Tour de Pologne: Nerwy mieszkańców i prestiż dla miasta

Tour de Pologne co roku wywołuje emocje. Te pozytywne, jak i negatywne. Pierwsze wiążą się ze sportem, ekwiwalentem reklamowym miasta i ewentualną wygraną Polaka (Majka jest pierwszym polskim zwycięzcą TdP od 11 lat). Po drugiej stronie barykady są ci, którzy chcieliby się swobodnie przemieszczać po mieście, a nie mogą.

Taki wyścig to przede wszystkim utrudnienia w komunikacji. Wychodzi na to, że nie tylko zbiorowej. Mój Facebook stał się miejscem, gdzie przeciwnicy imprezy walczyli na argumenty ze zwolennikami. Niestety, ostatecznie wychodziło na to, że kto nie chce wyścigu, niech przeprowadzi się na wieś i będzie tam miał święty spokój. Bo inaczej spokoju w Krakowie mieć nie będzie. Ciekawe co na to Warszawa?

Nerwy przy przejściach

Jednak przechodząc obok trasy (m.in. na moście Dębnickim) dało się zauważyć, że kierowcy wybrali drogi alternatywne i omijali Aleje Trzech Wieszczów. Ogólnie w mieście korków nie było. Ucierpieli najbardziej pasażerowie komunikacji miejskiej. Na 9 godzin został zupełnie odłączony od centrum miasta Salwator. Choć zaprzecza temu Marek Gancarczyk, rzecznik MPK. – Kursował autobus zastępczy 701. Miał trasę spod stadionu Cracovii przez ul. Krasińskiego, Kościuszki, ks. Józefa, most Zwierzyniecki na rondo Grunwaldzkie. Linia kursowała co 15 minut i nie było żadnych problemów – tłumaczy Gancarczyk.

Im bliżej Rynku Głównego, tym gorzej. Już za Jubilatem, na przejściu dla pieszych przez ulicę Wiślną – tłoczyli się ludzie czekający, aż będą mogli przejść dalej do centrum. Strażnicy miejscy co jakiś czas przepuszczali po 5-10 osób.

Zupełnie inaczej sprawy się miały na samym rynku oraz na ul. Grodzkiej. Przejścia dla pieszych niezainteresowanych kolarskim świętem były rozmieszczone co 50-100 metrów. I właśnie tam było najbardziej gorąco – dosłownie i w przenośni. Tłum przy przejściu rósł z minuty na minutę, a strażnicy miejscy szybko stracili cierpliwość do domagających się przejścia ludzi. Na przeprawienie się z jednej strony na drugą czekaliśmy więc zwartą grupą około pięciu minut, szaleńczo się później przeciskając między sobą. Myli się ten, kto myśli, że z plakietką „prasa” było łatwiej. – Strażnik miejski na rynku powiedział, że organizator nie przewidział wyjść ze strefy dla mediów – relacjonuje nasz fotograf, który robił zdjęcia na starcie. Wyścig zabezpieczało 82 funkcjonariuszy. – Jeśli chodzi o przejścia dla pieszych... nie do nas należy ocena czy była ich wystarczająca liczba. My mieliśmy swoje zadania i precyzyjnie je wykonaliśmy – ocenia Marek Anioł, rzecznik prasowy straży miejskiej.

Policja ocenia, że w całej Małopolsce podczas czterech etapów było bardzo spokojnie. – Wyścig zabezpieczało w sumie 250 policjantów. Kierowali ruchem drogowym, organizowali objazdy. Wszystkie etapy wyścigu przebiegły bezpiecznie – czytamy w komunikacie małopolskiej policji.

Dla kogo ten wyścig?

Jerzy Sasorski, rzecznik prasowy Zarządu Infrastruktury Sportowej, uważa, że akurat ta edycja TdP i odcinka krakowskiego przyciągnęła sporą grupę osób. – Na Rynku Głównym było dużo osób, ale to głównie dlatego, że zgromadził ich Rafał Majka – uważa Sasorski. – Takie są prawa tego typu imprez – dodaje.

Zupełnie inne zdanie ma jeden z naszych czytelników. – Szkoda, że wyścig spotkał się z zerowym praktycznie zainteresowaniem Krakowian. Poza rynkiem, gdzie jakieś grupki przypadkowych gapiów się pojawiały, to na trasie żywej duszy nie było widać przy barierkach. Ale na pewno w podsumowaniu wyścigu usłyszymy o „gigantycznym zainteresowaniu publiczności” i potrzebie przeznaczenia w związku z tym większych publicznych środków na wyścig – pisze.

Nie można też pominąć podkreślanej przez władze miasta i organizatorów wartości promocyjnej dla Krakowa. Relacja z wyścigu mogła za pośrednictwem Eurosportu oraz TVP dotrzeć do 59 krajów. Ubiegłoroczna edycja TdP miała wartość medialną na poziomie blisko 140 milionów złotych. ZIS, czyli miasto, zapłacił 659 500 tysięcy złotych za możliwość organizacji w Krakowie wyścigu. W 2011 roku kwota ta była o 200 tysięcy niższa. Dla przykładu Katowice wydały 470 tysięcy.

Władze miasta już przeliczają na złotówki czas antenowy oraz publikacje w prasie. Jednak rzecznik Telewizji Polskiej Jacek Rakowiecki twierdzi, że bardzo trudno wyliczyć ekwiwalent reklamowy. – Po pierwsze z każdym miastem inaczej się to układa. Wszystko również zależy od tego, jak liczymy: czy zgodnie z cennikiem, czy może po prostu mówimy o czymś, bo siłą rzeczy jakieś wydarzenie dzieje się w danym miejscu. Wizerunkowo jest to szalenie trudne do wyliczenia, choć w jakiś sposób można to zrobić na podstawie oficjalnego cennika – mówi Rakowiecki. Natomiast firmy sponsorujące TdP wyliczają sobie ekwiwalent reklamowy sięgający kilkunastu milinów złotych.