Radłów idzie na referendum. W niedzielę poznamy los burmistrza Mateusza Borowca

Pojutrze, 19 kwietnia, Radłowianie ocenią w referendum pracę Mateusza Borowca. Negatywna nota to pożegnanie się burmistrza z posadą. Najwięcej zależało będzie od frekwencji.

Lokale będą czynne od godziny 7.00 do 21.00. By referendum było ważne, w ciągu tych czternastu godzin zagłosować powinno co najmniej 2452 osób. To trzy piąte spośród tych, dla których ważnym było przed dwoma laty, kto będzie rządził w mieście i gminie.

Mikołajkowy prezent

O chęci pozbycia się z ratusza Mateusza Borowca opinia publiczna dowiedziała się początkiem grudnia ubiegłego roku. Wtedy to związał się komitet referendalny, na którego czele stanęła Ewelina Łabno.

Oponenci zarzucali następcy Zbigniewa Mączki brak doświadczenia i kompetencji, rozbuchanie biurokracji, chaos inwestycyjny, dwukrotne nieuzyskanie wotum zaufania ze strony radnych a także wprowadzanie ograniczeń w kwestii bezpłatnego użytkowania hali sportowej przez mieszkańców.

Bez większych problemów zebrali 764 wymagane podpisy poparcia pod swoim pomysłem. Kartony z autografami zawieźli do komisarza wyborczego, który ma biuro w biurowcu przy alei Solidarności w Tarnowie. Komisarz podpisy zweryfikował i wyznaczył datę plebiscytu.

Sam bohater uważał stawiane mu pretensje za niesprawiedliwe. W mediach społecznościowych – bo Mateusz Borowiec nie przepada za dziennikarzami – wyłuszczał swoje racje. Generalnie sprowadzały się one do przekonania, że szczucie na jego osobę to wyraz frustracji z powodu przegranych wyborów i rozsypania się lokalnego układu.

Nie do końca z tym „piaskiem w szprychy”

Najcięższym działem, jakie najmłodszy – bo niespełna trzydziestoletni – burmistrz w powiecie tarnowskim wytaczał względem opozycji to chęć ośmieszenia gminy. A także jakąkolwiek niechęć do dialogu i torpedowanie projektów uchwał, które składa.

Brak dialogu z naszej strony? Dobre sobie. Zachęcam zatem do oglądania filmików z sesji. Jeśli pan burmistrz jest tak dokładny, to niech wspomni, że wyrzucił z poprzedniego budżetu pięćdziesiąt niezrealizowanych inwestycji, które wyszły od nas. My zablokowaliśmy jedną, w Zdrochcu, bo byłą źle przygotowana – twierdzi wieloletni radny Paweł Jachimek, na co dzień nauczyciel języka polskiego w radłowskim liceum, które kończył także obecny burmistrz.

Jachimek uważa, że opozycja, która jest w gminie, ratuje budżet przed niektórymi karkołomnymi pomysłami Mateusza Borowca.

– Zablokowaliśmy milion złotych na podwyżki dla urzędników. To prawda. I co się okazało? Pani skarbnik, którą zaimportowaliśmy do nas gdzieś z okolic Krakowa i której płacimy „miarą tłustą i otrzęsioną”, wzięła liczydło i okazało się, że wszystko da się opędzić kwotą 300 tysięcy złotych. Czyli siedemset tysięcy zostało nam w kieszeni – podkreśla.

Paweł Jachimek daleki jest jednak od potępiania wszystkiego, co dzieje się obecnie w Radłowie w przysłowiowy czambuł. Ale uważa, że kubeł zimnej wody może mieć zbawienny wpływ na układanie relacji między burmistrzem a radą.

Referendum jest potrzebne, bo można odnieść nieodparte wrażenie, że wszystko można zrobić lepiej, sprawniej. I o to chodzi – dzieli się refleksją.

Paweł Jachimek
Paweł Jachimek
UMiGR

Jeśli nie Borowiec, to kto?

Gdyby referendum się powiodło, to w niedługim czasie Radłowianom przychodziłoby wybierać nowego burmistrza. I tu rzecz niespotykana. Po gminie nie krąży żadna giełda nazwisk. Wiemy raczej, komu nie zechce się wziąć na barki przyszłości lokalnej społeczności.

Będzie to na pewno były burmistrz Zbigniew Mączka, którego sensacyjnie pokonał przed dwoma laty Mateusz Borowiec.

– Nie mam zamiaru kandydować, absolutnie. Oczywiście, przyglądam się tej sytuacji, mieszkałem w Radłowie, tam są moje dzieci, wnuki, więc cały czas żyję Radłowem, ale mój czas już minął – stwierdził w wywiadzie dla RDN Małopolska.

