Stawowy zapłaci za falstart głową?
– Zdaję sobie sprawę, jakie konsekwencje mogę ponieść. W pełni na nie zresztą zasługuję – zadeklarował Wojciech Stawowy po czwartej z rzędu porażce swojej drużyny. Trener Cracovii sam ustawia się pod pręgierzem odpowiedzialności za wiosenny falstart, a przy ul. Kałuży ponownie narastają plotki na temat nazwiska jego następcy.
Stawowy po końcowym gwizdku wczorajszego starcia ze Śląskiem nie krył rozgoryczenia. Dał jasno do zrozumienia, iż liczy się z nasileniem spekulacji o roszadzie na jego fotelu. – Porażka ze Śląskiem bardzo komplikuje nam kwestię awansu do pierwszej ósemki, co jest dla nas strategicznym celem. Różnice punktowe nie są jeszcze na tyle duże, by uniemożliwiać nam pogoń za zespołami z górnej połowy tabeli, ale atmosfera zaczyna się zagęszczać – wyznał.
W pamięci kibiców zaczyna się już bowiem zacierać końcówka jesieni, gdy po serii niezłych występów Cracovia wdrapała się aż na szóste miejsce w Ekstraklasie i z coraz większą śmiałością zerkała w górę na rywali, których nie zdążyła jeszcze połknąć. Balon wypełniony marzeniami na temat wiosennej walki o czołowe lokaty urósł wtedy do całkiem pokaźnych rozmiarów. Jednak ostatnie cztery spotkania jeśli jeszcze go nie przekłuły, to na pewno zredukowały w nim ciśnienie o ładnych kilka atmosfer.
Czarna seria
Począwszy od meczu zamykającego rundę jesienną, Pasy dały się pokonać kolejno Legii, Zawiszy, Wiśle i Śląskowi, notując bilans goli 2-10. Po 20. kolejce zawodnicy Stawowego tracili zaledwie cztery punkty do premiowanego startem w pucharach miejsca na podium. Dziś spadli w tabeli na dziesiątą lokatę i zaczynają nerwowo oglądać się za siebie. Ich przewaga nad strefą spadkową wynosi zaledwie dziewięć oczek (może się zmniejszyć do sześciu po meczu Podbeskidzia z Pogonią), a przecież za chwilę, po 30 kolejce, zgodnie z nowym regulaminem zdobycz punktowa zostanie jeszcze podzielona.
Stawowy w swoim stylu wskazuje na siebie jako głównego winowajcę. – Sytuacja nie jest łatwa i wymaga szybkiej reakcji. Cała wina za porażki spoczywa na moich barkach. Biorę za to pełną odpowiedzialność i zdaję sobie sprawę, jakie z tego powodu mogę ponieść konsekwencje. W pełni na nie zresztą zasługuję – przyznaje. Sęk w tym, że coraz większa rzesza kibiców patrzy na jego słowa przez palce, a odpowiedzialnych za kryzys drużyny zaczynają szukać w klubowych gabinetach. Zwłaszcza tym z tabliczką „Dyrektor sportowy” na drzwiach.
Wojna domowa
Tajemnicą poliszynela jest, że przy ul. Kałuży trwa przedziwna wojna domowa. Po jednej stronie barykady stoi trener i popierający go zawodnicy. Po drugiej – odpowiadający za transfery dyrektor Piotr Burlikowski, który cieszy się zaufaniem zarządu klubu. Obu panom nie po drodze jest od czasów wspólnej pracy w Arce Gdynia. Konflikt trwa do dziś, Stawowy i Burlikowski stoją na przeciwnych biegunach w niemal każdej sprawie dotyczącej funkcjonowania drużyny.
Ostatnia bitwa rozegrała się na oczach dziennikarzy, podczas prezentacji nowych zawodników. Burlikowski zapewniał, że Tomislav Mikulić z miejsca może zastąpić sprzedanego Milosa Kosanovica. – Nie wiem skąd ma tę pewność. Dyrektor jest dyrektorem, a nie trenerem, a to trener powinien o tym decydować – skomentował jego słowa Stawowy. Wielokrotnie wyrażał też niezadowolenie z posunięć Burlikowskiego na transferowym rynku.
Jakość, a przede wszystkim czas zimowych zakupów każdy może ocenić sam. Faktem jest natomiast, że dziś podjazdową wojenkę wygrywa dyrektor, który znów – podobnie jak latem – może sondować rynek w poszukiwaniu następcy szkoleniowca. A Stawowy zdaje sobie sprawę, że kolejnej bitwy może już nie przetrwać. Szkoda, że wszystko odbija się na poziomie Cracovii, która z solidnego ligowca z każdym tygodniem coraz bardziej popada w przeciętność.