Aleksander Miszalski nie był prezydentem. Próbował tylko grać tę rolę. Grał słabo
Łukasz Winczura, LoveKraków.pl: „Coś ty Atenom zrobił Sokratesie”. Pomyśleć, że część ludzi, którzy dwa lata temu wyniosła Aleksandra Miszalskiego na fotel prezydencki dziś go zeń zrzuciło…
Prof. Zbigniew Nęcki, psycholog społeczny. Widać, że niewiele zmieniło się od starożytności. Ale odpowiedź nie jest tak prosta jak poetyckie pytanie. Widzę przynajmniej trzy zawiłości. Referendum odnosiło się do prezydenta, czyli do roli, pozycji społecznej która jest bardzo godna i szlachetna. Po drugie, do człowieka jako osobowości i pewnej całości psychofizycznej. Po trzecie, wreszcie do działań i poszczególnych posunięć, które ten człowiek i inni ludzie wykonywali.
Jeśli przyjąć tę metodologię, to Aleksander Miszalski przegrał 3:0.
No niestety tak. Właśnie to jest cały problem. I dlatego tak to łatwo poszło i szybko został odwołany. Popatrzmy na niego jako na prezydenta. Czego oczekujemy od prezydentów miast? A szczególnie Krakowa, no bo Kraków jest sam w sobie zjawiskiem ze względu na głęboką kulturę, rozwój sztuk wszelakich i edukacji. Kraków jest środowiskiem dość konserwatywnym. I ten stereotyp narzuca oczekiwania. Prezydent Krakowa ma być dostojny, ma być rzeczowy, ma być uczciwy, ma być etyczny. Krótko mówiąc, ma być pomnikowy.
To jakieś bielmo spłynęło na oczy Krakowian skoro dwa lata temu wybierali między Łukaszem Gibałą a właśnie Aleksandrem Miszalskim? Obu do pomnikowości Józefa Dietla brakuje. Nawet do sznytu Jacka Majchrowskiego też.
Jacek Majchrowski bez względu na to, jakie decyzje podejmował – raz lepsze, raz gorsze – ale miał to swoje prezydenckie zadęcie. Miszalski niby to jakoś miał kontynuować, ale uznał, żeby przez kontrast pokazać, że nowe przyszło, że opowie wszystko nowymi rzeczami. No i właśnie przez to w sposób zbyt mało dostojny. Generalnie rzecz biorąc, jako prezydent odbiegał od oczekiwań. Właśnie takich działań, które miały zbudować autorytet dostojeństwo i powagę.
No to czym w takim razie poderwał dwa lata temu ludzi?
Miał silne wsparcie polityczne. Przy okazji wszystko działało sprawnie. Wybierało się wtedy w Krakowie mniejsze zło. Wybierałeś „z dwojga złego”.
Chce pan powiedzieć o wyborze między dżumą a cholerą?!
„Pi razy oko” tak to wyglądało. Wiele osób mówiło wtedy, że sobie odpuszcza. Czyli już sam wybór był mało przekonujący. Różnica głosów byłą niewielka. No, ale prezydentem został. No i później te parę takich zachowań. Proszę zobaczyć, jak to łatwo podpaść ludowi i się doigrać. Weźmy tańcowanie na dachu. Niby zabawa, niby frajda, niby jakaś egzotyka… A jednak to z tego tej małej plamki zaczęła rosnąć całkiem duża plama, czyli niechęć do tego, że jednak nie tędy droga prezydentów wiedzie. Ale drugi punktem zdaje się być jego osobowość. Jako człowiek jest zapewne sympatyczny, takie robi wrażenie. Ja go osobiście nie znam jakoś niespecjalnie tego pragnę. Ale z daleka jest osobą sympatyczną.
Prezencję miał w porządku. Wstydu nie było.
Ale człowiek się składa psychiki i z fizyczności…
Często się uśmiechał.
Ale ten uśmiech był taki lekko krzywy. To uśmiech niebudzący zaufania. Możemy się uśmiechać szczerze, bo jest frajda. Albo możemy się uśmiechać interesownie, bo jest korzyść. Chcemy komuś okazać uśmiechem życzliwość, ale wcale jej nie czuć. Możemy nawet rechotać, skacząc po dachu. Było kilka innych sytuacji nie za bardzo trafionych w pozycję, którą zajmował. I wreszcie to, co zaczął robić na koniec, gdy już pojawiło się na horyzoncie owo referendum wczorajsze. Wszystko nagle spoważniało. Zaczął inaczej się ruszać, inaczej uśmiechać, inaczej patrzeć. Nawet te rozbiegane oczy zaczęły jakoś się tak zbiegać nieco bardziej, czyli koncentrować na sytuacji a nie kontrolować wszystkich stron.
Ale to detale.
