trwa ona już od siedmiu spotkań, a jej nasilenie następuje od czterech gier. Kolejne porażki z Zawiszą (0:1), Zagłębiem Lubin (1:3), Widzewem (1:2) oraz Podbeskidziem (0:1) pokazują, że wiślacki tygrys zamienił się w paralityka, który powoli kona.
Cudotwórcze moce Franza przestały działać. Paralityk jaki jest, każdy widzi. Szczęściem w nieszczęściu jest to, że Wisła zakwalifikowała się do grupy mistrzowskiej i uniknęła walki o utrzymanie. Biorąc pod uwagę ostatnie dokonania wiślaków można uznać to za sukces. Na początku sezonu widać było cudowną grę krakowian, następnie "cudowną" zmianę oblicza zespołu. Czyżby do trzech razy sztuka?