Balsamista o swojej pracy. Najważniejsi są ci, którzy zostają na ziemi [ROZMOWA]
Jakub Śliwiński, LoveKraków.pl: Wraca pan do domu po pracy, kolejny dzień za panem. Żona od progu pyta, Adam jak minął dzień? Co słychać?
Adam Ragiel: Jestem w tej komfortowej sytuacji, że żona pracuje razem ze mną. Zajmuje się kwestiami formalnymi, natomiast ja jestem odpowiedzialny za sprawy, nazwijmy to, techniczne.
Czyli jak rozumiem, praca przenoszona jest także na grunt domowy?
Zgadza się, przenosimy pracę do domu, ale raczej są to kwestie związane z harmonogramem dnia następnego, zaplanowaniem pogrzebów i tym podobne. Przeżycia klientów, nasz kontakt z nimi, tragedie, z którymi na co dzień się spotykamy, to wszystko pozostawiamy w samym miejscu naszej pracy.
Do aspektów psychologicznych i rozmów z klientami jeszcze wrócimy, ale na razie skupmy się na samym początku pańskiej drogi związanej z balsamacją. Gdzie należy szukać korzeni, gdzie w historii znajduje się pana start w tej branży?
Nigdy nie było moim marzeniem, aby pracować w tej dziedzinie. Nie wiązałem z nią żadnych planów na przyszłość. Był rok 1999, skończyłem kurs ratownictwa medycznego, ale samo ukończenie tego kursu nie gwarantowało pracy. To był zupełnie inny czas, w którym o ewentualnym przyjęciu na stanowisko decydowały jeszcze inne aspekty. Jeden ze znajomych zapytał mnie, czy nie chciałbym asystować przy obsłudze pogrzebu. Nie miałem w tamtym momencie zajęcia, nie miałem również obaw związanych z tego typu pracą, więc dlaczego by nie spróbować?
To była przygoda, wyzwanie, nowe doświadczenie?
Owszem. Dodatkowo wiązało się to z formą zarobku. Przygotowując się do asysty przy pogrzebie, przypominałem sobie lata młodzieńcze, kiedy babcia zabierała mnie na pożegnania, które na tamte czasy odbywały się w domach i przy otwartej trumnie. No to skoro wtedy, czyli w wieku ośmiu, dziewięciu lat nie miałem obaw, to dlaczego miałbym je mieć teraz? A jak dodatkowo można zarobić, to dlaczego nie? Poszedłem za pierwszym razem, później pojawiły się kolejne, coraz częściej byłem obecny także i przy ubieraniu ciał zmarłych. I tutaj zapaliła się lampka. To był moment, który można uznać za przełomowy. Pracownicy przygotowywali ciało zmarłego, ja asystowałem, ale ciągle nie odpowiadał mi ostateczny wygląd nieboszczyka. Ciała bardzo często były zaniedbane, zmarły w momencie zgonu był na przykład nieogolony, później w trumnie, już przy jej otwarciu, także miał ślady zarostu. Zacząłem obierać sobie za cel, że skoro jestem w centrum tej branży, to może wypadałoby zrobić coś, żeby rodzina, ludzie związani z tą osobą trochę inaczej to przeżywali.
Mamy rok 1999, szkolenia, kursy w tym zakresie były możliwe?
W kraju na tamten czas nic takiego nie funkcjonowało. Po rozmowach z przedstawicielami międzynarodowej firmy zajmującej się transportem zwłok zostałem pokierowany do Anglii, gdzie od lat funkcjonowała tego typu praktyka. Udało mi się dotrzeć na takie szkolenie i po powrocie tak naprawdę zrozumiałem, czym chcę i czym będę się zajmował przez najbliższe lata.
No właśnie, czyli dokładnie czym? Na czym polega balsamacja?
