Bolesne wspomnienie z reprezentacji Martina Kostala [Rozmowa]

Po świetnym meczu z Lechem Poznań Martin Kostal, pomocnik Wisły Kraków, miał zapchaną skrzynkę wiadomości i jego telefon non-stop dzwonił. Najważniejsze połączenie odebrał jednak, gdy trochę ochłonął. Zadzwonił Adrian Gula, selekcjoner reprezentacji Słowacji U-21, i zaprosił piłkarza na zgrupowanie i dwa mecze kadry z Włochami i Islandią. 22-latek ma nadzieję, że przekona trenera, a przede wszystkim jego wyjazd nie zakończy się jak w 2015 roku.

Michał Knura, LoveKraków.pl: Świetny występ przeciwko Lechowi, pierwsze powołanie do kadry U-21. Ostatnie dni są dla pana bardzo szczęśliwe.

Martin Kostal: Bardzo się cieszę, ale nie straciłem kontaktu z rzeczywistością. Powołanie jest dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Zadzwonił do mnie trener i powiedział, że obserwował mnie od pewnego czasu. Mój gol i udział przy innych bramkach w meczu w Poznaniu nie były decydujące. Teraz nie pozostaje mi nic innego, jak dalej grać dobrze dla Wisły i potem pojechać i udowodnić trenerowi, że nie popełnił błędu, decydując się zaprosić mnie na zgrupowanie. Spotkam tam kilku kolegów, z którymi grałem lub rywalizowałem na Słowacji.

To nie jest pana pierwsze powołanie do drużyny narodowej.

W 2015 roku trafiłem do kadry U-19, ale mam z tego wyjazdu bolesne wspomnienia. Zerwałem więzadła w stanie skokowym i musiałem pauzować przez pół roku. To była moja druga najdłuższa kontuzja, bo musiałem też wytrzymać bez piłki osiem miesięcy. Pomogła mi rodzina i wiara, że mój czas jeszcze nadejdzie. Cieszę się, że teraz jestem zdrowy, bo nigdy nie zastanawiałem się nad innym zajęciem niż piłka. W mojej rodzinie grało wiele osób, ale ja jestem pierwszym profesjonalnym zawodnikiem.

Przez trudne doświadczenia nauczył się pan cierpliwości. Przydała się w Polsce? Poprzedni trenerzy na pana nie stawiali.

Nie było łatwo, ale nie marudziłem, tylko cały czas pracowałem. Teraz gram więcej, ale za tydzień czy dwa wcale tak nie musi być. Decyduje trener, który widzi, jak się prezentujemy na treningach.

Przeciwko Lechowi był pan najszybszym wiślakiem na boisku. To pana największy atut?

Od kiedy pamiętam, zawsze byłem w czołówce testów szybkościowych. W szkole wygrywałem wszystkie biegi. Lubię patrzeć na Messiego, a on też łatwo pokonuje rywali.

W Poznaniu zagrał pan mecz życia?

Miałem dobre występy, ale udział przy tylu strzelonych golach jeszcze mi się nie zdarzył. Cieszę się, że nie straciliśmy wiary przy wyniku 0:2. W przerwie trener powiedział nam, że mamy się skupić na sobie. Posłuchaliśmy go i przyszedł efekt.

REKLAMA

Zawodnicy Lecha chyba byli zaskoczeni takim obrotem spraw? Jak to wyglądało z poziomu murawy?

Nie patrzyłem na rywali, tylko na swoich kolegów, w których do 90. minuty była chęć podwyższania wyniku.

Dobrze zaczęliście sezon, ale na początku mieliście problem ze skutecznością. To już za wami?

Jest nieźle, ale rzeczywiście liczba punktów mogła być większa. Myślę, że na Lechu nastąpiło przełamanie i teraz łatwiej będzie nam wykorzystywać sytuacje, których stwarzamy naprawdę sporo.

Jak się mieszka w Myślenicach?

Bardzo dobrze, łatwiej tu wypoczywać i mam pięć minut na trening. Lubię Kraków i gdy potrzebuję coś załatwić, to wsiadam do samochodu i po 20 minutach jestem na miejscu. Czasem wyjdę do dobrej włoskiej restauracji, na Rynek Główny czy zrobić małe zakupy. Robię je bardzo szybko, bo nie lubię tłoku, który panuje w galeriach.