W tabeli Pogoń i Wisłę dzieli przepaść. Łączy złość po ostatniej kolejce
Przed rywalizacją w Gdańsku, u siebie z Lechem i na wyjeździe z Pogonią można było zakładać najbardziej pesymistyczny scenariusz, czyli 0 punktów Wiślaków. Po dwóch z trzech spotkań mają dwa, zaś biorąc pod uwagę ich przebieg, nie jest to dorobek, który by ich zadowalal. Boli zwłaszcza stracone w ostatnich sekundach zwycięstwo przeciwko Kolejorzowi przed własną publicznością. To tylko gdybanie, ale gdyby sędzia nie skasował im prawidłowo strzelonego gola autorstwa Josepha Colleya na 2:0, Lech miałby dużo trudniej. Nie można też nie zauważać swoich błędów, bo Lech ruszył z atakiem w doliczonym czasie gry po stracie gospodarzy.
– To jest stara piłkarska prawda – dopóki piłka jest w grze, dopóki nie usłyszymy ostatniego gwizdka sędziego – wszystko się może wydarzyć. Popełniliśmy jednak kilka błędów i to spowodowało, że Lech to od razu i bezlitośnie wykorzystał. Każdy to widział i wszyscy mają jednoznaczną ocenę, że bramka niesłusznie została nam zabrana, ale trzeba to zaakceptować. Na pewno to boli, że paręnaście sekund przed końcem spotkania tracimy gola po błędach w ustawieniu. Zabrakło cwaniactwa, wyrachowania, bo można było wcześniej zrobić faul taktyczny, żeby też zyskać trochę czasu – mówi Jerzy Brzęczek.
Pogoń i Wisłę łączy złość