Tragedia w trzech aktach

Zagłębie Lubin w wyjątkowo brutalny sposób przedłużyło czarną serię Wisły Kraków. Jeszcze trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry wydawało się, że zostanie ona przerwana. Gdy sędzia zagwizdał po raz ostatni, tablica wyników pokazywała wynik 3:1 dla gospodarzy.

Zawodnicy Franciszka Smudy po raz ostatni trzy punkty dopisali sobie ponad miesiąc temu, gdy przed własną publicznością pokonali Cracovię. Od tego dnia minęło już pięć tygodni i pięć kolejnych spotkań, w których ta sztuka im się nie udała. Jednak to dzisiejsze kibice Białej Gwiazdy bez wątpienia będą pamiętać najdłużej. Okoliczności lubińskiej porażki były bowiem niezwykłe.

Mimo sporych ubytków w składzie i eksperymentalnego zestawienia wyjściowej jedenastki, wiślacy prezentowali się w Lubinie więcej niż przyzwoicie. Prowadzili grę, wymieniali wiele podań w najbliższej okolicy pola karnego rywali, im samym pozwalając na zaledwie kilka mniej lub bardziej groźnych kontr. Tej typowo krakowskiej piłce brakowało niestety konkretów. Z koronkowych akcji przez długi czas zrodziła się zaledwie jedna groźna sytuacja strzelecka, zmarnowana przez Michała Chrapka.

Mało tego, przez niemal 75 minut krakowianie nie potrafili ani raz celnie uderzyć na bramkę Silvio Rodica. Udało im się to dopiero z pomocą wielkiej fury szczęścia i – przede wszystkim – jednego z obrońców Zagłębia. W niezbyt groźnej sytuacji Elvedin Dżinić zamiast wybić piłkę, wyłożył ją Łukaszowi Burlidze. A ten zamknął oczy i uderzył z ostrego kąta w taki sposób, że futbolówka wpadła do siatki między nogami bramkarza.

– Moi zawodnicy zamiast strzelać chcieli wypracować sobie takie sytuacje, jak w hali. W środku pola wszystko się układało, ale w polu karnym jest trudniej. Nie mam pretensji, że padła tylko jedna bramka. To musi wystarczyć – skomentował postawę swojej drużyny „Franz”. No cóż, nie wystarczyło nawet na remis.

Tragedia Białej Gwiazdy rozegrała się w trzech aktach i w każdym z nich znaczącą rolę odegrali sami krakowianie. Najpierw nie popisał się Miśkiewicz, który powinien zachować się lepiej przy strzale Manuela Curto z rzutu wolnego. Prowadzenie gospodarzom dał Arkadiusz Piech, jednak gol pewnie nie padłby wcale, gdyby nie rykoszet od uda Piotra Brożka, który próbował zablokować piłkę. Ostatnia bramka to już „popis” Michała Nalepy i bramkarza Wisły, według znanego scenariusza „Żewłakow do Boruca” ze spotkania Irlandia – Polska.

– Inaczej niż souvenir nie można tego nazwać. Przeżyłem wiele meczów, ale takiego nie pamiętam. Dominować na boisku, mieć wszystko w ręku i przegrać... – z niedowierzaniem kręcił głową Smuda na pomeczowej konferencji. Szkoleniowiec ma o czym myśleć. Przed podziałem na grupy jego zawodnikom zostały jeszcze potyczki z dwoma innymi outsiderami, Widzewem i Podbeskidziem. W normalnych okolicznościach trzecia drużyna tabeli byłaby niemal pewna kompletu punktów. Po tym, co wydarzyło się dziś, żadnego rozwoju wypadków nie sposób wykluczyć.


Zagłębie Lubin – Wisła Kraków 1:1 (0:0)
Curto 87’, Piech 90+1’, Nalepa (sam.) 90+2’ - Burliga 74’

Zagłębie: Rodić – Rymaniak, Bilek, Dżinić, Cotra – Curto, Guldan, Bertilsson (46’ Abwo), Kwiek (90+3’ Piątek) – Papadopoulos (75’ Janoszka)
Wisła: Miśkiewicz – Burliga, Nalepa, Bunoza, Piotr Brożek – Uryga, Chrapek (83’ Burdenski) – Sarki (61’ Guerrier), Stilić, Garguła – Paweł Brożek

Sędziował: T. Kwiatkowski (Warszawa)
Żółte kartki: Nalepa, Bunoza, Burdenski