Radosław Sobolewski: Nie jestem dobrym przykładem, ale do tego nie możemy doprowadzać

Stawiający pierwsze kroki w zawodzie trenera Radosław Sobolewki po odpadnięciu Wisły z Pucharu Polski zadebiutował na pomeczowej konferencji prasowej. Narzekał na braki w składzie i reakcje zawodników z Krakowa na boiskowe wydarzenia.

Problemy

Lech wygrał w Krakowie 4:2 i to on w półfinale Pucharu Polski zmierzy się z Pogonią Szczecin. Wisła zagrała bez Macieja Sadloka (nie mógł wystąpić za żółte kartki), a w ostatniej chwili z powodu problemów ze ścięgnem Achillesa ze składu wypadł Arkadiusz Głowacki.

– Wiemy jak ważną postacią jest Arek. To, że nie mogłem z niego skorzystać mogło wprowadzić nieco zamieszania. Takie jest jednak życie. Wskakują następni i muszą udowodnić, że zasługują na grę w pierwszym zespole. Narzekam na brak usystematyzowania składu, zwłaszcza w obronie. Gramy w zupełnie różnych ustawieniach, co nie pozwala na odpowiednie zgranie się. Brakuje automatyzmów, co w grze defensywnej jest na wagę złota – mówił były kapitan Wisły.

– Jest to nasz drugi mecz, w którym tracimy sporo goli. Pracujemy nad tym ciężko, ale przeciwnicy nadal zbyt łatwo nam strzelają – dodał trener krakowskiej drużyny.

W rewanżowym spotkaniu ¼ finału Pucharu Polski nie brakowało kontrowersji. Sędziowie na pewno popełnili jeden poważny błąd. W 14. minucie nie zauważyli nakładki bramkarza Lecha poza polem karnym, w starciu z Pawłem Brożkiem. Jasmin Burić powinien obejrzeć czerwoną kartkę, a Wisła grać w przewadze.

Głupie żółte kartki, rozproszenie

Sobolewski nie chciał oceniać decyzji arbitra, ale zwrócił uwagę na zachowanie swojej drużyny po tych sytuacjach. – Rzuciła mi się w oczy zła reakcja zespołu na niektóre boiskowe wydarzenia. Nie możemy dać ponieść się emocjom, choć może sam nie jestem tu najlepszym przykładem. Pewne rzeczy przez lata zrozumiałem i do tego naprawdę nie można doprowadzić. Dostajemy głupie żółte kartki, jesteśmy rozporoszeni, nieskoncentrowani. Być może dlatego później tak łatwo i szybko straciliśmy te trzy bramki – oceniał Sobolewski.