Zadanie karkołomne: być Polakiem w Polsce [Recenzja]
Książka „Spis cudzołożnic. Proza podróżna” Jerzego Pilcha pełnoletność osiągnęła parę lat temu, ale na szczęście nie zaczęła się jeszcze starzeć. Pozycja kultowa i nieznośny słowotok w jednym bawi i smuci jednocześnie.
Heroiczne losy w pełnym patosu mieście
Gustaw, główny bohater i narrator książki, niezrealizowany w prawie każdej dziedzinie humanista, dostaje na swoje barki kolejne męczące zadanie. Do powinności pracownika naukowego mentorzy dokładają mu oprowadzenie po grodzie Kraka zagranicznego gościa. Tajemniczy Szwed z dalekiej północy powinien zobaczyć wszystko co najlepsze, sztandarowe punkty inteligenckiego miasta oraz najważniejsze zabytki. Gustaw dzielnie wytycza trasę przez Kraków lat osiemdziesiątych, prezentując nowemu koledze z zagranicy autorską wersję historii miasta. Czegóż w niej nie ma! Sam Gustaw, zależnie od zapotrzebowania, jest potomkiem dzielnych powstańców, wypędzonych Żydów, walczy w „Solidarności” oraz płynnie kreuje swoje heroiczne losy. Samo miasto w jego opowieściach jest ociekającą patosem mieszaniną historycznych monumentów, łapiących za serce pomników wielkich Polaków, okraszanych w miarę aktualnymi wydarzeniami z dziejów opozycji komunistycznej.
Kreatywność Gustawa nie robi jednak większego wrażenia na zagranicznym gościu, który nadal przeżywa bolesną zdradę żony i jedyne, czego potrzebuje, to odrobiny zapomnienia. Gościnny mieszkaniec Krakowa sięga więc po tajemniczy notes, w którym przez lata zapisywał namiary do kobiet, z którymi zetknął go los. Wycieczka, którą odbywa, stanie się więc pewnego rodzaju smutną podróżą w czasie.
Zapijanie PRL-u
Wspomniany słowotok użyty przez Pilcha w „Spisie cudzołożnic”, początkowo irytujący, dawkowany w małych fragmentach, ma swój niepowtarzalny urok. Zawieszony na nim Gustaw jest zarysowanym z humorem Polakiem borykającym się z życiem w zdeformowanej przez ustrój Polsce. Wszystkie jego historie są pełne przerysowanych jak on sam postaci, myśli narratora galopują, a absurdy otaczajacej go rzeczywistości przechodzą od ironicznego uśmiechu do pełnego smutku zadumania. Wypijany przez bohatera i jego gościa albański koniak być może nasączył kartki, bo zawrót głowy narastający z liczbą przeczytanych stron sprawia, że rozwiązanie całej historii traci na znaczeniu, wzrasta za to poczucie totalnego zagubienia. Pilch przewrotnie kręci czytelnikiem, a czytanie książki raz za razem wcale nie sprawia, że wywietrzeje ona z głowy wraz porannym „tupotem mew”.