Dobrze. Detale. To takie drobiazgi. Ale to one wpadają w oko i właśnie robią coś, co się nazywa ogólnym wrażeniem. Jako osobowość – nie jako prezydent – tylko jako człowiek Aleksander Miszalski nie budził zaufania. Wydawało się, że on jest raczej kukiełką, którą ktoś kieruje, niż poważnym mężczyzną. Zdecydowanym, wiedzącym, o co mu chodzi. Nie brzmiał, mówiąc krótko, jako autorytet także osobisty. Budził niby zaufanie u niektórych, ale u większości już nie.
Miał wnieść do Krakowa powiew młodości, świeżości.
Młodość to niesłychanie wielka cenna personalnie cnota. Ale jednak od prezydenta, szczególnie Krakowa, oczekuje się pewnej dojrzałości. Może to być osoba młoda. Ale jak jest już dojrzała. Tutaj było młoda i niespecjalnie dojrzała. Myślę, że podobnie było z Rafałem Trzaskowskim przy wyborach na prezydenta Polski. Też był młody, sprawny, działał, ale nie pasował do roli prezydenta. Tu trzeba kogoś dojrzalszego. Prawo na to zezwala, ale psychologia już nie za bardzo. No i wreszcie, to także osobowość nie wspierała tej jego roli.
Tyle że prezydentura to nie plebiscyt piękności tylko realne działania.
To weźmy kwestię Strefy Czystego Transportu. Ona wybija się na czoło krytyki, bowiem tego rodzaju zabiegi na życiu społecznym, na przestrzeni życia społecznego, nie są sprawą jednorazowej decyzji, tylko efektem wielu długich lat przygotowań. A tutaj rewolucja pod względem jeżdżenia i czystego transportu spowodowało ogromny przyrost niechęci do tego właśnie człowieka, który mógł mieć dobre intencje. Bo szlachetną rzeczą jest oczywiście czysty transport, ale nie tak się wprowadza rewolucję w życiu, bo to prowadzi do konfliktu, do napięcia, do dramatu. I to właśnie się stało.
Sprawa narastającego zadłużania miasta mogła być kolejnym kamieniem młyńskim? Wielkie liczby robią wielkie wrażenie. Ale czy adekwatne do skali problemu?
Pieniądze to zawsze jest taka śliska tajemnica. Wszyscy o nich mówimy, ale tylko jeden księgowy wie, jak jest naprawdę. Ja nie wiem, ale opieram się na opiniach. Ta wiedza może gdzieś jest dostępna. No, ale to by trzeba być specjalnym smakoszem tego rodzaju dokumentów czy informacji, żeby tego szukać. Ale jedno konkretne posunięcie wytknę. Mianowicie bilety komunikacji miejskiej. Ich cena boli już bezpośrednio w kieszeniach, nie boli w ideologii, w zamyśle, w jakiś rozdmuchanych petycjach. Boli konkretnie. Ile trzeba płacić za bilet. To także było wprowadzone bardzo brutalnie i bez odpowiedniego bombardowania psychologicznego, pokazującego konieczność tego rodzaju eksperyment. To też się nakłada na ten jego brak decyzyjności, czyli brak zgodności w tym co podejmuje z realiami. Problem był taki, że Aleksander Miszalski odbiegł na wielką odległość od oczekiwań roli prezydenta Krakowa. Wszystko to się nałożyło i spowodowało, że niespecjalnie on się tutaj nam spodobał wszystkim. Efektem było to, co się stało. Wyjątkowa rzecz przecież. Pytam, jak to możliwe, żeby coś takiego się stało, skoro – jak wiemy – poprzednio można było być przez dwadzieścia parę lat tym prezydentem. Ale właśnie prezydentem z umiarkowaniem. Co by nie mówić, to poprzedni prezydent jednak zachowywał pewien dystans pokój, nie wprowadzał raptownych i dramatycznie istotnych posunięć.
A na ile Aleksandrowi Miszalskiemu mógł zaszkodzić dwór? Mówiło się, że urząd był mocno upartyjniony, że zrobiła się republika kolesi. Taka partyjna spółdzielnia pracy.
To jest kolejna rzecz, którą chciałbym żebyśmy potraktowali delikatnie, mając na uwadze to, że nie znamy ani etatów, ani rozkładów, ani układów. Ale coś w tym musi być, skoro się tak dużo o tym mówi, że właśnie to kolesiostwo coraz bardziej się rozwijało. Faktem jest, że Miszalski objął to stanowisko w dużym stopniu dzięki politycznym koneksjom. Jeżeli wobec tego miał te zobowiązania partyjne, no to jasna sprawa, że musiał się z nich rozliczyć i rozdawać odpowiednie profity. Tak jest na całym świecie i nie róbmy z tego jakiegoś wielkiego cudu czy wyjątku. Tego rodzaju posunięcia robi nawet wójt.
Zgoda. Tylko na ile się jest autonomicznym w podejmowaniu decyzji, do których jest się przekonanym? A zausznicy już niekoniecznie?
