"Bieda to najcichszy krzyk o pomoc"

Tuż przed Świętami Wielkanocnymi trzech bezdomnych pobiło mężczyznę. Nie była to niewinna bójka, tylko poważne pobicie. Takich spraw w Krakowie nie jest wiele, a jak twierdzą przedstawiciele władz miasta, agresywni bezdomni to margines.

Radni z komisji promocji miasta i turystyki przepytywali przedstawicieli straży miejskiej, czy kloszardzi są realnym zagrożeniem dla mieszkańców oraz turystów. Może to być dla niektórych zaskoczeniem, ale tak nie jest. Dodatkowo, jak mówi Radosław Gądek, zastępca komendanta krakowskiej straży miejskiej, postulaty o „usunięcie” bezdomnych z centrum są nieludzkie.

Nieludzkie traktowanie

Radosław Gądek po raz kolejny musiał tłumaczyć, że ani przykry zapach, ani leżenie na ławkach nie są powodem do interwencji. Podobnie jak żebranie, bo prawo uchwalone w 1981 roku mówi jedynie o natarczywym żebractwie oraz o tym, że zakazane jest żebranie przez osoby, które mają środki do życia. – Pytanie, jak to weryfikować? Przepisy są nieprecyzyjne i nieżyciowe. Potrzeba zmian na poziomie centralnym – stwierdza strażnik miejski.

– Często słyszymy, że należy ich usunąć. A to przecież ludzie – mówi Gądek. Wicekomendant przytoczył również sprawę sprzed kilku lat. W jednym z polskich miast policja działała w ten sposób, że faktycznie wywoziła bezdomnych kilka kilometrów od miasta. Działało to do momentu, aż jeden z nich wracając do centrum został potrącony przez samochód i zmarł. – Tamtejszy komendant został zdymisjonowany, a policjanci skończyli z zarzutami. Poza tym to nieludzkie – uważa Radosław Gądek.

Od zupy do pracy?

Kilka dni temu skrajne głosy obudził wpis na Facebooku radnego Łukasza Wantucha, który skrytykował akcję „Zupa na Plantach”. Postulował o przeniesienie jej gdzieś poza centrum Krakowa.

Co sądzi o tym komendant Gądek? – Ta akcja wpisuje się w pracę socjalną miasta i jest rozwojową inicjatywą. Coraz więcej osób pomaga, dołączają do niej lekarze. Z tego, co wiem, chcą oni też aktywizować społecznie tych ludzi. Projekt ten może wpłynąć na zmniejszenie zjawiska bezdomności – mówi strażnik miejski.

A poniżej przykład, jak działa "zupa".

Centrum pomocy

Problemem Krakowa, o ile tak to można nazwać, jest fakt, że pod względem socjalnym jest on na wysokim poziomie. W mieście funkcjonuje kilkanaście punktów, które pomagają ludziom bez dachu nad głową. Osoby bezdomne chętnie z nich korzystają. – Są to, wbrew pozorom, bardzo dobrze zorganizowani ludzie – stwierdza Jarosław Gądek.

Do Krakowa, jego centrum, przyciąga ich nie tylko liczba jadłodajni czy noclegowni, ale również turyści. Często okazuje się, że to właśnie przyjezdni dużo częściej niż rodzimi krakowianie dają pieniądze żebrzącym.

Obszar wolny od bezdomnych?

Radnego Wantucha wspierają również Ryszard Kapuściński i Adam Grelecki z PiS. I co ciekawe, dyrektor Miejskiego Centrum Profilaktyki Uzależnień. Panowie są za tym, aby pomagać, ale nie w centrum. – Gdy popatrzymy na mapę punktów socjalnych, okaże się, że 90% z nich jest w obrębie starego miasta – stwierdza Adam Chrapuściński.

Dla urzędnika problemem jest zlokalizowanie m.in. jadłodajni na ul. Dietla oraz Skawińskiej. – Przez to planty dietlowskie zamieniają się w publiczną toaletę oraz całoroczny salon – mówi dyrektor.

Zdaniem rannego Greleckiego bezdomnym i żebrzącym trzeba „maksymalnie utrudniać działalność”. – Trzeba dozorować i utrudniać im życie w centrum, najlepiej całą dobę. Oczywiście, należy również pomagać – mówi radny.

Adam Chrapuściński jednak podsumowuje, że agresywni czy natarczywi bezdomni to ułamek, dodatkowo często są to ludzie „przyjezdni”. –  To margines, ale widoczny. 95% takich ludzi jest spokojnych, bo bieda to najcichszy krzyk pomocy.