Wyższy wyrok za zabójstwo na os. Na Wzgórzach

Zamiast dziewięciu lat więzienia, Dominik P. został skazany na 11 lat pozbawienia wolności. Wyrok jest prawomocny.

Dominik K. podczas osiedlowej awantury dwukrotnie ugodził nożem 33-letniego Mariusza K. Za ten czyn został skazany przez sąd pierwszej instancji na dziewięcioletnią odsiadkę. Prokuratura nie zgodziła się z tym wyrokiem, żądając we wniosku apelacyjnym 15 lat pozbawienia wolności. Obrońca oskarżonego zawnioskował natomiast o zmianę kwalifikacji i ocenienie czynu Dominika P. popełnionego w stanie silnego wzburzenia i rzecz jasna łagodniejszy wyrok.

Sąd Apelacyjny w Krakowie zdecydował się jednak podwyższyć karę i ostatecznie skazał Dominika P. na 11 lat pozbawienia wolności.

– Sąd odwoławczy uwzględnił część apelacji prokuratury co do błędu w ustaleniach faktycznych, kto na miejsce zdarzenia przyniósł nóż. Zdaniem sądu to oskarżony miał go od samego początku – mówi rzecznik prasowy SA w Krakowie, Tomasz Szymański.

Orzekający uznali, że czynnikiem obciążającym Dominika P. było zmienianie wersji przebiegu zdarzeń. W jednym z wariantów opowieści to pokrzywdzony miał mieć nóż i wyciągnąć go z rękawa w chwili, gdy ujrzał oskarżonego.

– Z protokołu sporządzonego po oględzinach wynikało jednak, że Mariusz K. miał wtedy na sobie koszulkę z krótkim rękawem. Była to więc konfabulacja i dostosowanie okoliczności do najkorzystniejszej dla oskarżonego wersji – stwierdza sędzia Szymański.

Sąd Apelacyjny skorzystał też z zasady doświadczenia życiowego. Skoro oskarżony miał wcześniej scysję z pokrzywdzonym i, jak stwierdził, przerażony uciekł do mieszkania, to zupełnie nieracjonalne było jego późniejsze zachowanie. Dominik P. wyszedł bowiem ponownie z domu i udał się w miejsce, gdzie mógł spotkać napastnika. Przed sądem tłumaczył, że poszedł tam, bo chciał sobie kupić kolejne piwo.

Wątpliwości wzbudziło również to zachowanie oskarżonego, kiedy zobaczył Mariusza K, dzierżącego nóż w ręce. I mimo że wcześniej był przestraszony i uciekł, postanowił skonfrontować się z uzbrojonym, według jego opowieści, napastnikiem. W to sąd również nie uwierzył.

– W konsekwencji sąd uznał to, że to Dominik P. przyszedł na miejsce z nożem. Ta okoliczność podwyższa społeczną szkodliwość czynu oraz stopień winy. Prokurator chciał piętnastu lat, ale oskarżony był niekarany, miał dobrą opinię i jakby na to nie patrzeć, to sam zgłosił się do policjantów. Więc to w pewnym sensie było przyznanie się do popełnienia czynu – tłumaczy Tomasz Szymański.