„Referendum z definicji jest polityczne”. Politolog o próbie odwołania prezydenta Krakowa

Referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa nabiera realnych kształtów. O politycznych kulisach, emocjach i granicach apolityczności mówi politolog dr. hab. Łukasz Danel.

Patryk Salamon, LoveKraków.pl: Komitet referendalny tworzą osoby ze świata nauki, kultury, prawa i rad dzielnic. Podkreślają, że nie chcą żadnych formalnych związków z partiami. Apolityczność to realny atut czy raczej polityczna iluzja?

Prof. UEK, dr hab. Łukasz Danel, dyrektor Instytutu Politologii, Socjologii i Filozofii: To przede wszystkim strategia komunikacyjna. Na wczesnym etapie może przynosić korzyści, bo pozwala uniknąć wrażenia, że mamy do czynienia z kolejną odsłoną partyjnej wojny. Dzięki temu inicjatorzy mogą próbować dotrzeć także do osób, które na co dzień trzymają dystans wobec polityki.

Trzeba jednak jasno powiedzieć: referendum odwoławcze jest z definicji instrumentem politycznym. Wymaga ogromnych zasobów – organizacyjnych, finansowych i komunikacyjnych. W tym sensie pełna apolityczność po prostu nie istnieje. Brak formalnych związków z partiami może zwiększać wiarygodność symbolicznie, ale w praktyce oznacza też brak struktur terenowych i sprawdzonych kanałów mobilizacji wyborców.

Doświadczenia z innych miast pokazują, że inicjatywy obywatelskie często budzą sympatię społeczną, ale o ich powodzeniu decyduje zdolność do masowej mobilizacji. A to bez pośredniego lub nieformalnego wsparcia aktorów politycznych bywa bardzo trudne.

Członkowie komitetu spodziewają się ataków ze strony prezydenta i jego zaplecza. Obawiają się, że będą przypisywani Konfederacji, PiS-owi czy Ruchowi Narodowemu. Taka narracja może dziś zadziałać?

To klasyczny zabieg delegitymizujący. Gdy władza czuje zagrożenie, często próbuje nie odpowiadać na zarzuty merytorycznie, tylko przenieść spór na poziom tożsamości politycznej.

Chodzi o to, by powiedzieć wyborcom: „to nie jest oddolna inicjatywa, tylko projekt skrajnych partii”. W miastach takich jak Kraków taka narracja może działać, bo część elektoratu reaguje alergicznie na konkretne szyldy polityczne.

Ale ta strategia ma też swoje ryzyko. Jeśli komitetowi uda się utrzymać pluralistyczny skład i unikać jednoznacznych afiliacji, próby „przypinania etykietek” mogą zadziałać odwrotnie – wzmocnić przekaz o nierównej walce obywateli z aparatem władzy. Wtedy narracja ataku zaczyna mobilizować, zamiast zniechęcać.

W kuluarach politycznych coraz częściej słychać zarzut, że Aleksander Miszalski „nie ma formatu prezydenckiego”, a część krytyki przybiera formę drwin. Czy budowanie wizerunku prezydenta jako „człowieka-mema” może być skuteczną strategią referendum?

To narzędzie bardzo ambiwalentne. Z jednej strony memiczna krytyka świetnie funkcjonuje w mediach społecznościowych – przyciąga uwagę, upraszcza przekaz, szybko się rozchodzi. Może też obniżać symboliczny autorytet urzędującego prezydenta.

Z drugiej strony niesie poważne ryzyka. Po pierwsze może doprowadzić do konsolidacji elektoratu wokół atakowanego polityka, który zaczyna być postrzegany jako ofiara przesady czy hejtu. Po drugie trywializacja sporu osłabia samą ideę referendum, przesuwając debatę z jakości rządzenia na poziom emocji i żartu.

Doświadczenia z innych kampanii pokazują, że ośmieszanie lidera bywa skuteczne medialnie, ale rzadko przekłada się na realną frekwencję. A w referendum to właśnie frekwencja jest kluczowa. W mojej ocenie taka strategia wobec Aleksandra Miszalskiego może przynieść raczej efekt odwrotny od zamierzonego.

Z informacji wynika, że PiS, Konfederacja i środowisko Łukasza Gibały mogą dołączyć do zbiórki podpisów później. PSL mówi o „pakcie o nieagresji”. Czy to znak, że większość sceny politycznej będzie referendum co najmniej sprzyjać?

Taki układ nie byłby niczym zaskakującym. W referendum często obserwujemy zjawisko asymetrycznej mobilizacji. Zaplecze prezydenta broni status quo, a pozostałe ugrupowania – nawet bardzo od siebie odległe – widzą w referendum szansę na osłabienie dominującego ośrodka władzy lokalnej.

