Biała Gwiazda w cieniu Sharksów. „Spotkał mnie medialny lincz"
Po krakowsku, czyli od wymieniania ostatnich istotnych funkcji, przywitali się ze sobą dawni sternicy Wisły Kraków: Marzena S.-Cz., była prezes, i Robert Szymański, pełniący przed laty funkcję wiceprezesa Białej Gwiazdy.
W zabytkowym budynku katowickiego Sądu Okręgowego przy ul. Andrzeja rozpoczął się – po przeniesieniu spod Wawelu – proces byłego zarządu piłkarskiej spółki oraz Anny M., żony jednego z bossów grupy przestępczej Wisła Sharks.
Niewinni
Wszyscy obecni na sali, poza Damianem D., konsekwentnie nie przyznają się do zarzucanych im czynów. Były wiceprezes i były prezes Stowarzyszenia Kibiców Wisły Kraków uznaje, że zawinił, ale tylko w kwestii przestępstw gospodarczych. Do przemytu i handlu narkotykami o wartości ok. 100 tysięcy złotych nie zamierza się przyznawać.
Czym obecnie zajmują się osoby, które przez dwa lata rządziły przy Reymonta? Była prezes twierdzi, że w ograniczonym stopniu pracuje w zawodzie radcy prawnego i nie osiąga z tego tytułu nawet najniższej krajowej. Damian D. ima się prac dorywczych za „grosze”. Robert Szymański znalazł zatrudnienie w firmie montażowej, a Anna M. pracuje w placówce medycznej.
Nijak ich obecne zarobki mają się do pieniędzy, jakimi obracali w Wiśle.
Poważne zarzuty
Poznańska prokuratura oskarżyła Marzenę S.-Cz., Damiana D., Roberta Szymańskiego i Annę M. o udział w zorganizowanej grupie przestępczej – mieli współpracować z bandytami pod egidą Wisła Sharks.
Ponadto śledczy zarzucają byłej prezes wyrządzenie szkody majątkowej w wysokości 9,5 mln złotych oraz działania na niekorzyść niektórych wierzycieli klubu – tu kwota wynosi 28 mln złotych.
Damian D. miał m.in. wyrządzić szkodę w wysokości 4 mln złotych, przywłaszczyć 260 tys. złotych, a oprócz tego nie zgłosić upadłości klubu. Robert Szymański jest według prokuratury odpowiedzialny za szkodę majątkową na ponad milion złotych.
Anna M. miała ułatwić wyprowadzenie ponad 800 tys. złotych z klubowej kasy i dokonać szkód w siłowni prowadzonej przez Pawła M. „Miśka”, oszacowanych na 400 tys. złotych.
Daniel G. usłyszał zarzuty związane z nierównym traktowaniem wierzycieli i brakiem zgłoszenia wniosku o upadłość. Podobnie Jose M.B.
Sądowa incepcja
– Jak to będzie wyglądało? – zapytałem prokuratora. – Tak, jakby procesu w Krakowie nigdy nie było – odpowiedział.
Oznaczało to ponowne przeczytanie skróconego aktu oskarżenia i następnie wyjaśnień głównej oskarżonej. W ich treści możemy poznać całą chronologię zdarzeń: od tego, w jaki sposób znalazła się w Wiśle, po dzień dymisji.
Z wyjaśnień wynika, że Marzena S.-Cz. nie znała się z przestępcami, a wszelkie działania podejmowała w dobrej wierze. Robiła wszystko, by wyprowadzić klub z odmętów długów, odnieść sukces sportowy i przywrócić blask Białej Gwieździe.
– Księgowy przyszedł z uśmiechem i powiedział, że pierwszy raz od pięciu lat mamy zyski – opowiadała śledczym. Wątpliwym ruchom z punktu widzenia prawa nie poświęcała dużo czasu.
Jednocześnie tłumaczyła, że w zarządzaniu często była bez wsparcia, a o większych transakcjach decydowała wspólnie z którymś z wiceprezesów. Czasem nawet jej rola redukowała się do potwierdzenia przelewu zleconego przez księgowość. Z wyjaśnień wynika też, dlaczego z kasy płynęły środki do jednych kontrahentów, a drudzy byli pomijani. Podkreślała, że bez ochrony czy serwisu sprzątającego klub nie mógłby funkcjonować. Pieniądze musiały też trafić na konta piłkarzy i sztabu.
Opisała też swoją relację z Damianem D. – stwierdziła, że były to „intensywne relacje zawodowe” i że był on pracowitym człowiekiem. Do tego był inteligentny i potrafił zjednywać sobie ludzi. Pomimo chłodnego przyjęcia D. w roli wiceprezesa, po pewnym czasie chwalić go mieli również sponsorzy klubu.
O jego braku związku z kibolami wystarczyło słowo Damiana D. – Przekonywał mnie, że nie robił nic nielegalnego, nie miałam powodu, żeby mu nie wierzyć – wyjaśniała. Jednocześnie wskazywała, że rozliczeniami z firmą Anny M. zajmował się właśnie Daniel D.
Odniosła się również do kwestii braku zgłoszenia upadłości klubu: – To byłoby działaniem na szkodę Wisły Kraków. Naszym celem było pozyskanie inwestora i utrzymanie klubu – stwierdziła.
Historia z inwestorem zakończyła się „zawałem” w samolocie nad Atlantykiem.
„Zostałam przedstawiona jako złodziejka”
Najświeższe wyjaśnienia Marzeny S.-Cz. to te z kwietnia 2024 roku, kiedy przed krakowskim sądem narzekała, że media zrobiły z niej złodziejkę i osobę odpowiedzialną za upadek Wisły. – Zarzucono mi kradzież 30 mln złotych, tymczasem koszty operacyjne po 2018 roku były takie same, a później wzrosły – mówiła. Zaprzeczyła też, jakoby miała współpracować z bandytami.
Według byłej prezes klub był obciążony wysokimi kontraktami zawodników, długami wobec poprzedniego właściciela, miasta i spółki UFA.
Podkreśliła, że winny sytuacji jest mechanizm funkcjonowania spółki sportowej, gdzie wynik finansowy zależy od poczynionych inwestycji, ale zawsze istnieje ryzyko, że nie uda się osiągnąć wyznaczonego celu sportowego.
O kibicach Wisły powiedziała, że są oni nieodłączną częścią klubu, ale jednocześnie przynosili straty finansowe i wizerunkowe. Mimo to chciała współpracować, bo siłowe próby rozprawienia się z nimi nie przyniosły w przeszłości pożądanych skutków.
Raz jeszcze odniosła się do kwestii upadłości klubu. – W przypadku upadłości wygasa licencja i zawodnicy odchodzą. Walczyliśmy, by utrzymać klub na powierzchni. Wisła nadal boryka się z takimi samymi problemami, ale nie ma wniosku o upadłość – przekonywała sąd wiosną 2024 roku.
Reszta oskarżonych nie dostała już czasu na swoje wypowiedzi. Rozprawa została odroczona, ponieważ jeden z ławników miał umówioną wizytę w szpitalu. Sędzia rozplanowała dalszy etap postępowania, zaznaczając, że w kwietniu i maju w byłych koszarach policyjnych zeznawać będą osoby chronione przez CBŚP. Można domniemywać, że chodzi o „Miśka” i „Zielaka”.