W Krakowie ma powstać tor motocyklowo-samochodowy wbrew mieszkańcom. Nikt nie policzył kosztów, nikt nie zbadał hałasu
Tor wraca po 10 latach. Bez pieniędzy i konkretów
Po ponad dekadzie na biurka urzędników wrócił temat budowy toru motocyklowo‑samochodowego przy ul. Kosiarzy, na pograniczu Płaszowa i Starego Prokocimia.
Pomysł wygrał głosowanie w pierwszej edycji budżetu obywatelskiego ponad 10 lat temu, ale od tamtego czasu nie ruszył z miejsca. Ówczesny prezydent Jacek Majchrowski tłumaczył, że zaplanowane trzy mln zł nie wystarczą, bo samo doprowadzenie ponad 1,5‑kilometrowej drogi dojazdowej pochłonęłoby wielomilionowe środki.
Do inwestycji wrócono teraz, przy okazji kampanii referendalnej i obietnic prezydenta Aleksandra Miszalskiego. Jednym z najmocniejszych orędowników toru jest przewodniczący krakowskiej Koalicji Obywatelskiej Szczęsny Filipiak, który społecznie doradza prezydentowi, a zawodowo w miejskiej spółce.
Milion w budżecie, dokumentacja dwa razy droższa
W poniedziałek sprawą toru zajęła się komisja infrastruktury Rady Miasta Krakowa. Wicedyrektor Zarządu Infrastruktury Sportowej Paweł Bystrowski poinformował, że w tegorocznym budżecie jednostki zarezerwowano na ten cel milion zł. Szybko okazało się jednak, że samo przygotowanie dokumentacji może kosztować więcej.
Urzędnicy szacują, że opracowanie projektu toru i drogi dojazdowej pochłonie ponad dwa mln zł. Dopiero później miałby zostać ogłoszony drugi przetarg – na realizację obiektu wraz z dojazdem. Na razie nikt nie jest w stanie podać szczegółowych kosztów całego przedsięwzięcia.
Radny: najpierw obietnice, potem szukanie pieniędzy
Na brak konkretów zwracał uwagę radny Rafał Zawiślak z klubu Kraków dla Mieszkańców. – To nie tylko tor, ale również ponad 1,5-kilometra drogi dojazdowej. Nagle pan prezydent Miszalski przypomniał sobie, że jest środowisko, na którym mu zależy. Ale podchodzicie do tego zadania bez finansowania i wskazania konkretów – mówił podczas komisji.
Zawiślak wytykał urzędnikom, że miasto przez lata nie robiło nic w sprawie realizacji zwycięskiego projektu z budżetu obywatelskiego, a teraz, w trakcie kampanii referendalnej, próbuje „na siłę uszczęśliwić wszystkich”.
– Obstawię, że po referendum ten temat umrze śmiercią naturalną, albo się z tego wycofacie – stwierdził.
Bez konsultacji z mieszkańcami Rybitw i Płaszowa
Radny pytał też wprost, czy miasto rozmawiało z mieszkańcami okolicznych osiedli, którzy mieliby na co dzień słuchać odgłosów samochodów i motocykli. Wicedyrektor ZIS przyznał, że żadnych formalnych konsultacji do tej pory nie było.
– Wydźwięk wśród mieszkańców jest negatywny. Tego typu inwestycja generuje masę problemów społecznych. Jak zamierzacie rozwiązać problem hałasu, który generuje tor? Skąd będziecie mieli na to wszystko pieniądze? – dopytywał Zawiślak.
Na pytanie o alternatywne lokalizacje Bystrowski odpowiedział, że urzędnicy ich nie analizowali. – Nie analizowaliśmy innej lokalizacji. Nie przywiązywałbym się do kwoty 30 mln złotych, bo dopiero kosztorys pokaże, jaka będzie wartość. Na pewno potrzebnych będzie kilkadziesiąt milionów złotych – przyznał.
Tor bez analizy hałasu
Najbardziej alarmująco dla mieszkańców Rybitw i Płaszowa może brzmieć fakt, że miasto nie zleciło dotąd żadnej analizy akustycznej. Chodzi zarówno o sam tor, jak i planowaną drogę dojazdową.
– Jeśli chodzi o analizę hałasu, to nie robiliśmy takiej – mówił wicedyrektor ZIS. Zastrzegł jednocześnie, że nie jest naczelnym dyrektorem jednostki, więc nie chce składać twardych deklaracji. Zapewnił jednak, że urzędnicy „rozważą wykonanie takiej analizy”.
Kolejnym faktem jest, że lokalizacja toru samochodowego na działce przy ulicy Kosiarzy jest sprzeczna z zapisami masterplanu dla Rybitw i Płaszowa.