„Ten teren dziś wygląda jak krajobraz księżycowy”
Od „nie da się żyć” do „to wygląda jak księżyc” – tak w skrócie brzmiała oś dyskusji (organizowana przez Koalicję Ruchów Krakowskich) o południowym Krakowie, który miasto chce przekształcić w „Nowoczesną Zieloną Dzielnicę – Płaszów, Rybitwy 2050”.
Teren, oddalony ok. pięciu kilometrów w linii prostej od Rynku Głównego, dziś wciąż jest kojarzony głównie z gospodarką odpadami, oczyszczalnią ścieków Płaszów i firmami przemysłowymi. W okolicy działa osiem zakładów zajmujących się odpadami.
Władze miasta podkreślają, że najważniejszy punkt wyjścia to problem odorów.
– Odór jest jednym z najważniejszych powodów, dla których się tu spotykamy. Doszliśmy do wniosku, że tych spraw nie da się rozwiązać fragmentarycznie – mówi Stanisław Mazur, zastępca prezydenta Krakowa.
– Wcześniej zmiany były niespójne. Tych problemów nie da się rozwiązać punktowo – przekonywał Mazur.
„Śmierdzi, nie da się otworzyć okna”
Z perspektywy mieszkańców sprawa jest prosta: uciążliwość wraca falami, a latem potrafi wywrócić codzienne funkcjonowanie.
– Przychodzą mieszkańcy i mówią, że śmierdzi, nie da się żyć. Latem nie możemy funkcjonować, bo nie da się otworzyć okna – relacjonuje Łukasz Maślona, wiceprzewodniczący Rady Miasta Krakowa z klubu Kraków dla Mieszkańców.
– Jeśli jako radni słyszymy o tym problemie, nie możemy powiedzieć: zostawiamy to – zaznacza.
W podobnym tonie wypowiadał się mieszkaniec okolicznych ulic. Pan Wiktor z ul. Mierzeja Wiślana mówił, że tylko w 2025 roku składał kilkanaście zgłoszeń dotyczących uciążliwych zapachów.
Masterplan: Dokument kierunkowy i twarde zasady dla inwestorów
Miasto tłumaczy, że masterplan ma „kompleksowo” ułożyć przyszłość Rybitw i Płaszowa: przemysł, usługi, mieszkaniówka, infrastruktura, zieleń. Dokument jest konsultowany do końca lutego, a później ma zostać zatwierdzony przez prezydenta.
Istotnym elementem ma być „filtr” dla nowych inwestycji: inwestorzy mieliby realizować projekty poprzez Zintegrowane Plany Inwestycyjne (ZPI) – czyli ścieżkę, w której prywatny podmiot przygotowuje projekt planu, negocjuje go z miastem i radnymi, a w zamian za korzystniejsze rozwiązania planistyczne dokłada się do infrastruktury (np. szkoły, drogi, transport publiczny, mieszkania komunalne).
„Nie rysujcie zieleni na moim majątku”
Wystąpienia przedstawicieli biznesu można było streścić w jednym zdaniu: „nie jesteśmy figurami do przesuwania na mapie”.
Najmocniej wybrzmiał głos Bartłomieja Talaga, który mówił o tym, że – jak to ujął – miasto „rysuje” tereny zielone na prywatnych nieruchomościach. W jego wystąpieniu pojawiły się argumenty o kosztach odrolnienia, wcześniejszych ustępstwach wobec miasta i poczuciu, że interes przedsiębiorców nie jest w praktyce brany pod uwagę.
To jeden z głównych lęków przedsiębiorców: że masterplan i przyszłe ZPI zamienią się w narzędzie presji – najpierw na papierze ograniczenia funkcji, później rosnące wymagania infrastrukturalne, a na końcu ekonomiczne wypchnięcie działalności w inne miejsce.
