Piotr Kempf: Teraz prawo pozwala na wszystko [Rozmowa]

Prawo, które obowiązuje od stycznia, miało zlikwidować fikcję: odciążyć urzędników od zbędnej roboty papierkowej, a mieszkańcom oszczędzić czas na składanie wniosków do urzędów. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że drzewa znikają dziesiątkami i tak naprawdę nikt tego nie kontroluje. Pojawiają się więc pomysły na to, jak chronić cenne rośliny. Jednym z nich jest komercyjne przesadzanie. O tym i paru innych tematach rozmawiamy z dyrektorem Zarządu Zieleni Miejskiej.

Dawid Kuciński, LoveKraków.pl: W związku z obawami niektórych krakowian dotyczącymi nielimitowanej wycinki drzew pojawiła się propozycja komercyjnego przesadzania roślin. W skrócie: sąsiad mógłby sprzedać sąsiadowi drzewo, a usługę przesadzenia miałby oferować Zarząd Zieleni Miejskiej. Co pan na to?

Piotr Kempf, dyrektor Zarządu Zieleni Miejskiej: Pomysł nie jest zły, ale podchodzę do niego ostrożnie. Taka maszyna do przesadzania przydałyby się nam. Jednak czy ona powinna należeć do miasta? Wiążą się z tym duże koszty.

Zamawialiśmy usługę przesadzenia dużych drzew w listopadzie. Cały problem polegał na tym, że przy takiej operacji firmy dają 90% gwarancję na to, że drzewo ze szkółki leśnej się przyjmie.

Jeśli chodzi o drzewa wolno rosnące: przedstawiciele tej samej firmy twierdzą, że samo drzewo musi być odpowiednio przygotowane. Trwa to od roku do dwóch lat. Koszt wynosi kilka tysięcy złotych, a gwarancja spada do 50%.

Warto się więc zastanowić, czy kupno od razu dużego drzewa ze szkółki nie jest lepszym rozwiązaniem.

Nie każde drzewo można też przesadzić.

Można przesadzić drzewa, które nie rosną na żadnych sieciach np. elektrycznych, gazowych czy ciepłowniczych, aby maszyna ich nie uszkodziła. Większość z drzew, które idą do wycinki, to właśnie te, które w daną sieć wzrastają lub niszczą ja korzeniami. Dlatego przy okazji rozbudowy sieci ciepłowniczej są one usuwane.

Wracając do tematu. Inną sprawą jest to, czy mieszkańcy w ogóle chcieliby oddawać swoje drzewa. I kto miałby na tym skorzystać? Mogłoby się okazać, że kupimy taką maszynę do przesadzania za kilkaset tysięcy złotych, a uda się przesadzić raptem 10 roślin. Bardziej opłaca się zamówić taką usługę od firmy komercyjnej.

Być może ktoś wpadnie na taki pomysł i złoży projekt w ramach budżetu obywatelskiego. Wtedy się okaże, czy faktycznie jest zainteresowanie.

Tak, ale mnie to nie przekonuje. Myślę, że zapotrzebowanie nie jest duże. W Krakowie do przesadzenia kwalifikowałoby się może 20-30 sztuk. Warto jednak zainteresować firmy na południu Polski, aby miały w pogotowiu taki sprzęt.

Drzewa, które usuwamy, są w  80-90% suche, schorowane albo jak wspominałem, rosną na sieciach.

Co więcej, takie maszyny potrzebują samochodu ciężarowego do transportu. Dla przykładu: w parku Duchackim musimy wyciąć drzewa i nie moglibyśmy użyć takiej maszyny, bo po pierwsze: nie dałoby się jej tam dostarczyć, a po drugie: nie miałaby możliwości wgryźć się w ziemię przy takim zagęszczeniu roślin.

Czyli, pomijając kwestie techniczne, muszą się obniżyć koszty zakupu maszyny, utrzymania jej i zmienić się musi świadomość mieszkańców Krakowa, że to jest lepsze niż wycinka.

Dokładnie. Biorąc pod uwagę zmianę przepisów, jeśli mieszkaniec miałby drzewo przesadzić, to musiałby zapłacić kilka tysięcy złotych. A wycinka nic nie kosztuje. Nie ma też żadnych ograniczeń w wycinaniu dla osób prywatnych, dlatego zainteresowanie chyba nie byłoby duże.

Zmiana przepisów oddala nas od możliwości zakupu takich maszyn.

42% powierzchni miasta to działki należące do osób fizycznych. Uważa pan, że wkrótce faktycznie dojdzie do masowej wycinki? Czy można liczyć jednak na rozsądek?

Liczę na ten zdrowy rozsądek i na to, że mieszkańcy nie będą usuwać tych drzew, które w niczym im nie przeszkadzają.

Obawy mam natomiast co do tych wszystkich prób sztucznego ograniczania im tego prawa - np. objęcia większej części miasta parkiem krajobrazowym czy ochroną konserwatorską. Krakowianie mogą poczuć, że chcemy na siłę im te drzewa utrzymywać i te starania de facto zadziałają odwrotnie, i ludzie zaczną drzewa usuwać.

Trzeba walczyć z takimi wycinkami odpowiednimi planami zagospodarowania przestrzennego. Czy to jest możliwe? Być może. Wiązać się to może również ze zmianami w studium zagospodarowania miasta. Liczę jednak na to, że mieszkańcy się nie zradykalizują.

Trzeba na spokojnie do tego podejść. Prezydent zwrócił się do mieszkańców, aby nic nie robić pochopnie, nie wycinać drzew na zapas.

Wydział Kształtowania Środowiska będzie tworzył listę drzew, które mogłyby zostać wpisane jako pomniki przyrody. To na pewno uchroniłoby je przed zagładą.

Jest to dobra droga. Zgadzam się z tym, że największym złem tej nowelizacji ustawy jest to, że można wyciąć drzewa, która potencjalnie faktycznie mogłyby być pomnikami przyrody.

Trudno negować decyzję danego mieszkańca o posprzątaniu działki, ponieważ chce się np. zbudować dom i prawo na to zezwala. Jednak nie ma żadnej ochrony drzew 200-300-letnich, które są rozrzucone po mieście na terenach prywatnych.

Do tej pory, jeśli mieszkańcy nie chcieli uznać za pomniki przyrody drzew, nie były one uznawane. I w związku z tym teraz można je wyciąć. To jest największe zagrożenie. Bo jak ktoś wytnie takie potężne drzewo i w zamian zasadzi jakieś nowe, wartość tego rosnącego jest dużo mniejsza. Liczyłem na to, że właśnie takie rośliny będą w jakikolwiek sposób chronione. Miasto powinno mieć możliwość przekonywania mieszkańca, aby dom stanął kawałek dalej, bo dane drzewo jest bardzo, bardzo wartościowe i usunięcie go jest wielką szkodą. Teraz prawo pozwala na wszystko.