Dla części partii samo zamieszanie polityczne jest wartością. Nie muszą się jednoznacznie angażować, by korzystać z osłabienia prezydenta.

Trzeba jednak rozróżnić bierną przychylność od realnego wsparcia. „Pakt o nieagresji” oznacza raczej brak przeszkadzania niż pomoc w zbiórce podpisów. A bez faktycznego zaangażowania struktur partyjnych osiągnięcie wymaganych progów – zarówno podpisów, jak i frekwencji – będzie bardzo trudne.

Nawet politycy Koalicji Obywatelskiej mówią nieoficjalnie, że prezydent przegrywa w mediach społecznościowych. Wskazują m.in. rolkę nagraną na dachu urzędu. Czy taka komunikacja pomaga dziś rządzić miastem, czy raczej podkopuje autorytet urzędu?

Aktywność liderów w mediach społecznościowych ma podwójny potencjał – może zarówno wzmacniać, jak i osłabiać wizerunek osoby sprawującej urząd. Format krótkich, dynamicznych materiałów wideo, takich jak rolki, sprzyja zwiększaniu zasięgu i rozpoznawalności, szczególnie wśród młodszych odbiorców, którzy rzadziej sięgają po tradycyjne media. W tym znaczeniu taka komunikacja spełnia przede wszystkim funkcję marketingową: pozwala utrzymać uwagę i stałą obecność w przestrzeni medialnej.

Problem pojawia się jednak wówczas, gdy stylistyka przekazu zaczyna kolidować z oczekiwaniami wobec roli instytucjonalnej. Od prezydenta dużego miasta wyborcy często oczekują komunikacji, która wzmacnia autorytet urzędu i buduje wizerunek kompetentnego lidera. Materiały o wyraźnie performatywnym lub „eventowym” charakterze – w tym nagrania takie jak rolka z dachu budynku – mogą być przez część odbiorców odbierane jako nadmierna autopromocja lub trywializacja funkcji. Doświadczenia z innych miast pokazują, że samorządowcy najskuteczniej wykorzystują media społecznościowe wtedy, gdy nowoczesną formę łączą z wyraźnym akcentem na sprawczość i konkretne działania. Przekaz oparty głównie na efekcie wizualnym częściej rodzi wątpliwości co do priorytetów i powagi urzędu.

Jako mieszkaniec Krakowa obserwuję aktywność medialną – w tym w mediach społecznościowych – prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Jak w przypadku każdego polityka, zdarzają się mu drobne potknięcia, jednak daleki jestem od jednoznacznie krytycznej oceny tej formy komunikacji. Publikowane treści budują wizerunek osoby pracowitej i zaangażowanej w sprawy miasta, a zdjęcia z rodziną czy zwierzętami dodatkowo go ocieplają. To wyraźna zmiana jakościowa w porównaniu z poprzednią kadencją. Wątpliwości budzi natomiast skala i częstotliwość bezpośrednich interakcji prezydenta z użytkownikami komentującymi jego wpisy – często anonimowo. W mojej ocenie ten element komunikacji powinien zostać wyraźnie ograniczony.

Referendum to także pieniądze. Czy krakowski biznes – rozczarowany polityką miasta – może zdecydować się na oficjalne lub nieoficjalne finansowanie inicjatywy?

Jeśli chodzi o relacje między władzą lokalną a środowiskami biznesowymi, należy zachować dużą ostrożność w formułowaniu jednoznacznych ocen. Biznes rzadko reaguje na bieżące spory polityczne w sposób emocjonalny. Jego decyzje są zazwyczaj efektem chłodnej kalkulacji kosztów i korzyści oraz oceny stabilności otoczenia instytucjonalnego. W tym sensie sama obecność krytyki wobec prezydenta nie musi automatycznie oznaczać gotowości do finansowego wspierania inicjatywy referendalnej.

Środowiska gospodarcze angażują się – oficjalnie lub nieoficjalnie – w politykę dopiero wówczas, gdy uznają, że obowiązujący model zarządzania miastem generuje trwałą niepewność regulacyjną, konflikty lub realne koszty ekonomiczne. Z perspektywy biznesu referendum jest narzędziem wysokiego ryzyka: nie tylko ze względu na nieprzewidywalność jego wyniku, ale także z powodu potencjalnej destabilizacji władzy lokalnej. 

W efekcie znacznie częściej obserwujemy postawę wyczekującą niż aktywne zaangażowanie finansowe już na etapie zbiórki podpisów – zwłaszcza w dużych miastach, gdzie relacje między samorządem a biznesem mają charakter długofalowy i wielowymiarowy. Dokładnie takiej postawy ze strony środowisk gospodarczych spodziewam się również w tym przypadku.