Drugi lęk to niepewność planistyczna: co dokładnie znaczy „mieszkaniówka-usługi”, gdzie kończy się przemysł, a gdzie zaczyna strefa buforowa, jakie standardy będą wymagane i kto za nie zapłaci.
Deweloper: Jesteśmy skłonni inwestować
Z drugiej strony padał argument, że bez nowych reguł i porozumienia sytuacja będzie się psuła sama – bo dziś na podstawie istniejących dokumentów planistycznych można realizować część projektów, które nie muszą odpowiadać ani miastu, ani mieszkańcom.
– To nie jest tak, że chcemy wprowadzić zabudowę mieszkaniową „na siłę”. W okolicach Złocienia zabudowa już jest, to nie jest dobra sytuacja, ale wymaga kompromisu – przekonywał Tobiasz Burkot z firmy Instal.
– Obecnie na istniejących planach można realizować PRS (zabudowa usługowa, która ma udawać mieszkaniową, ale np. bez wymaganej liczby miejsc parkingowej – red.), których my nie chcemy robić. Chcemy projektów akceptowalnych dla mieszkańców i jesteśmy skłonni inwestować w infrastrukturę.
Część inwestorów przedstawia masterplan jako sposób na „ucywilizowanie” rozwoju, a nie jako zaproszenie do dzikiej mieszkaniowej ekspansji.
„Źródłem odorów jest głównie oczyszczalnia. A relokacja zakładów to opowieść”
W tej debacie najbardziej „techniczny” i krytyczny wobec łatwych obietnic był głos Remigiusza Tytuły, lidera Klastra Rybitwy i jednocześnie pracownika KZN Bieżanów.
Jego teza była jednoznaczna: w prezentacjach i narracji miasta zbyt łatwo przerzuca się ciężar odpowiedzialności na zakłady odpadowe, podczas gdy – jak mówił – w świadomości mieszkańców kluczowym źródłem problemu pozostaje oczyszczalnia.
– Oczyszczalnia się nie przenosi – argumentował, podkreślając, że opowieści o szybkim „posprzątaniu” problemu są nierealistyczne.
Mówił o wcześniejszych pomysłach przenosin zakładów przetwarzających odpady i o tym, że bez twardych decyzji planistycznych (wskazania docelowego terenu, przeznaczeń, uzgodnień środowiskowych i społecznych) temat relokacji pozostaje hasłem.
To z kolei prowadziło do wniosku, że masterplan nie rozwiąże odorów w krótkim terminie.
Spór o NOHO Logistic i przeprosiny
W trakcie dyskusji Tytuła przytoczył przykład dotyczący infrastruktury drogowej (wątek ulic i umowy związanej z otoczeniem inwestycji).
Przedstawiciel spółki stanowczo zakwestionował tę interpretację i padły oskarżenia o „kłamstwo i manipulację”. W efekcie Tytuła – przy uczestnikach spotkania – przeprosił za wprowadzenie w błąd i wycofał się ze swoich słów.
„Kontroli społecznej już nie unikniecie”
– Tej kontroli społecznej już nie unikniecie, bo zabudowa mieszkaniowa już tam jest – mówił Łukasz Ziob, krakowski przedsiębiorca i deweloper.
Argumentował, że miasto i mieszkańcy są „płatnikami” usług odpadowych (poprzez opłaty), więc mają prawo wymagać i rozliczać wykonawców.
Ziob podkreślał, że koegzystencja przemysłu i mieszkaniówki jest możliwa, ale wymaga realnych standardów, kontroli, a także zrozumienia, że w nowym układzie przestrzennym nikt nie będzie działał „po staremu”.
„Krajobraz księżycowy” i obietnica zmiany
Z drugiej strony inwestorzy mówią: ten teren już dziś wygląda źle i bez planu będzie wyglądał jeszcze gorzej.
– Dziś ten obszar wygląda jak krajobraz księżycowy – mówił Dawid Sporysz. – Czasem jest mi wstyd brać tam dziecko i mówić, że kiedyś będzie tu jak w Amsterdamie.