Podstawowym aspektem zabiegu balsamacji jest całkowita dezynfekcja osoby zmarłej. Dzieje się tak po to, aby najbliższa rodzina, osoby zainteresowane mogły się z nią pożegnać, dotknąć, złożyć ostatni pocałunek, przytulić. Rodziny różnie reagują i do różnych sytuacji dochodzi. Dzięki zabiegowi balsamacji jest to proces absolutnie bezpieczny. Kolejnym aspektem jest zakonserwowanie ciała, czyli żeby ciało nie podlegało procesowi gnilnemu, nie ulegało rozkładowi. Istnieje obiegowa opinia, że ludzie decydują się na kremacje, podkreślając, „że nie chcą, żeby je robaki jadły”, zabieg balsamacji konserwuje osoby zmarłe, nie dochodzi do procesów gnilnych, ciało mineralizuje się, wysycha i przeinacza w proch. Ostatnim aspektem jest kosmetyka, wygląd osoby zmarłej. Balsamacja ma dać efekt, gdzie zmarły powraca do stanu na przykład sprzed choroby, sprzed wyniszczenia organizmu czy momentu śmierci.
Ile czasu zajmuje panu przywrócenie zmarłego do momentu sprzed choroby czy sprzed stanu wyniszczenia organizmu?
Od momentu, kiedy osoba zmarła jest w chłodni, do czasu zakończenia procesu balsamacji i złożenia jej w trumnie zajmuje to około dwóch godzin.
Ale nie jest to z pewnością regułą. Zdarzają się na pewno przypadki, w których ciało zmarłego jest rozczłonkowane, dana osoba nie zmarła w wyniku okoliczności naturalnych.
Rzeczywiście, istnieją sytuacje, w których zmarły trafia do nas w wyniku powypadkowych wydarzeń. Wszystko zależy od stopnia uszkodzenia ciała i wymaganej rekonstrukcji. Wtedy cały zabieg trwa od ośmiu do dziesięciu godzin, najpierw prowadzona jest balsamacja, a później przechodzimy do rekonstrukcji. Jeśli ciało jest w rozkładzie, również etap balsamacji odpowiednio się wydłuża, średnio do czterech godzin.
Panie Adamie przejdźmy do stereotypów, które z pewnością towarzyszą tego typu profesji. Sytuacja się zmienia? Te stereotypy w ogóle funkcjonują?
Przede wszystkim należy zauważyć, że jest już tego coraz mniej. Oczywiście pojawiały i pojawiają się zapytania, czy osoba, która zajmuje się tego typu pracą, jest nienormalna i czy nie jest pod ciągłym wpływem alkoholu?
I pana jak rozumiem, to nie dotyczy.
Alkoholu mogłoby w ogóle dla mnie nie być, tak to określę. Kiedy osoby z zewnątrz mnie poznają, to rzeczywiście zdarza się, że kompletnie moja osobowość nie koresponduje z fachem, którym się zajmuję. Raczej dominuje opinia, że w tego typu branży powinna pojawić się osoba zimna, wyrachowana, a w tym zawodzie naprawdę pracują normalni ludzie.
Magdalena Rigamonti, do której jeszcze dzisiaj wrócimy za sprawą książki „Bez Strachu. Jak umiera człowiek”, wspomina pana jako, cytuję: faceta o wyglądzie australijskiego surfera, ojca trójki dzieci, pasjonata, człowieka oddanego swojej pracy.
Dokładnie tak.
Ale nie słyszy pan, że jest szarlatanem? Że bierze się pan za bary ze sprawami, które według wielu raczej należałoby pozostawić i nie ingerować w to, co dzieje się dalej?