Gospodarz Radłowa z lat 2010-2024 ma się jednak czym zajmować. Niedługo po przegranych wyborach zaczął dojeżdżać do pracy w Żabnie, gdzie objął funkcję zastępcy burmistrza, którym jest Tomasz Kijowski.

Przyparci do muru opozycjoniści zdobywają się na rozbrajającą szczerość w tej kwestii.

– Nie robimy referendum po to, żeby kogoś wsadzić na posadę. Nie słyszałem o żadnym kandydacie – słyszymy od Pawła Jachimka.

Ile to będzie kosztowało?

Na ostatniej sesji radni, która odbyła się 30 marca, przegłosowali wydatki w budżecie na organizację niedzielnego święta demokracji. Bo to z kasy gminnej pójdą pieniądze na plebiscyt, w którym stawką jest głowa burmistrza.

Wydatki zamkną się kwotą 96 050 zł. Z tych pieniędzy lwią część, bo prawie 61 tysięcy złotych, pochłoną „różne wydatki na rzecz osób fizycznych”.

I tak, Przewodniczący Miejskiej Komisji do spraw Referendum po podliczeniu głosów będzie bogatszy o 900 złotych. Jego zastępca zainkasuje o sto złotych mniej, zaś szeregowy członek komisji miejskiej dostanie do ręki 700 zł.

Dla szefa komisji obwodowej zarezerwowano 600 złotych, dla jego zastępcy – tych złotych jest pięćset. A samo siedzenie w komisji, zliczanie głosów oraz podpisanie się na protokole wyceniono na 400 zł. 

Pamiętano także o mężach zaufania. Za poświęcone co najmniej pięć godzin na pilnowanie standardów demokracji można uzyskać 160 złotych, choć pierwotnie kwota ta była o czterdzieści złotych wyższa.

Na materiały i wyposażenie, czyli długopisy, notesiki czy taśmy klejące pójdzie raptem 3000 zł.

To grosze w porównaniu z kosztami, które poniesie podatnik krakowski przy okazji referendum w sprawie odwołania z funkcji prezydenta miasta Aleksandra Miszalskiego. Te mają wynieść, bagatela, cztery miliony złotych.

Złożenie podpisów pod wnioskiem o referendum
Złożenie podpisów pod wnioskiem o referendum

Nie lepiej było wydać tę kasę na chodniki?

Kampania przedreferendalna w Radłowie była nudna jak flaki z olejem. Pojawił się oczywiście folklor, że ktoś komuś potraktował baner z brzytwy czy papierosem wypalił oczy na plakacie. Standard.

Trochę na wyrost były więc wpisy burmistrza, który – wzorem Aleksandra Miszalskiego – zniechęcał do pójścia na głosowanie. Ciastek i kawy w zamian nie proponował, ale prezentował się niemal jako ofiara.

– Szanowni Państwo, nasza gmina to nasz dom, o który należy dbać z pokorą i szacunkiem. Z wielkim smutkiem patrzę na agresję opozycji, która dla walki o władzę nie cofa się przed niczym. Ci ludzie bezwstydnie ośmieszają naszą gminę, a co najgorsze, atakują mieszkańców, którzy odwagę mają mieć inne zdanie. Zachęcam Państwa, aby nie iść na referendum. Nie dajmy się wciągnąć w ich manipulacje i awantury. Bardzo proszę o udostępnianie tego posta – czytamy na Facebooku.

Apelu o udostępnienie posłuchały 74 osoby.

Oczywiście, poznaliśmy w ostatnich tygodniach Mateusza Borowca jako osobę na wskroś aktywną, wypruwającą sobie żyły w pogoni za pieniędzmi dla Radłowa, spotykającego się ze wszystkimi decydentami. I jeszcze znajdującego czas na złożenie kwiatów pod pomnikiem św. Jana Pawła II przy okazji rocznicy śmierci Ojca Świętego.

Co ciekawe, na krucjatę w obronie burmistrza nie pofatygował się w ostatnim czasie nikt z posłów PiS, by wesprzeć swego partyjnego kolegę.

Para natomiast całkowicie uszła z pomysłodawców referendum. Bo jak można inaczej pomyśleć, kiedy słyszy się taką opinię z ust powszechnie szanowanego Pawła Jachimka?

– Kiedy tak sobie rozmawiamy w ten piękny piątkowy ranek… Jestem prawie pewien, niewiele mniej niż to, że jutro będzie sobota, że referendum się nie uda – wbija w krzesło swą szczerością.

Szybko jednak dodaje.

– Ale mimo wszystko będę się trzymał tego, że mimo wszystko warto było. Że może coś się zmieni. A może nawet na lepsze – szybko dorzuca opozycyjny radny.

Póki co, od północy z piątku na sobotę w całej gminie zacznie obowiązywać cisza wyborcza.