Odnosiłem takie wrażenie, że on nie do końca sterował tym statkiem. Tylko grał. Kiedy patrzyłem na jego występy i działania, miałem wrażenie, że on powtarza różne teksty, które mu zadano. A nie generuje własnych przekonań, własnych tekstów i własnego widzenia. To dosyć mocno widać nie tylko wśród aktorów, którzy grają nieudolnie, ale także wśród polityków.
Czym to się objawia?
Taki mały taki mały ton niepewności, taki ton nadmiernego potwierdzenia. To nie budzi zastrzeżeń w stosunku do tych ludzi, którzy mówią spokojnie rzeczowo i konkretnie. Po krótkim czasie on się broni. Dajcie mi szanse, zobaczycie co z tego będzie – mówił. Ktoś kiedyś powiedział bardzo mądrze, że nie trzeba jeść całego jajka, żeby sprawdzić, czy jest zepsute. To się też zapowiadało na jakieś niespecjalnie szczęśliwe kontynuacje władzy Aleksandra Miszalskiego. Skądinąd sympatycznego zapewnia człowieka i uczciwego. Tylko, jeszcze raz powtórzę, niebudującego wrażenia autorytetu odpowiadającego roli jednak ważnej dla Krakowa i dla Polski całej. Bo Kraków jest jednak gniazdem nie byle jakim, tylko miasto królewskim, miastem wielkim. Wobec tego także prezydent powinien mieć jakąś taką głębszą godność a nie grać w stylu: „Polubcie mnie, bo jestem wesołym młodzieńcem”.
No to pytanie, kto następny do prezydentury. Jak tu się garnąć do rządzenia po trosze padaką, rzucać na szalę swój autorytet i sondaże partii. Wybory parlamentarne za rok.
To jest pewnym problemem demokracji, że jak przychodzą czasy wyborcze, to pękają różnego rodzaju reguły etyczne a zaczyna się brutalna wstrętna pragmatyka. Mówiąc najkrócej, szukanie zachowań opłacalnych. Nawet jeśli są nieuczciwe, ale opłacalne, to próbujemy je rozwijać. Zagadka tego co będzie się działo w Krakowie pod względem wyborów jest wielka, gdyż nie ma jakiejś jednej wybitnej osobowości znanej nam wszystkim albo słyszanej przynajmniej, która byłaby takim dobrym godnym prezydentem dla naszego miasta. Ale może się to zmienić, bo przecież mamy tylu dostojnych i mądrych ludzi. Chyba, że znowu partie znowu zaczną grać pod kątem właśnie nie tej jakości człowieka i jego dojrzałej dojrzałością rady znakomitości, tylko właśnie przepychaniem swoich, żeby mieć układy działania i możliwości władcze.
Lepszy nobliwy profesor czy bardziej młody rzutki menadżer?
Litości tylko nie „młody rzutki menadżer”. Słyszałem ostatnio takie właśnie określenie jak się „sprzedaje uczelnię”. Teraz zamiast mówić o akademickiej kulturze i intelekcie, to się traktuje uczelnie jako produkt zwany programem studiów, który sprzedajemy tak jak margaryny albo parasole…
Tyle że to pan kiedyś powiedział, że każdy polityk jest jak margarynka na sprzedaż. Z tym, że margaryna jest lepsza do promowania, bo się nie wtrąca w kampanię.
Bo rzeczywiście tak jest. I dlatego zamiast szukać wartościowych modeli postępowania, szuka się przebojowców, którzy wulgarnym całkowicie biznesem i bilansem korzyści oraz strat chcą zawojować rzeczywistość. Także tą, którą na co dzień żyjemy.
A nie skończy się w tej chwili tak, że skoro jest, jak to uczenie mówimy, polaryzacja w Krakowie, to taki zwykły Kowalski z Osiedla Ruczaj powie: „Wiecie co, chłopcy, bawcie się swojej piaskownicy sami. Ja na wybory nie idę, bo średnio mnie to zaczyna interesować kto będzie tym cyrkiem w Krakowie rządził”.
Tego rodzaju podejście przeciętnego obywatela jest całkiem zrozumiałe. Zniechęcenie do polityków i do polityki narasta u nas coraz bardziej. Jest jeden ból. Mianowicie taki, że od tego się uciec nie da. To, że Jan Kowalski z Kozłówka obrazi się na polityków nie zmieni faktu, że nadal jest zaangażowany w sytuacje polityczne. Tyle, że jakby zmniejsza swój wpływ odmawiając udziału w wyborach. Polityka przenika wszystko. Jest jak fale radiowe. Są wszędzie, jakkolwiek ich nie widać. Tak samo działa polityka. Nie wszędzie ją widzimy, chyba że dojdzie do takiej katastrofy jak wczoraj. Bo to jest katastrofa, gdy takie miasto piękne mądre i cudowne miasto jak Kraków musi otrząsnąć z nieudanego prezydenta. To jest, proszę pana, absolutny kryzys politycznego i społecznego funkcjonowania. Oby takich jak najmniej.