Wręcz odwrotnie. Dominują głosy, że praca przez nas, przeze mnie wykonywana jest dobra i przede wszystkim potrzebna. Musimy pamiętać o tych, którzy pozostają tutaj, na miejscu. To jest najważniejsza rzecz. Ciało jest tylko fizycznie, cała sfera duchowa jest zupełnie gdzie indziej, pozostaje przy rodzinie, przy bliskich. Ciała niestety, ale musimy się pozbyć, musi być ono w jakiś sposób zutylizowane, czyli pogrzebane, pochowane na cmentarzu. Forma pochówku jest już wolą rodziny lub osoby zmarłej. Bardzo często rozmawiam z rodzinami, które zwracają uwagę na to, że chcą zrobić to, co czują wewnętrznie, nie zważając na to: „co ludzie powiedzą”. Rodzina mierzy się z tragedią, z wewnętrzną traumą i ludzie nie przyjdą im z pomocą. To nie jest operetka, to jest bardzo ważne święto, które musi przebiegać zgodnie z wolą rodziny czy zmarłego.
Skoro przy członkach rodziny jesteśmy, zdarzają się nietypowe prośby, zapytania w odniesieniu do zmarłego?
Każdy z nas w momencie, kiedy traci bliską osobę, chciałby coś dla niej zrobić, coś przekazać. Problemem jest to, że rodzina, bliscy, tak naprawdę nie wiedzą, czy mogą, czy wypada, bardzo często wstydzą się nawet o to zapytać. Firmy pogrzebowe nie robią rzeczy ponad, nie robią rzeczy nad wyraz, robią to, o co klient zapyta, ale skąd klient może wiedzieć, że ma możliwość dołożenia jakiegoś, nazwijmy to, atrybutu. Pojawiają się ulubione perfumy, setka wódki, pilot do telewizora, bo osoba uwielbiała „skakać po kanałach”, wędka. Moja rola sprowadza się także do tego, aby bliskich uświadamiać, że jeśli państwo macie takie życzenie, to jak najbardziej jest to możliwe. Byleby tylko trumna te atrybuty pomieściła.
Dużo pan mówi o rozmowach z bliskimi. Jak rozumiem, pana fach to po części jest praca stricte techniczna, ale także, a może i przede wszystkim praca, która sprowadza się do kontaktu z drugim człowiekiem?
Przede wszystkim nie możemy się bać rozmawiać na ten temat. To jest podstawowa kwestia. Często mówię o tym na swoich szkoleniach i zauważam, że firmy świadczące usługi pogrzebowe po prostu boją się rozmawiać o śmierci i formie pochówku. Boją się zapytać o to, jak dana osoba wyglądała za życia, co możemy zrobić, aby forma pożegnania był jak najwłaściwsza. Tutaj pokutuje przekonanie o tym, że nie chcemy nikogo urazić, że wystarczającą tragedią jest pożegnanie bliskiej osoby, a sytuacja powinna być najzupełniej przeciwna. Należy zdobyć zaufanie rodziny i pomóc, po prostu pomóc, uświadomić, ukierunkować, że państwo wykonujecie ostatnią wolę zmarłego. Oczywiście w zgodzie ze swoim sumieniem i wewnętrznymi odczuciami. Osoby żyjące są najważniejsze, one zostają i one muszą się całkowicie pożegnać ze zmarłym. A żeby to zrobić, często potrzebna jest rozmowa ze zmarłym, prośba o przebaczenie, wyjawienie prawdy zmarłemu, osoba żegnająca zrzuca z siebie pewnego rodzaju ciężar. Dodatkowo, jeśli bliski widzi, że zmarłemu jest dobrze, że jest spokojny, nie cierpi, dzięki naszym zabiegom wygląda jakby zasnął, wtedy mogę uznać, że nasza praca została właściwie wykonana.
To jest ta największa forma nagrody dla pana? Kiedy członkowie rodziny przychodzą, rozmawiają, mówią, że czują się spokojni?
Nigdy nie myślę w takich kategoriach i nie wyczekuje uważnie pochwał, ale kiedy takie sytuacje mają miejsce, to rzeczywiście jest to największa forma nagrody za wykonaną pracę.
Panie Adamie w 2015 roku pojawiła się publikacja „Bez strachu. Jak umiera człowiek”, którą popełnił Pan do spółki z Magdaleną Rigamonti. Książka była także formą oswojenia, w tym wypadku czytelnika z tematem śmierci? I pytanie, czy w ogóle istnieje możliwość oswojenia się z tą materią?
