Sceniczny powrót Artura Rojka

6 kwietnia w krakowskim Klubie Studio były wokalista Myslovitz promował swój solowy album „Składam się z ciągłych powtórzeń”. Był to czwarty, po Nowym Sączu i Wrocławiu, koncert w ramach tej trasy.

Porównania nowej artystycznej drogi Artura Rojka z czasami Myslovitz nie da się uniknąć. Formacja, którą opuścił w 2012 roku, wciąż stanowi porządny kawał historii polskiego rocka, zaś jej utwory to doskonały przykład łączenia alternatywnego sznytu z mainstreamową przebojowością. Nic dziwnego, że nazwisko Rojek stało się w naszym kraju marką, od której można naprawdę dużo oczekiwać. Na szczęście artysta spłacił kredyt zaufania z nawiązką.

Solowy koncert Rojka to eklektyczne muzyczne widowisko. Brzmienia serwowane przez artystę i jego zespół czasem hipnotyzują publikę nieco trip hopowym rytmem, czasem zaś porywają wręcz postrockową dynamiką czy przywodzą na myśl delikatne skojarzenia z shoegazem. Z każdego dźwięku i każdego słowa nowego materiału bije dojmująca nostalgia (ale podobno każde piękno jest smutne), zdarzają się jednak bardziej lekkie i przebojowe momenty.

Artur Rojek najwyraźniej wcale nie obawia się wycieczek w przeszłość (co zresztą sugeruje nawet tytuł nowej płyty), wręcz odwrotnie, stawia jej czoła i odkrywczo reinterpretuje swoje wcześniejsze dokonania. W setliście koncertu znalazły się dwa utwory z repertuaru Myslovitz: oniryczne „W deszczu maleńkich żółtych kwiatów” i doskonale wykonane „Good Day My Angel”. Pewnym zaskoczeniem było sięgnięcie również do piosenek Lenny Valentino, chociażby „Trujących kwiatów”. Wbrew pozorom muzyczne powroty nie oznaczają tutaj – jak to często bywa – żerowania na sentymencie fanów czy „szycia” braków w materiale. Wręcz odwrotnie: całość, zarówno nowe, jak i stare (ale na nowo odkryte) utwory tworzą spójną, pełną emocji całość. Emocje są tu zresztą kwestią kluczową: nieustanne balansowanie między delikatnością i – to chyba nie przesada – wściekłością udaje się Rojkowi doskonale. Sam wokalista między utworami wydaje się zaś skromnym, nawet nieco zakłopotanym człowiekiem – i właśnie za taką osobowość (oraz muzykę, rzecz jasna) publika go kocha.

„Składam się z ciągłych powtórzeń” jest raczej naturalną konsekwencją ewolucji artystycznej Rojka, niż zupełną rewolucją. Oczywiście całość brzmi znacznie bardziej współcześnie (głównie dzięki niemałej dawce elektroniki – ostatnie lata przyniosły kryzys muzyki stricte gitarowej), niemniej fani Myslovitz powinni poczuć się na koncertach Rojka solo jak w domu. Około półtoragodzinny występ w wypełnionym po brzegi Klubie Studio w pełni ukazał klasę artysty i chyba nikt obecny nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Słowa uznania należą się też całemu zespołowi z realizatorem na czele (koncert był doskonale nagłośniony) oraz supportowi – krakowskiemu projektowi Patrick The Pan, który oczarowywał publikę melancholijnym, akustycznym brzmieniem przeplatającym folk, pop i songwriterskie tradycje.

Czasami trzeba coś zakończyć, żeby móc ruszyć z miejsca, zaś Artur Rojek jest tego najlepszym przykładem. I chociaż tęsknota za „Alexandrem” czy „Nienawiścią” w wykonaniu Rojka wciąż jest we mnie żywa, to ze spokojem czekam na dalsze kroki tego artysty. Coś mi mówi, że nie będę zawiedziony.


fot. Amelia Koziara/KSAF AGH