R.U.T.A. i Paprika Korps w Rotundzie: muzyczna rebelia ponad podziałami
14 grudnia w krakowskiej Rotundzie odbył się ostatni w tym roku koncert z cyklu Złota Karrota. Tym razem na scenie klubu wystąpiły formacje R.U.T.A. i Paprika Korps, które promowały swoje wspólne wydawnictwo "400 lat".
Album jest dość zaskakującym zderzeniem dwóch różnych estetyk: R.U.T.A. wniosła do niego swoje ideowe zaangażowanie i folkowe instrumentarium, Paprika Korps – dźwięki „heavy reggae”, jak słusznie określają swoją twórczość sami artyści. Koncert w Rotundzie rozpoczęła jednak sama R.U.T.A., przypominając słuchaczom utwory ze swoich dwóch poprzednich płyt. Pierwsze zabrzmiało "Jak to dawni dobrze beło", później nie zabrakło innych chłopskich protest songów: "Nie boję się pana" czy "Ius primae noctis - prawo pierwszej nocy" z niesamowitym wokalem Nasty Niakrasavej. Tradycyjnie dostało się również klerowi, którego krytykę wyrażały "Ksiydza z kazalnicy zrucić" i "Hej wielebny bracie". Ostatnim punktem samodzielnego występu grupy R.U.T.A było wykonanie "Mama – anarchija" z repertuaru rosyjskiej punkowej grupy Kino. Piosenka ta wzbudziła chyba największy entuzjazm publiczności, która zaczęła domagać się kolejnych utworów. Jej prośba częściowo została spełniona – Konrad Rogiński najpierw solowo zagrał na sitarze, później wokalnie wspomogła go Nasta Niakrasava. Po bardzo emocjonalnym wykonaniu utworu "Oddaj mi młodość" na scenie zrobiło się tłoczno: powróciła R.U.T.A. oraz, po raz pierwszy, pojawili się muzycy z Paprika Korps.
Nie ukrywam, że miałem duże obawy co do efektu współpracy dwóch zespołów. Wprawdzie ich wspólne utwory można było usłyszeć w Rotundzie jeszcze w zeszłym roku, jednak pełnogrający album nie wydawał mi się w pełni trafionym pomysłem. Na szczęście myliłem się: chociaż wciąż pozostaję gorącym fanem R.U.T.y w jej pierwotnym kształcie, to wspólny projekt z Paprika Korps śmiało mogę uznać za udany. Mechaniczne, transowe brzmienie wprowadzone do ludowo-punkowej muzyki nie osłabia jej buntowniczej natury, tylko owocuje nową jakością. W Rotundzie zespoły wykonały m.in. "Policję ze śmigłowców" o przewrotnym "konopnym" tekście, krytykę ideologii w postaci "Sztandarów wiary" oraz antynacjonalistyczne "Choroby dziedziczne". Bis rozpoczęła nowa (i bardzo udana) interpretacja utworu "Będą panowie sami łąki kosić", zaś zakończyła zagrana po raz drugi "Mama – anarchija". Po tym wykonaniu na scenie zostali już tylko panowie z Paprika Korps.
Członkowie Papriki to właściwie weterani: na scenie działają od 1995 roku i mają na swoim koncie pięć albumów studyjnych i mnóstwo koncertów, również poza granicami Polski. Ich kluczem do sukcesu okazało się nowatorskie podejście do reggae: pozbawione taniej pseudojamajskości, za to wzbogacone cięższym, momentami wręcz punkowym brzmieniem. Nie inaczej Paprika Korps zabrzmiała w Rotundzie, gdzie zaprezentowała swój materiał o silnie dubowym (a miejscami nawet nowofalowym) zabarwieniu. Chociaż R.U.T.A. bardziej trafia w mój gust, to podczas występu opolskiego zespołu również bawiłem się bardzo dobrze – tym lepiej, że na jego koncertach miałem przyjemność bywać w czasach, kiedy o ich folkowych przyjaciołach chyba się jeszcze nikomu nie śniło.
Tegoroczna Złota Karrota zakończyła się bardzo mocnym akcentem. R.U.T.A. znów udowodniła, że współczesne zderzenie Słowiańszczyzny i kultury popularnej wcale nie musi polegać na nieustannym eksponowaniu biustów przed kamerą, zaś Paprika Korps przypomniała mi, za co ich tak przed paroma latami ceniłem. Dość zaskakująca była publika koncertu, której nie można było przyporządkować do żadnej konkretnej subkultury: nie zabrakło ani osób o zdecydowanie punkowym wyglądzie, ani rodzin z dziećmi. Podobnie jak R.U.T.A. i Paprika Korps łamią granice między gatunkami, tak ich publiczność jednoczy się dla muzyki.
fot. materiały promocyjne karrot.pl