W pełni autorska książka cały czas powstaje. Na tamten moment potrzebna była publikacja wprowadzająca, ukazująca nasz świat i oswajająca z tematem, który każdego dosięgnie. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę, a niezależnie od naszego aktualnego statusu, śmierć prędzej czy później się pojawi. Dzisiaj wyglądamy świetnie i w dniu swojego ostatniego święta także możemy wyglądać super, możemy sobie nawet tego zażyczyć, a my jako balsamiści tego dokonamy.
Adeptów sztuki balsamowania jest coraz więcej?
Zdecydowanie tak. Ja ze swojej strony staram się te drzwi otwierać, wprowadzać, uświadamiać. Klienci coraz częściej zgłaszają się do przedsiębiorców pogrzebowych w poszukiwaniu balsamistów. Po otrzymaniu odpowiedzi odmownych dzwonią także i do mnie z pytaniami, gdzie i u kogo można na takie usługi natrafić? Wtedy następuje, nazwijmy to, wymienna współpraca. Adepci balsamacji przychodzili do mnie na szkolenia, a teraz ja mam telefon pod ręką i wskazuję odpowiednie osoby.
Dobrze, że pan o tym wspomina. Tendencje dotyczące balsamacji, jeśli mowa o naszym kraju, rosną?
Świadomość w społeczeństwie na temat balsamacji jest coraz większa. Społeczeństwo tych usług po prostu wymaga. Kolejne pokolenia, które będą zajmowały się branżą pogrzebową, są zmuszone do tego, aby wiedzieć, że musimy postępować z duchem czasu, jakkolwiek by to nie brzmiało. Ludzka świadomość obecnie jest zupełnie inna i funkcjonuje zupełnie inne wyobrażenie o formie czy samym pochówku. To jest też pewna gałąź biznesu, która musi ewoluować, która musi nadążać za zapotrzebowaniem klienta. A przyzwyczajenia się zmieniają, obecnie ludzie potrzebują zupełnie innego komfortu psychicznego przy pożegnaniach z bliskimi. Nie potrzebują celebracji przy świecach, żałoby i modlitwy. Sytuacja musi jak najmniej ich obciążać, na co wpływ ma również obecne tempo życia.
Tytułem końca, panie Adamie, jak to wygląda jeśli chodzi o koszty?
Zabieg balsamacji kosztuje w granicach od pięciuset do siedmiuset złotych. Wszystko zależy od tego, jaki mamy przypadek. Zestawiając to z kosztami pogrzebów, które często dochodzą do kwot horrendalnych, są to koszty znikome.
Były momenty, żeby to zostawić?
Jak w każdej pracy, ale bardzo szybko uświadamiałem sobie, że trudno byłoby mi bez tego funkcjonować. Być może trudno to sobie wyobrazić, ale widząc pogodę ducha osób najbliższych zmarłemu, nie wyobrażam sobie, abym mógł zajmować się czymś innym.
Rozpoczęliśmy wątkiem rodzinnym i takim zakończmy. Żona z panem pracuje, a jak dzieci zapatrują się na państwa działalność i czy istnieje możliwość, że któreś z nich przejmie schedę po tacie?
Nie jest tak, że szczegółowo omawiamy z dziećmi naszą pracę, ale również nie stanowi ona tematu tabu w rozmowach. To wszystko jest obecne w ich życiu, ale dla nas i dla nich jest to najzupełniej normalne. Uważam, że na wszystko w życiu jest pora i wszytko ma swój czas. Jeśli któreś z nich będzie chciało zgłębić się w temat, oczywiście pomogę i objaśnię, ale nie ma na to absolutnie żadnego ciśnienia. Człowiek musi się wyszaleć, wyszumieć, nabrać doświadczenia, dopiero kiedy jest spokojny i stonowany, może ewentualnie podjąć tę pracę.