Dla przeciętnego nastolatka ukończenie 18-go roku życia oznacza niewiele więcej niż możliwość legalnego zakupu piwa i paczki papierosów. Jednak Paweł Stolarski, utalentowany obrońca Wisły Kraków, 28 stycznia stanie przed wyborem, który może zadecydować o całej jego piłkarskiej karierze.
Stolarski w Białej Gwieździe zadebiutował w lutym, w pucharowym meczu z Jagiellonią. Od tego czasu zdążył nazbierać siedem występów w Ekstraklasie i trzy w Pucharze Polski. Pokazał się z niezłej strony, choć nie ustrzegł się błędów, a często przy recenzjach jego gry pojawiał się asekuracyjny zwrot "jak na siedemnastolatka".
To wystarczyło, by wpadł w oko skautom zagranicznych klubów. Poważne zainteresowanie bocznym obrońcą przejawiają podobno Juventus Turyn i 1.FC Nürnberg. W przypadku Niemców to już drugie podejście do transferu Stolarskiego. Jako 16-latek odbył w tym klubie staż i pozostawił po sobie dobre wrażenie. Nie zdecydował się jednak na zmianę otoczenia, bo wiązałoby się to z koniecznością zamieszkania u rodziny zastępczej.
Teraz sytuacja wygląda zgoła inaczej, a wychowanek Wisły nie ukrywa, że nie ma pewności co do miejsca kontynuowania kariery. – Jeszcze nie podjąłem decyzji w tej sprawie. Do stycznia jest jeszcze trochę czasu, choć z drugiej strony on płynie bardzo szybko. Za kilka miesięcy będę zatem musiał na coś się zdecydować – mówi w rozmowie z Dziennikiem Polskim.
Pewnym jest, że Wisła przedstawi mu ofertę nowego, profesjonalnego kontraktu (w tej chwili, zgodnie z przepisami, obowiązuje go juniorska umowa). Trudno jednak przypuszczać, by była ona konkurencyjna względem domniemanej propozycji Starej Damy. Pomijając oczywiste kwestie finansowe, możliwość przeniesienia się do Turynu to dla młodego piłkarza życiowa szansa. A na jego wyobraźnię zadziałają chociażby takie kwestie, jak luksusowo wyposażone centrum treningowe w Vinovo:
Jeśli Stolarski zdecyduje się opuścić Kraków, Wisła prawdopodobnie będzie mogła liczyć wyłącznie na ekwiwalent za jego wyszkolenie. To kwota oscylująca wokół 250 tys. Euro. Niewiele w porównaniu z tym, ile klub z Reymonta 22 mógłby zarobić w niedalekiej przyszłości, gdyby obrońca utrzymał tempo rozwoju.
A to z kolei w pewnym sensie potwierdziłoby obawy właściciela klubu, Bogusława Cupiała. Kilka miesięcy temu myślenicki biznesmen udzielił wywiadu Rzeczpospolitej, w którym zdystansował się od pomysłu budowy akademii piłkarskiej z prawdziwego zdarzenia. Na jego głowę posypały się gromy.
– Wyszkolenie młodego zawodnika kosztuje. A ostatecznie i tak pojawi się agent, który zamąci w głowach temu chłopcu, jego rodzicom, trenerowi i prezesowi. To ja wolę postawić na zawodnika z zagranicy, który bywa tańszy i mniej z nim kłopotu – tłumaczył wtedy właściciel Wisły.
Warto przypomnieć, że do wspomnianej Norymbergii na identycznych zasadach, za przysłowiową "czapkę gruszek", trafił niedawno utalentowany napastnik Widzewa, Mariusz Stępiński. To oczywiście nie rozgrzesza Cupiała z zaniechania profesjonalnego szkolenia młodzieży. Jednak uwypukla wskazany przez niego problem polskich klubów. W bataliach z zagraniczną konkurencją o zdolnych piłkarzy, zwykle stoją na straconej pozycji. I niewiele wskazuje, by w najbliższych latach sytuacja miała ulec zmianie.